Kolumb i Gwadelupa

Taksówkarz zagajony przy terminalu lotniska w Pointe-à-Pitre wyglądał, jak czarnoskóry aktor Louis Gossett Jr., ten który zagrał kiedyś we wszystkich częściach szlagieru lotniczego „Żelazny orzeł”. Jednak Gwadelupczyk mówił po francusku, nie po angielsku. Zresztą, niewiele mówił. Vingt-cinq, powiedział, dwadzieścia pięć. Tyle – za przejazd z lotniska do centrum miasta poznaczonego muralami, dość wyludnionego wieczorem, lecz spraszającego do biby zapachem mięsa, grillowanego gdzieś na chodniku. Tyle – w euro. Leci człowiek ze Starego Świata do Nowego jakieś dziewięć godzin i zaraz każą mu na tych Karaibach, czy Antylach płacić w tej nijakiej, europejskiej walucie. Przynajmniej płaci w tropikalnych okolicznościach przyrody i szybko przestaje mu to przeszkadzać.

Plażowe połacie w Capesterre na Marie-Galante

Gwadelupa jest zamorskimi departamentem Francji, czyli skrawkiem Unii Europejskiej. Można się tam dostać za okazaniem… dowodu osobistego. Lot z Paryża ma status domestic flight, czyli jest po prostu lotem krajowym. Byłem niepocieszony, bo airbus miał spóźnienie, słońce zaszło i nie zdążyłem sfotografować z góry Antigui i Montserratu. Główna część archipelagu wysp Gwadelupy wygląda, jak motyl któremu udało się ofiarnie wywinąć z siatki-pułapki wrednego entomologa i ostały mu się zwichrowane, asymetryczne skrzydła. Jedno z nich, zachodnie, to Basse-Terre, drugie, wschodnie to Grande-Terre. Zbliżone są do siebie dosłownie na odległość mostu, przerzuconego nad wąską, naturalną cieśniną zwaną Riviere Salée, czyli Słona Rzeka. Ja jednak wolę mniejsze gwadelupskie wyspy. Choć samo plażowanie to dla mnie raczej kwestia minut, bo sto pięćdziesiąt innych rzeczy wydaje się ciekawsze, szczerze przyznam, że gdyby kazano mi walnąć się plackiem na miałkim piachu i nie ruszać dla pełnego relaksu, wybrałbym bez wahania plażowe połacie w Capesterre na Marie-Galante.

Marie-Galante, czyli naleślnik

Aby wszystko nam się zgadzało z wojażami Kolumba powinniśmy dopłynąć do Gwadelupy mniej więcej od południa, robiąc stopover dokładnie na wyspie Marie-Galante. Takie imię nadał jej Kolumb, bo Mariegalante zwał się jego okręt flagowy podczas drugiej wyprawy do Nowego Świata. Admirał podpłynął do wyspy od strony zachodniej, gdzie zakotwiczył i zszedł na plażę blisko obecnego miasteczka Grand-Bourg, witającego dziś przybysza rasowym muralem i wziął tę wyspę w posiadanie z ramienia hiszpańskiej korony, tj. Królów Katolickich Izabeli i Ferdynanda, uroczyście i z pompą to uczynił, jak to miał dotąd w zwyczaju. Potem popłynął dalej na północ, aby dobić do znacznie większej wyspy, dzisiejszej Basse-Terre, także gwadelupskiej ziemi. Jemu się chyba śpieszyło, czekała robota naczelnego kolonizatora, ja posiedziałem dłużej na tej intrygującej Marie-Galante, niemalże płaskiej, jak naleśnik, wciąż będącej , tego słodkiego badyla, jaki odmienił dzieje Karaibów. Najpierw tonami zwożono trzcinę z plantacji, aby wytłoczyć z niej sok kołami młyńskimi, w które zaprzęgnięto woły, potem metody usprawniono z duchem postępu i to samo robiły młyny napędzane wiatrem i później młyny parowe. Słodkawy, mętny sok fermentował zmieniając się w „białe złoto”, czyli cukier albo tzw. rum rolniczy, rhum agricole.

Planowanie abstynencji na Gwadelupie nie ma sensu

Obściskiwałem dzieła lokalnych destylarni, butelki z rumem Bielle, Père Labat, czy Bellevue, jak przeszczęśliwy bibosz. Ma on aromat nader wyrazisty i smakiem różni od rumów wytwarzanych z melasy. Można się niebezpiecznie zadurzyć w rumowych „szotach”, zwanych ti-punch (tj. mały poncz). Pijący w knajpie, przy stole, przy kontuarze dozuje sobie „ogień” wedle gustu. Rum rolniczy dzierży moc co najmniej pięćdziesiąt procent i jest podawany klientowi w butelce na własną odpowiedzialność. Mini trunek doprawia się limonką, szczyptą brązowego cukru, chłodzi kostką lodu i wychyla. Planowanie abstynencji na Gwadelupie nie ma sensu. Za dużo tego dobrego rumu, za dobrze wchodzi, za szybko łamie silną wolę.

Jak w powieściowym świecie Marqueza

Jakież tam było fantastyczne powietrze wokół, trzeźwiąca bryza znad oceanu, jakie tam było światło, oddające pejzaże, jakie obficie krzewiące się bugenwille w kolorze biskupim, hibiskusy w kolorze kardynalskim, jakie kolory wody, lazur, turkus, tak jasny, że człowiek mrużył oczy, no i Dominika na widoku, wybijającą się pod chmury, oddalona o godzinę morskiej drogi. A w przyplażowym „bistro” wciśniętym między palmy to jakie ryby z grilla serwowali, po naszemu lucjany czerwone, ryby palce lizać, dosmaczane ostrymi papryczkami habanero. Poza tym czarne świnie tam truchtały w pobliżu, stworzenia o świadomym spojrzeniu, czochrały się o pnie palm, kwicząc z ukontentowania, kozy o niespożytej energii grały w berka, trykały, niektóre z oczami belzebuba, raczej capy, inne z grymasem na mordzie takim łobuzerskim. Ponadto miała ta wyspa jakąś popołudniową tajemnicę, jakiś niepewny spokój na przykościelnym placu, coś magnetyzującego, był tam fascynujący cmentarz, pośrodku miasteczka, żywi sąsiadujący ze zmarłymi, jak w powieściowym świecie Marqueza, rzecz naturalna, taka mini-nekropolia, z grobowcami-willami, wyższymi od człowieka, bielusieńkimi, jak wyschnięty piszczel, no i rosły tam sporadycznie, gdzieś na uboczu drzewa le mancenillier z parzącymi konarami i „rajskimi jabłuszkami”, które mogą człowieka zatruć na amen, innymi słowy: nie nadają się na szarlotkę. Najchętniej zastygłbym tam w okolicy na dłużej szukając twórczego skupienia, klimatu aby sobie nieśpiesznie popisać, pomyśleć, popatrzeć ze wzgórza na turkusowe przybrzeże przy Capesterre-de-Marie-Galante.

Ląd pięknych wód

Oczywiście, Gwadelupa zwała się przed Kolumbem inaczej – Karukera. Rdzenni mieszkańcy widzieli w niej ponoć „ląd pięknych wód”. Pewnie chodziło o wodospady, których łoskot słyszano na statkach w sporej odległości od brzegu. Kolumb obiecał ojczulkom pewnego opactwa w Hiszpanii, że imieniem Madonny z Guadalupe, patronki ich świętego przybytku ochrzci któryś z odkrytych przez siebie lądów. Słowa dotrzymał. Ojczulkowie mieli wznosić ciągłe modły z armadę, za postępy w kolonizacji. Oczom odkrywców ukazała się wioska tubylców. Przerażeni dorośli pouciekali do lasu, w osadzie zostały dzieciaki. W nagrodę obcy w dziwnych przyodziewkach rozdali im „promocyjne gadżety”, bodajże dzwoneczki. Odwagą wykazał się również inwentarz: coś jakby gęsi, pstrokate papugi i coś jakby koguty. Kroniki podają, i to jest dopiero rewelacja, że chrześcijanie wypatrzyli tam niezwykłe owoce. One wieki później wzbogacą sztukę barmańską, o koktajl zwany piña colada, z akcentem na piña, gdyż były to ananasy! Ich wygląd przypominał przerośnięte, niedojrzałe szyszki, rosnące na krzakach niby aloesu. Trafne skojarzenie. Smak miały podobny do melonów, choć lepszy, to wedle podniebienia.

Kanibalizm lepiej się sprzedaje

Kolumb chciał dowiedzieć się czegoś o miejscowych, o ich zwyczajach, rytuałach i w sumie zasięgnąć języka, jak dostać się na Hispaniolę, którą przypomnijmy, odkrył rok wcześniej. W tym celu wyprawił łodzie na brzeg. Zaraz wróciły z kilkoma pojmanymi. Wyszło, że ci nie pochodzili z Gwadelupy, tylko z wyspy Borikén, późniejszej San Juan Bautista, tj. Portoryko. Nie uprawiali wyspiarskiej turystyki, lecz zostali porwani przez Karaibów, ludożerców. Mieli skończyć w kotle, lecz jakoś im się upiekło. Ponadto zjawiło się na brzegu mnóstwo kobiet, które napierały, aby dostać się na łajby białych przybyszów. Były to żony bez mężów, matki bez synów. Karaibowie, tak mówiono, zjadali facetów a płci pięknej, rzec można, nie trawili, brali za to w niewolę. Kobiety chciały wykorzystać szansę i uciec. Co ciekawe, Karaibowie w towarzystwie chrześcijan, zachowali nadzwyczajny post. Mięso samo do nich podpłynęło, a oni nic, żadnej obławy, żadnego ostrzenia apetytów. Wreszcie Kolumb, zamiast tylko zdalnie dyrygować, sam zszedł na ląd, aby pozaglądać tu i ówdzie. Pośród domostw miał wypatrzeć gdzieniegdzie czaszki i kości. Niby jawne dowody kanibalizmu, resztki po krwawych ucztach. A może po prostu relikwie po przodkach? Nie, kanibalizm lepiej się sprzedaje! Trzy lata później Admirał wracał z Nowego Świata do Hiszpanii. Jego mocodawcy czekali na raporty, na zwrot z inwestycji, głównie na góry obiecanego złota. Wtedy zawitał ponownie na Gwadelupę. Zabrakło prowiantu; maniokowego chleba, wody. Scenariusz się powtórzył. Europejczycy zastali na wyspie niemal same kobiety. No i trafiła się grillowana kończyna, podobno ludzka. Jakieś niedopatrzenie.

Za to Gwadelupki, jak podają kroniki były „składnie zbudowane”, nosiły długie włosy rozpuszczone na plecach. Przy czym plecy stanowiły jedyną częścią ciała, jaką z natury zakrywały. Głos zabrała kacykowa. Wyjaśniała, że wyspę okupuje jedynie płeć żeńska, zaś „mężczyźni z innych wysp przyjeżdżają do nich o określonej porze roku, aby zażyć z nimi pociech i ździebko się poobłapiać.” Co więcej, kobiety gwadelupskie wydawały się odkrywcom najmądrzejsze ze wszystkich dotąd spotkanych, bo oprócz słońca i księżyca potrafiły dostrzec również inne gwiazdy.

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *