Karzeł i larimar

Karzeł to wszędzie się wciśnie, wśliźnie, wpełźnie, wejdzie bez zginania się, na prostych nogach, nie na kolanach. To mówił o sobie Karzeł, sam zaczął, nim padło pytanie, dlaczego tam pracuje, w kopalni, a nie gdzie indziej. A on, chwaląc się, dowodził, że ma tę robotę bo mały jest. Jak tylko kończyłem w jednym miejscu to chcieli mnie od razu w drugim, wspominał. Boś mały, to prawda, dlatego cię brali, boś tani, bo liliputom płacą za pół człowieka, który ma ludzki wzrost. Chyba ten Karzeł przywykł do drwin, nie reagował na kolejne, stać go było na to, był bogaty, tak mówił. Za to, że umie wykopać najlepsze larimary może utrzymać dwie żony. Tak mówił, ten Karzeł-pasza, gdyśmy wjeżdżali w chłodne, zamglone góry masywu Sierra de Bahoruco w Dominikanie.

Dalej natrząsano się z Karła, radząc mu, aby lepiej w domu siedział, przy mamuśce, bo dzieci do kopalni idą za karę, że lepiej będzie mu w cyrku, w przebraniu, bo Karzeł to przecież pajac, to jego fucha, każdy wie. Poza tym, mały to musi mieć małego, o takiego tyciego, ktoś to pokazał palcami, faktycznie nie dając wiele w centymetrach, a Karzeł macho w wersji mini nie zapomniał języka w gębie, tylko rzucił pewnie, że tym małym to on może dużo i zaraz zdjęcie dzieci wyciągnął, bo miał przy sobie w portfelu, i jak nic dwójkę już machnął, i na nie łoży pesos zarobione w kopalni.

Kopacze „błękitnych klejnotów”

Biała toyota pickup forsowała wzniesienie chyba pod kątem czterdziestu pięciu stopni. Wlokła się wyboistą drogą, wysypaną gruzem, tylko gdzieniegdzie utwardzoną. Charczała, rzęziła. Co rusz nią szarpało. Ci, którzy próbowali usiedzieć na pace, tracili równowagę. Wtedy łapali się jeden drugiego kurczowo, albo zaciskali dłonie na czymkolwiek. Ktoś zasiadł okrakiem na pękatym worku, lecz niewiele to dało, bo rzucało nim na wszystkie strony. Bił się z prawem ciążenia, jak Bill ujeżdżający Buffalo. Ktoś inny klapnął na leżącym tu zapasowym kole, umazanym żółtawym błotem, jak biegunką berbecia. Relaksował się, gdy czterej inni przycupnęli w środku paki, ściśnięci, pośród nich Karzeł i nie w smak im było, że tamten koleś w kole tak się rozgościł. Naskoczyli na wygodnisia, daj ludziom miejsce hombre, suń się raz dwa, i wreszcie uległ. Za to na prawej i lewej burcie pickupa siedziało jeszcze bodajże sześciu górników, jakby robili za balast. I choć ta cała groteskowa podwózka nie wyglądała szczęśliwie, nikt nie wypadł, bo sąsiad trzymał sąsiada, nikt sobie kończyn nie powykręcał, nawet czapki z daszkiem nie zwichrował, wkrótce ekipa miała dojechać w jednym kawałku do celu.

Podczas tej karkołomnej jazdy po górkę, po kilku kilometrach, pewnie za półmetkiem drogi, gdy na moment przestało chybotać zziajanym wehikułem z napędem na cztery koła, gdy wreszcie dano spokój żartom z Karła, spojrzałem na rozległy pejzaż, który od podnóża Sierra de Bahoruco zmienił nie do poznania. Widziałem teraz gęstniejący, zawilgotniały las w kolorze butelkowo zielonym, który parował, podsycając wiszącą nad nim mgłę, raczej przybrudzoną i smętną, niż czysto mleczną. Ponurość tej mgły łączyła się zachmurzonym karaibskim niebem w sposób dający złudzenie, jakby niebo zległo na tropikalną knieję, tłamsząc ją swym ciężarem.

Kumple Karła po fachu, ci kopacze „błękitnych klejnotów” wiedzieli bardzo dobrze tu na pace, w tej ruchomej loży szyderców, że tam, gdzie zaraz dojadą, w kopalni Los Chupaderos to Karzeł zacznie rządzić, bo tam czuje się, jak ryba w wodzie. Ci prześmiewcy szanowali go, to całe droczenie się, to śmiechowisko do potęgi było wyraźnie stałym punktem programu, poganiało nudę. Za to w podziemnych wąskich gardłach, gdzie olbrzymy nie dadzą rady, będą zdani na Karła, jak diabeł zdawał się na kobietę. A Karzeł pójdzie, bo wie, że jest przydatny. I ktoś na koniec wyjawił, że w tej wiosce, gdzie Karzeł mieszka, to Karła poważają, liczą się z nim, bo trzeba mieć to coś, aby urodzić się małym i być wielkim.

A Karzeł był wielki i sprytny. Pierwszy ruszył do roboty, zeskoczył z paki wymykiem, jak radziecki gimnastyk artysta i zniknął zaraz w kopalnianym korytarzu, gdy tylko terenówka dociągnęła półżywa na miejsce. Tyle go było widać. Inni załoganci poschodzili z wozu znacznie wolniej, leniwie i poszli zająć własne robocze pozycje. Rozpierzchli się po wzgórzu, jak termity po gigantycznym kopcu. Za moment wszyscy poznikali w skalnych, ziejących mrokiem dziurach. Kopania larimaru nastał czas…

Powrót do ery kamienia łupanego

Ten półszlachetny, błękitny kamień z Karaibów, ten larimar to jest kawał skurczybyka. Umie się zagrzebać na amen w niewdzięcznym podłożu. Takiego typa namierzyć niełatwo, jeszcze trudniej wykopać. Trzeba się naszukać, nadłubać, nakruszyć, trzeba kopać głębiej, i jeszcze głębiej. A samo kopanie idzie, jak po grudzie, dosłownie. Zwykle po ulewnych deszczach szyby zalewa wodnista breja w kolorze cappuccino, zmieniając je w zdradliwe studnie. Fala zmywa też chodniki w tunelach blokując podziemne ścieżki, prowadzące do stanowisk kopaczy. Kiedy woda zdąży opaść do jakiegoś znośnego poziomu, górnicy od razu wracają do przerwanej pracy. Wciąż jednak taplają się w błocie, nierzadko po pas.

O podkładaniu trotylu i w ogóle o jakimkolwiek wielkim bum w bebechach kopalni można zapomnieć, bo przecież nie chodzi o to, aby wysadzić w diabły cały interes. Kopie się więc tylko siłą rąk, najprostszymi metodami, w dodatku bez zabezpieczeń, bez pełnej odzieży ochronnej, przy użyciu kilofów, łopat oraz młotów. Używa się wiader i taczek, bo skalną rąbankę trzeba jakoś wybierać i transportować.

Kombajn, czy inny cud techniki do szybu nie wjedzie, nie wgryzie się w stężałą archaiczną warstwę i nie splunie strumieniem minerałów na pełzający taśmociąg. Wszystko jest tam wąskie, prymitywne, prowizoryczne. Bardziej sprawia wrażenie, jakby się miało zaraz posypać, runąć. Tam, pod prastarą powłoką skały i ziemi, gdzie natura zachowała wspomnienia z epoki wulkanicznego szaleństwa, na porośniętych deszczowym lasem i spowitych mgłą zboczach Sierra de Bahoruco postęp cywilizacyjny zrobił sobie fajrant, tam wciąż powracamy do ery kamienia łupanego.

W głąb wulkanu rodem z Atlantydy

Górnicy z Los Chupaderos pokazali mi jeden z kopalnianych szybów. Przeciągnęli mnie długim, klaustrofobicznym korytarzem. Szliśmy w ścisku małej grupy, gęsiego. Z każdym krokiem robiło się duszniej. Krople potu pędziły po kręgosłupie, łącząc się w lepki ciek. Rozpinałem koszulę, podwijałem rękawy. Kilka minut wcześniej, na zewnątrz, było odwrotnie. Wtedy uszczelniłem ciuchy, bo raził górski ziąb. Tymczasem wilgotność w tunelu sięgała stu procent, jak w klasycznej, parowej łaźni. Oddychało się jakby ciężej. Wątłe światło lamp uczepionych ścian kopalni znaczyło drogę w głąb dawnego wulkanu zastygłego tu pod powłoką masywu Sierra de Bahoruco, wulkanu jakiemu niektórzy przypisują pochodzenie z mitycznej Atlantydy! W swych rozpadlinach więzi, raz mniej, raz więcej zjawiskowych, błękitnych minerałów, kopanych dziś intensywnie przez załogi górników, ryzykujących swe życie w skrajnie trudnych warunkach pracy.

Wreszcie spojrzałem w otchłań szybu. Na jego dnie tkwił górnik, kopaczlarimarów, tkwił po pas w cieczy tłustej od gliny. Przepłukiwał skalną drobnicę, garść za garścią, szukał okazu, który byłby cokolwiek wart. Za sztuki najwyższej próby płaci się górnikom ekstra. Jakość kamienia zależy od jego barwy. Im bielszy tym gorszy i tańszy. Im bardziej błękitny, tym lepszy i rzecz jasna, droższy. Kolor taniochy balansuje przeważnie pomiędzy białym i jasnoniebieskim, takim jak zachmurzone niebo nad Karaibami. Za to dobry kamień od razu ściąga wzrok swoim niemalże odbiciem lazurowej tafli Morza Karaibskiego, którego wody rozlewają się hen w dole, u podnóża masywu. Dobry kamień jest także odpowiednio duży. Wówczas można go lepiej obrobić, wyeksponować, efektownie osadzić na biżuterii w towarzystwie srebra, lub złota.

Larimar świetnie się sprzedaje. W Dominikanie można go nabyć w różnych miejscach. Ma renomę lokalnego, jubilerskiego cudeńka. Chętnie kupują go cudzoziemcy w czasie tropikalnej kanikuły, albo agenci zagranicznych, czy tutejszych biznesów specjalizujących się w ozdobnych precjozach. Kamyk jedzie do Ameryki, albo do Europy w postaci souveniru, lub towaru do dalszej obróbki. Larimar jest charakterny i nie przepada za mocnym szlifowaniem. Woli minimalne cięcia, łagodną polerkę. W zamian ukazuje się w pełnej krasie. Bywa, że jego cena waha się, jak na giełdzie. Zależy od tego, czy się górnikom poszczęściło w wydobyciu. Nieraz dilerzy jadą do kopalni i biorą co jest, nie czekając na okazy wybitne.

Dlaczego – larimar?

Kamienie, przypominające nieco turkusy, lub niebieskie jadeity odkrywano w Dominikanie dwa razy. W 1916 roku natknął się na nie hiszpański ksiądz, podróżnik, pasjonat geologii Miguel Domingo Fuertes Loren z parafii w Barahonie. Osobliwe znalezisko zgłosił w jednym z krajowych ministerstw. Próbował uzyskać zgodę na eksploatacje potencjalnych złóż. Nie otrzymał jej. Dlaczego? Nie wiadomo. Następnie, w 1974 roku niejaki Miguel Mendez oraz wolontariusz Korpusu Pokoju Norman Rilling spacerowali po plaży blisko Barahony. Zauważyli pobłyskujące w piasku niebieskie kamienie. Wcześniej, miejscowi znajdowali je tam co jakiś czas, myśląc, że są wyrzucane na brzeg przez morze. Miguel i Norman pomyśleli inaczej. Zafascynowani plażowym odkryciem chcieli wybadać jego faktyczne źródło. Poszli w górę Río Bahoruco, rzeki spływającej z masywu o tej samej nazwie. W rezultacie odnaleźli złoża kamieni półszlachetnych, z których dzisiaj słynie Dominikana. Na plażę trafiły niesione rzecznym nurtem. Córka Miguela Mendeza miała na imię Larissa. Tatuś, wykazał się fantazją i skojarzył urodę swego dziecka z pięknem błękitu Morza Karaibskiego. Połączył słowa: Larissa i mar (morze). Wówczas narodził się sławny – larimar.

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *