Kosmos Kraju Kolibra

„Afrykańskie korzenie UFO”. Od razu lojalnie uprzedzam – wszelkich fanów twardej, jak tytan prozy science-fiction; akolitów teorii spiskowych żądnych świeżej etyliny dla swoich synaps, czy chwalców paleoastronautyki, mailujących gorliwie z oficyną Ericha von Dänikena – w tej „(afro-karaibsko)futurystycznej” opowieści „ufa” będzie, jak na lekarstwo. Z grubsza tyle, ile w buforze i bufoteninie razem wziętych. No, wybaczcie. Autor narobił tym tytułem bigosu (albo potrawki z oposa, gdyby poskakać po kuchennych równoleżnikach).

Prapamięć Karaibów

Nie będzie o UFO żadnej (psychodeliczno)naukowej dysertacji, żadnej spekulacji kogoś, kto chlapnął za dużo rumu w rum-shopie i gwiazdy mu zeszły na samo czoło, albo niżej. Nie szukajcie też w necie newsów o wielkiej wyrwie pośród równin Serengeti, na moczarach delty Okawango albo w parku Krugera; newsów o po-meteorytowym kraterze skąd wyekstraktowano kosmoluda o ślepiskach na wieczność zdziwionych, czarno-perłowych i głębokich, jak otchłań i o charyzmie Shaka Zulu (autopsyjnie nie potwierdzonej). Ten „ufiasty” tytuł jest przewrotny, wywrotowy i nic Wam więcej nie powiem. To Wam powie książka. Dość zmyla na wstępie i wyprowadza w pole. Magnetyczne, czy inne, za to o wabiącym rubinowym migocie w porze brzasku i o zapachu gujawy.

Dlatego – przyjaciele mocno po Ziemi stąpający – dajcie się temu zwieść! Dajcie. Tej poetyckiej prozie. Tej poezji nie prozaicznej. Nomen omen – fantastycznej. Fraktalnie rozcapierzonej, nieopanowanej i zaczepnej, mówiącej – oto przyszłość! Ale przyszłość mocno roots, z mocnych „korzeni” wybujała; z gęsto utkaną prapamięcią Iërè, idyllicznego lądu Arawaków i Karaibów, zwanego „Krajem Kolibra” zanim wpadł tam Kolumb, przechrzcił go na „Kraj Trójcy Świętej” i podciął Kolibrowi wibrujące skrzydełka. To jest przyszłość, moi drodzy, wyjechana w kosmos w trzydziesty wiek, ale dalej swojska, gdzie „Toucan Bay lśni, jak siatka sardynek.”* Przyszłość, choć zalana chromem, to do szpiku ludzka – z baroburdelem „U Houdiniego”, z duszonym pochrzynem i polewką z krowich kopyt; oraz z przytachanymi w genach: karnawałem, namiętnością tropiku, agresją, zawiścią i każdym wiecznotrwałym dziadostwem.

Oto kosmiczna realność karaibskiego Trynidadu na planecie Kunu Supia. Trynidadzkie nemezis wysnute na „Dryfującej Wyspie” z „Genetycznej Pamięci Starożytnej Iërè”. Fabuła wije się tu z wigorem elektrycznego węgorza między wszechświatami, które są ulokowane w rozbieżnych czaso-żywiołach: morska głębia prapoczątków, zielona wyspa teraźniejszości, galaktyczna otchłań jutra. Dostęp do nich mamy dzięki „flashbackom (narko)genetycznym” narratora.

Zapinanie pasów

To opowieść zajmująca i miejscami bardzo emocjonalna. I choć przyszykowana arcyoryginalnie „futurystycznie” w gatunkowo-stylistycznym blenderze na wysokich obrotach – potrafi chapsnąć za duszę. Jak to ujął Bartosz Wójcik w Przedmowie „wznieca coś więcej niż wyłącznie performatywną pożogę”* Niesie o pragnieniach i wyobcowaniu, o tęsknocie tułacza mierzonej tysiącami kilometrów imigracyjnego oddalenia. Przywodzi wyobrażenia powrotu do krainy przodków. I mówi o utracie matczynego spojrzenia w kraju narodzin…

„nosiła już perukę, bo jej ogolili głowę, pod paznokciami mogła mieć zaschniętą krew. usta szkarłatne, jak rana, w oczach tlił się lęk. wkrótce zlegnie trzy ćwierci do śmierci pośród pacierzy, wazeliny, paskudztwa do dializy, spirytusu mentolowego, różanego talku i papki z dyni na 32. oddziale szpitala ogólnego w port of spain, gdzie jej życie zakreślano już ciasno czarną obwódką.:*

Ale najpierw zwabiły mnie właśnie frazy zwiastujące, jakby literacki performance. Kiedy rzuciłem się łaso na pierwsze paginy tego rzekomego literackiego szaleństwa, tu i tam sczytałem, okiem przeskanowałem zdanka pieprzne i żywotne, zdążyłem zadrżeć, ryknąć śmiechem i oblizać się, wiedziałem jedno – muszę przerwać czytanie.. I zapiąć pasy.

„Tymczasem Mokotoux Charlie tarabanił się po schodach na górę z megafonem, mopem i segregatorem. Stary wyga rządził w Houdinim z twarzą pokerzysty. Fizys barwy melasy, jak z grubsza ociosana maska, brązowy garniak do figury, owadobójcze obcasy, za uchem biała brzytwa, raczej nie do wycinania nagniotków, do tego głos, jak z przerdzewiałej rury. […] Stary zarządzał też spartańską érotique noir na pięterku, gdzie z numerów zalatywało zwietrzałą pipą, pod łóżkami walały się ręczniki krochmalone nasieniem, w oknach butwiały ociężałe zasłony, a dziewczęta sumę swojej i twojej wagi kasowały w funtach”*

Rollercoaster

Dudniło mi we łbie. I była w tym neuronowym fajerze mieszanka gorączki, wesołości i podniety z bliskości ryzyka. Jak kiedyś na Tobago, gdzie o zmierzchu pod lichą wiatą, zaraz przy szkółce niedzielnej w rewirach Buccoo Main Road młócił calypso batalion wymiataczy ze steel-bandu. Muzyczna husaria. Hurra!-gan dźwięków. Zawsze w trybie cycl-on. Kiedy grzywy palm kokosowych nad zatoką pozmieniały się w nocne upiory tamci tylko podkręcali galop.

Buccoo Point, Tobago

Buccoo Point, Tobago

Wiedziałem, co to za jedni, ci siewcy metalicznego łoskotu; wiedziałem że łomotem na fragmentach starych beczek po ropie naftowej (dajmy trwać magii tradycji) potrafią zakrzywić czasoprzestrzeń. Podobnych kilerów akustycznych znałem z Londynu. Z parady na Notting Hill Carnival. Skąpanych w czerwonych/czarno/białych falach bandery Trynidadu i Tobago. Tak wielkiej, że starczyłoby na bikini dla sztywnych londyńskich policjantek. Tych od fiesty-zabezpieczeń. Wtedy nie wiedziałem co to jest? Ta burza tuż za rogiem. Ten karaibski bębnów-walec. Z jaja dopiero wychodziłem, rozmazany, rozślimaczony; ledwo co zacząłem centrować na te całe Karaiby, rozpoznawać co tam w słodkiej trzcinie piszczy.

Stałem na Ladbroke Groove wydłubując z pomiędzy trójki-i-czwórki reszki koziny w curry, co mi dała jeść jamajska babcia, jak moja, przekochana i urocza, choć prędzej było jej do gujawy, niż gruszy. A tam w bocznej uliczce rewolta jakaś. Rejwach. Pył. A ja co? Zamiast w nogi, polazłem tam z gębą rozdziawioną, z masochistycznym zacięciem, z instynktem samozachowawczym w zatrzasku i wir mnie pochłonął. Potem namazałem tekst. Taki tam. Do portalu jednego. Wzięli. Puścili. Tekst okadzony moim frenetycznym uniesieniem. Rzeczowniki oblepione wszech-melasą przymiotników. I w tej gęstwie ekscytacji, zaszyłem coś takiego, chyba podebrane H. Millerowi, coś jak „erekcja mózgu”. Bom tego doświadczył po bliskim spotkaniu trzeciego stopnia z trynidadzkim (i tobagijskim też!) steel-bandem!

I po to was tu umordowałem taką dygresją, aby dać świadectwo analogiczne do tego, co mnie na dniach spotkało w relacji czytelniczo-pisarskiej z Anthony Josephem, autorem tychże „Afrykańskich korzeni UFO”…

Zabezpieczony i przewiązany pasami wbiłem się w fotel czytelniczy raz jeszcze. Wtedy nie było już odwrotu. Od techno-swingu josephowego rollercoastera.

Karnawał zmysłów

Wiecie. Miąższ tej książki ma tak, że udrażnia kanały do wszystkich zmysłów.

Weźcie to.

„Panna Selma […] przykuła do nogi łóżka okopcony garnek, w którym pichciła niedzielne specjały: curry z raków, bataty i obowiązkowo kopytka, oposa z sosem i gulasz świńskie ryjki z pieczoną pajdą chlebowca. Konfiturę z gujawy i potrawkę z iguany, a i ówdzie z okonia, z aguti bądź z pekari. […] Ale najczęściej aż za przeładownie boksytu zalatywało kurą w glazurze z brązowego cukru […]”.*

Można z tego wyjadać. Czy to metaforycznie, czy na serio (bo a nuż pogonieni kulinarną inspiracją pomachacie patelenką na boku). Jedzcie więc i pijcie z tego. Wszyscy/Wybrani. Na żywo. Albo odgrzewajcie po trochu, w potrzebie.

Ponadto „…UFO” jest ani chybi książką do słuchania, i to nie w sensie audiobookowym, nie teraz. Wystarczy, że fabularną dzicz tej opowieści, jej multi-czasowo-wymiarowe nieokiełznanie rozsadza sama w sobie muzyczna turbo-swoboda i moc karaibskiego rozpasania spowitego lepką sensualną aurą. Gnieździ się w tym przede wszystkim rytm, po stokroć rytm; trans wzmagający cielesność, wypychający atawizm na szpicę – czasem znienacka kontrowany proszalnym mikro-monologiem: „ej, gringo, gringo, dej baksa, dej no baksa”*.

Basy, bo to one rwą się do rządzenia, najpierw walą mocą w masę bitumiczną karnawałowej trynidadzkiej trajektorii podczas j’ouvert w stołecznym Port-of-Spain, by zaraz odbić się i wejść gwałtem w człowieczą powłokę i rozedrgać pod nią wszystko na sto dwa – serce zawsze cierpiące, płuca słodziutką gandzią rozprężone, zmacerowaną rumskiem wąt(łą)robę i to, co pod brzusznym szańcem rwie się też do życia. Jak wszystko to wszystko!

Weźcie to.

 „astry rażą oranżem na memorial square. Proporce chłoszczą po twarzach, jakby bierzmowały. z duke street schodzi koryfeusz, palcując bambusowy saksofon, za nim ścieka błotna masa, a do tego wszystkiego na pace pod plandeką 10 000 watów mega kozackiego jazzu z wysp! poniżej, w maszynowni, basista już staje do pomp, perkusista chwyta za klawesy, dęciaki jak nie hukną i zaraz wszyscy łapią rytm. kongi tętnią jak bose pięty zbiegłych niewolników. brylantyna skwierczy jak łój – i las rąk gibie się nad głową, kiedy zapiewajło podaje ton.”*

I tu wyhamuję, bo „Afrykańskie korzenie UFO” nadają się do cytowania ciągłego, na prawo i lewo, jak Pulp Fiction.

Eksplozja języka

Mówię Wam. Ta książka skrywa ładunek wybuchowy. Wbija się klinem w krajowy literacki porządeczek. Głównie za sprawą przekładu Teresy Tyszowieckiej BlasK!, który  w moim najgłębszym odczuciu i ku mej najdzikszej frajdzie  jest absolutną eksplozją translatorskiej kreatywności. Ponadto, co ważne i cenne (szczególnie w dobie polityczno-społecznej obstrukcji), przekład ten cudnie oddaje potencjał rodzimego języka w przekazywaniu i przybliżaniu „inności” oraz w łączeniu kulturowego zróżnicowania z potrzebą akceptacji (przynajmniej takie miałbym życzenie)…

To jeden z najlepszych tekstów, jaki przeczytałem w epoce pandemicznego klinczu A. D. 2020!

Ja się, moi drodzy, nie poruszam biegle w aforfuturyzmie literackim, filmowym, czy innym. Przynajmniej na dzisiaj. Nie znam zjawiska na tyle, aby móc się szczerze mądrzyć. To z tamtym pożenić ot tak, jedno wysnuć z drugiego, zrobić skok w historię nurtu i wynieść stamtąd co lepsze smaczki, rozwinąć praprzyczynę, odmalować tło. Nie ten etap. Na razie odkrywam temat, przysłuchując się jego znawcom. Wciąż jednak brodzę w wodzie nazbyt płytkiej. I pewnie ten brodzik pomieści wielu takich, jak ja… 

Ale wierzcie mi, że brak obeznania w afrofuturyzmie nie gasi tu najczystszej rozkoszy czytania. W tym właśnie siła dobrej literatury! Po co czytać coś, co nie otwiera głowy, nie sypie szczypty pieprzu cayenne na mózg, co nie daje szansy namysłu, co nie zasiewa żadnej inspiracji, co jest po prostu złe? „Afrykańskie korzenie UFO” to biegun przeciwległy.

Zakończę, pewnie wątłą, imitacją kunusupijskiego „etnolektu” językowego, którym posługuje się bitne plemię Abobo: „ufo tu choź tak naprawd’?”

Przeczytajcie „…UFO”, dowiecie się, o co chodzi.

Ta opowieść to „łoskot, jakby gruchnęła katedra.”*

 


„Afrykańskie korzenie UFO”, Anthony Joseph, tłum. Teresa Tyszowiecka BlasK!, Wyd. Korporacja Ha!art, Kraków 2020.

* Wszystkie cytaty pochodzą z w/w pozycji.

Serdecznie podziękowania dla Redakcji Wydawnictwa Korporacja Ha!art za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.

 

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *