Kogut na sznurku

Uciekam do wilgotnego tropiku i choćby moja Chiquita patrzyła na mnie krzywo, obstawię kilka dobrych walk kogutów w jakimś dominikańskim pueblo. Oczywiście, nie powiem, że wystawię na arenie własnego koguta, bo wiadomo, są pewne granice. Nie przy ludziach, nawet Latynosach. Ale w cudze ptactwo bojowe chętnie zainwestuję zwitek przechodzonych pesos. I popiję rumem. Jeśli zakłady nie wypalą, to nie poczuję straty, bo trunek mnie wyleczy. A mojej Chiquicie obiecuję, że na pytanie – co będziemy jedli nie odpowiem, jak staruszek pułkownik, weteran wojny domowej odpowiedział swej kobiecie w noweli Márqueza „Nie ma kto pisać do pułkownik”. Nie odpowiem – „gówno!” W Dominikanie czeka na mnie karaibska koszula, guayabera. Do tego, prawda, mokasyny na gołe stopy, cygaro między wargi i lśniący kogut pod pachę.

Koguci head hunter

Wybór rasowego koguciego wojownika to rzecz niełatwa, jeśli podchodzi się do sprawy profesjonalnie. Myślę, że rozumiem sportowych head hunterów którzy jeżdżą w tumanach kurzu po afrykańskich wioskach, albo czają się na za szopą z blachy falistej w latynoskim slumsie i obserwują sprytnych młokosów, rypiących z pasją w piłę. Czeka ich sporo godzin spędzonych na obserwacji, zanim któregoś wskażą palcem, wyrokując: „prowadź mnie do swej matki”. Analogicznie wygląda selekcja kogutów, tyle że na końcu z kogutem się nie gada. Bo kogut nawet w realizmie magicznym słabo pojmuje nasz język. No i nie prowadzi się go matki, bo ta fakt, kocha go po kurzemu niezmiennie, ale wyraźnie „pieje do niego”, że rezygnuje z kariery dumnego reproduktora, gdzieś na spokojnej prowincji a cholerne poczucie spełnienia w twardych, męskich grach, ciągnie go w szemrane zaułki, do zgiełku i świateł koguciej areny, gdzie swe wybryki okupi wiązką paskudnych blizn na dziobie.

Trzeba się pstrokatym bestyjkom uważnie poprzyglądać, i nie tylko gdy ścierają dzioby i pazury na poletku z ubitej ziemi, trenując w sparingach gdzieś na tyłach wioski ale i w tak zwanym normalnym życiu: co osobnik je, ile pije, czy grzebie w ziemi, jak długo, czy aby nie przesadza, czy jest faktycznie kogutem czy koguta udaje, czy ciągnie go kur, jak często, czy jest obojętny, jeśli tak, to czy przewlekle, jak reaguje na innego samca, czy chce się bić, czy się zaprzyjaźnić, jak długo siedzi w kurniku, czy woli klimat kameralnej randki jeden na jeden, czy znika w burdelowym szaleństwie i orgiach, czy sam ugania się za jedną kurą, czy harem kur łazi za nim i gdaka, czy operuje na swoim podwórku, czy może przeskakuje parkan, szukając nowej przygody, albo czy korzysta z usług kur „przy drodze”.

Albo czy w sąsiednim kurniku ma rywala, jak sobie z nim radzi, czy dziobie z marszu, czy próbuje coś ugrać, czy po próbnej walce, odstawiony na bok, wali dziobem w tynk? Czy to oznacza depresję, wyrzuty sumienia, wątpliwości „w co ja się… kurka pakuję”, czy może ma niedostatek wapnia, dlatego szarpie ścianę.

Widać, jak na dłoni, że nie obejdzie się bez solidnego odrobienia pracy domowej.

Jaki właściciel , taki kogut

Prawda jest jedna. Nie zawsze kogut hodowany do walk okazuje się kogutem bojowym. I trzeba dobrego oka ale i pewnie intuicji, aby z tuzinów prężących się ptaków wybrać tego jednego, swego pupila, przyszłego championa. Murowanym elementem selekcji bojowych osobników jest solidne poznanie ich właścicieli, gdyż to oni – dosłownie – od początku do końca kształtują swych podopiecznych, zarówno fizycznie, jak i charakterologicznie. I głównie o charakter tu idzie. Poznanie upodobań, nawyków, odchyłów i zboczeń każdego gallero pozwoli zweryfikować pogląd na jego koguta. Sposób prowadzenia się gallero jest zagłębiem wiedzy dla koguciego „łowcy głów”. Proste. Jaki pan, taki kogut, nie od dziś to wiadomo.

Koguty są różne. A to obserwacji nie ułatwia. Jeden, czy drugi maskuje swe życie prywatne znakomicie, znika z pola widzenia na pół dnia, po czym wraca skonany, ostatkiem sił nurzając dziób w rynnie z wodą. I do końca nie wiadomo, co mu w głowie siedzi, sport czy, proszę pana, dupy. Pytanie, czy te kuraki chowają się z przekory, bo tak im się podoba, czy może chowają się, bo szelmy faktycznie mają coś do ukrycia, i to niejedno świństewko. Na przykład „drugie życie”. Zatem jeśli, wedle teorii, to w ich zachowaniu, odbija się zachowanie właściciela, zostawmy jednego a zlustrujmy drugiego. Dokładnie.

Gdzie ten skurczybyk łazi po nocach? Dlaczego w kredensie stoją tylko flachy z rumem i nic poza nimi. Co pod zaślinioną poduszką robią sprasowane stringi, o rozmiarze na oko nie pasującym na żadnego z domowników. I wracamy do koguta. A raczej nie wracamy, nie mamy do czego wracać, perspektywy żadne, porzucamy drania na pastę jego własnego losu.

Gdy idealny kogut nawali

Czasem zostajemy wrobieni w zupełnie inny sposób. Wytropimy idealnego koguta i jeszcze lepszego właściciela. Tandem, na który warto postawić. Wdrożeni do interesu nie mamy cienia wątpliwości, jak zakończy się wieczór na arenie, komu zabłysną światła. Cierpliwie czekamy, przelewając budujące myśli o zarobionej forsie z jednej półkuli w drugą. Za wcześnie jednak. Nasz champion niefortunnie jednak walkę przegrywa. I to z kretesem. Na pamiątkę ostaje się garść poszarpanych piór, debet i trzy raz tyle złości, ile ważył kogut.

Dlaczego rzetelnie wyselekcjonowany faworyt nie podołał wyzwaniu? Ano wyszło, że jego wspaniałomyślny właściciel na krótko przed walką zechciał odegrać rolę ojca równiachy, i dał „synowi” okazję do wyluzowania się, uwolnienia pokładów napięcia. Wrzucił podopiecznego w kuszące czeluście kurnika i zatrzasnął luft. No i się kogucik odprężył. Tyle, że zabrakło mu pary w miejscu, gdzie powinien jej mieć najwięcej. Na arenie w zwarciu z oponentem. Męska fizjologia to jeden wielki podstęp, niestety. A jak jest z piłkarzami? W czasie turniejów trener pragmatycznie izoluje ich od żon i kochanek, nakazując ascezę. Ogary żądz niech lepiej uwalniają na boisku. Niektórzy stosują trenerskie dyrektywy, co do joty, vide: Zinedine Zidane. Ale mowa nie tylko o sporcie. Gdzieś wyczytałem, że nawet jazzman Miles Davis zaliczył szybki numerek tuż przed występem, a później błąkał się po scenie, ledwie dociskając trąbkę. I co się dziwić kogutowi.

Kogucik malowany

A mój kogut, jeśli nie zszedł jeszcze z tego padołu, żyje i pasie się w Río San Juan. Trafiłem na niego przypadkiem, gdy któregoś popołudnia otępiony upałem, błąkałem się po kolorowych zaułkach miasta. Od razu przypadł mi do gustu. Natychmiast łobuza rozpoznałem. Ktoś przywiązał mu sznurkiem nogę do drzewa, aby nie dał drapaka. Gdy w swoim czasie chłonąłem marquezowskie dziełko „Nie ma kto pisać do pułkownika” wyobraźnia podsuwała mi obraz koguta, dokładnie takiego który teraz gapił się we mnie, wyraźnie poirytowany. Pogardliwie przewracał ślepiami.  Zapiał raz i drugi, obserwując, jak zareaguję. Realizm magiczny jest bardziej realny niż myślałem. Kur zebrał się w sobie i wypiął pierś, aby ostatecznie zaznaczyć, kto rządzi a kto słucha. Nazwałem go, może trochę dziecinnie  – „kogucik malowany”. Pewnie inaczej bym go nazwał, gdyby był czarny, albo biały.

Zastanawiałem się wtedy ile jest wart, bo bym go kupił i zabrał do domu, do Polski. Ciekawe, co by powiedziała Chiquita, gdyby wszędzie w chałupie walały się ziarna kukurydzy a domownicy i goście ślizgali się na szklistym, ptasim gównie. Nie kupiłem go. Nie sądzę, abym w ogóle mógł go kupić. To nie był egzemplarz na sprzedaż. Ten kogut był przeznaczony do walk. Spotkałem rasowego gallo de pelea. Wojownika „na uwięzi”, wyczekującego swej szansy na okrągłej arenie. Tylko „marquezowskiego pułkownika” nie zdążyłem spotkać. Pewnie, jak co miesiąc poczłapał na pocztę z nadzieją, że w końcu, po latach dostanie jakieś pieniądze z emerytury…

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *