Kraj słońca w cieniu

U mnie jedne książki wywołują drugie, to jest łańcuch nieskończony tak, jak jedne podróże domagają się innych. Pamiętam, że stojąc w popołudniowym słońcu, gdzieś na plaży z czarnym piaskiem w Palmar de Ocoa, w Dominikanie, wiedziałem nie wiadomo skąd, że na podobnej plaży stanę kiedyś w Dominice. To się planuje samo, jakby poza mną, ja te plany z biegiem czasu tylko dopinam, wedle możliwości. Ale wiem, że coś nastąpi, że będzie ciąg dalszy, że w próżni nie zostanę. Całe szczęście. Hartuję jedynie cierpliwość. Podobnie mam z książkami. To działa, jak hipertekst, służący odkrywaniu. Do tego, za nimi stoją filmy. Często biorą się jedne z drugich, lecz mogą też wieść żywoty oddzielne, jakie któregoś dnia zejdą się ze sobą w takich, czy innych okolicznościach.

Tak było tym razem. Połączyły się treści haitańskie. Powieściowe i filmowe. Dobre treści. Rozdzieliło je chyba z dziesięć lat. O nich dzisiaj. O Haiti przede wszystkim. Bo Haiti kraj, jaki wiecznie nie daje mi spokoju…

Ta powieść „Niedziela, 4 stycznia”, jaką napisał Lyonel Trouillot szarpnęła mną porządnie. Niedawno wydano ją w Polsce. To Haiti sprzed ponad dekady, u kresu fatalnych rządów byłego kaznodziei, prezydenta Jean-Bertrand Aristide’a, u progu zamachu stanu, zamieszek, u zarania kolejnego chaosu, na jaki jest skazany ten karaibski kraj, niesamowity i nieszczęśliwy zarazem. To Haiti pełne udręki, wypowiedzianej wprost i między słowami, Haiti umęczone, umordowane, gdzie ludziom obiecano przyszłość, jaka nie nadeszła. To kraj, na którego uśmiech runął „pięćdziesięciotonowy ciężar”, noszący „bolesną trumnę”, miejsce, gdzie tylko nieliczni mają jeszcze siłę, aby pielęgnować dobre wspomnienia, bo były czas, gdy haitańskie słońce kochali nie tylko przyjezdni, lecz sami Haitańczycy. A dzisiaj? „Bez względu na to, czy to się podoba poetom, słońce już nie dzwoni o taflę morza. […] Czym jest słońce w tropikalnym kraju, jeśli nie najbardziej wytartą z metafor?”.

Bohater Lucien idzie na manifestację antyrządową, by razem z innymi powiedzieć „dosyć!”. Będzie tam pełno policji oraz młodocianych gangsterów, jakim zapłacono, aby rozprawili się z tłumem. Jedni i drudzy mają strzelać, rozgonić protestujących, wybić im z głowy pragnienia zmian, szybko przywrócić porządek. Będzie dużo krwi, będzie „trup leżał na plecach z otwartymi oczami, wpatrującymi się w zawieszone nisko niebo transparentów”. Lucien opuszcza dom o poranku, schodzi z jednego ze wzgórz okalających Port-au-Prince, potem dotrze do centrum stolicy. Spotka tam swoje nemezis, wiemy to od początku. Jest niedziela, tego dnia przypada dwusetletnia rocznica wywalczenia niepodległości przez Republikę Haiti.

Lucien jest studentem, stać go na trzy mentolowe papierosy. Dorabia ucząc syna bogacza wysławiania się po ludzku, tego „durnia Alfreda”, jak mówi o nim ojciec, bo Alfred zna tylko język gier video. Student daje też lekcje na kursach wieczorowych w szkołach z „połamanymi ławkami”, gdzie uczniowie wyliczają mu złośliwie to, ile dni z rzędu nosi tę samą koszulę. Trzy dni to za dużo. Dlatego Lucien nie znajdzie żony, oto żelazna logika.

Lucien myśli o matce, o niewidomej istocie, jaka go wychowała, jaka dalej mieszka w zapomnianym, haitańskich interiorze. Idzie walczyć, a w głowie kotłują mu się matczyne mądrości: „Ja, czarna Ernestine-Saint Hilaire, mówię Ci, tylko głupek idzie na wojnę bez kija”. Lucien nie ma kija, ma przekonanie. Za to, jego młodszy brat Mały, albo Little Joe, z jakim zresztą dzieli dom, „od czasów internatu nigdy nie był miłośnikiem książek”. Życia wyuczyła go ulica. Jest w gangu, ma za pasem glocka, pistolet, wie, jak go używać. Bracia zejdą z tego samego wzgórza, osobno, innymi ścieżkami, lecz być może spotkają się na dole, w Port-au-Prince, tej niedzieli, 4 stycznia.

Za dużo złego Haiti

Kiedyś wracałem z Jimaní, miasteczka na granicy dominikańsko-haitańskiej, do Santo Domingo. Gdy wskoczyłem do minibusa, energiczny naganiacz wskazał mi jedno z ostatnich miejsc. Ale wybrałem inne, nie z tyłu przy oknie, ale tuż za kierowcą. Zamiast obok opasłego muchacho w białych adidasach i spranej czapce bejsbolówce New York Yankees, usadowiłem się przy skromnie wyglądającej dziewczynie o skórze koloru hebanu. „Patrzcie, cwaniak z niego, wybrał Morenitę, wybrał Czarnulkę! – posypały się komentarze, wywołując oczywiście salwy śmiechu. Była to raczej typowa scena, bez negatywnego wydźwięku. Mnie samego także wprowadziła w doskonały nastrój.

Z marszu chciałem nawiązać znajomość ze współpasażerką. Była nią Haitanka Géraldine. Wyglądała na wyczerpaną, mieliśmy późne popołudnie a ona podróżowała od rana. Przejechała kawał drogi z haitańskiego Gonaïves, gdzie spędziła część weekendu. Wracała na studia medyczne do dominikańskiej stolicy, wspominała o czekających ją ciężkich dniach na uczelni, oraz o perspektywie balangi pod koniec tygodnia. Znienacka spytała, co wiem o Haiti. Chętnie zacząłem się dzielić swoimi wiadomościami, wrażeniami. Nagle chwyciła mnie za rękę, dając znak, abym przestał. Spojrzała na mnie z rozczarowaniem, jak profesorka na studenta, który ją zawiódł. Odwróciła głowę do okna. Szeptała coś po nosem, chyba w języku kreolskim. Zmieszałem się.

Po dłuższym milczeniu Géraldine wróciła do rozmowy. Spadł mi z duszy kamień. Pamiętam, że wspominałem jej o filmie „Ghosts of Cité Soleil”. Znała ten tytuł. Dlatego zmarkotniała. Uważała, że tylko takie Haiti pokazuje się światu, złe Haiti. Było w tym sporo racji.

Wracam do tego filmu co jakiś czas, choćby teraz, bo widzę w nim mocne dopełnienie tej powieści „Niedziela, 4 stycznia”. W Polsce trafił do widzów jako „Miasto słońca”. Najpierw obejrzałem go na jednym z festiwali filmów dokumentalnych.

Już sama czołówka jest hipnotyzująca…

O Duchach z „Miasta Słońca”

Ekipa duńskiego reżysera Asgera Letha zrobiła w podłych slumsach haitańskiej stolicy Port-au-Prince żywy do szpiku kości materiał o tamtejszych gangach. Rezultatem jest dosadny, wyrazisty i przekonujący dokument, który wciąż budzi emocje i zmusza do myślenia.

Mówi się o nich Chimères de Cité Soleil – Duchy z Miasta Słońca. Tworzą nieformalne bojówkiwspierające prezydenta Jean-Bertrand Aristide’a. Notoryczni gangsterzy, nieprzejednani, bezwzględni. Zaplątani w spiralę przemocy w jednym z najbardziej niebezpiecznych miejsc, o jakich słyszał świat. Czy młodzi zbrojni mogli wybrać inaczej, aby żyć godnie, po ludzku a nie na krawędzi? Mało prawdopodobne. Los nie pozostawił im alternatywy. Urodzeni tam, gdzie diabeł mówi dobranoc (sam żegnając się przed snem), ścigają się ze śmiercią, dzień w dzień. Albo ty rozdajesz kule, albo ktoś rozda je za ciebie. Główny bohater filmu, lider jednego z gangów, nie pozostawia złudzeń, bezwiednie wyznając, iż w Cité Soleil umiera się zawsze młodo…

Człowiek od razu wchodzi w rytm tego filmu i pozostaje w nim do końca. Za sprawą muzyki. Dodał ją sam Wyclef Jean. Ona łączy wszystkie rozbiegane fragmenty w spójny obraz. Słychać potężną dawkę, często agresywnego rapu, oraz łagodniejsze wstawki, które działają, jak pauzy – tłumią na chwilę duszną, gęstą atmosferę, w której rządzi nieprzewidywalność. Ujęcia ze slumsów, mimo że wielokrotnie chaotyczne, pourywane, poszarpane są dynamicznie zmontowane.

Czuć w tej akcji dokumentowania emocje operatora Serba Milosza Loncarevica, drugiego reżysera, który większość surowego materiału zebrał w pojedynkę w samym środku Cite Soleil. Wcześniej poznał gangsterów i w jakiś sposób zyskał ich akceptację. Jednak w którejś ze scen jeden z Haitańczyków mówi do niego wprost: „Chciałbym cię zabić, aby zabrać twoją kamerę…”

Odnosi się czasem wrażenie, iż to nie dokument, lecz film fabularny. Ponoć twórcom zarzucano „fabularność”. Wątpliwości rozwiewa występujący tym filmie muzyk, wspomniany Wyclef Jean. Mówi, że to nie Hollywood, to rzeczywistość. Pochodzący z Haiti Wyclef, poza stworzeniem ścieżki dźwiękowej do filmu, pomógł go wyprodukować.

„Miasto Słońca” warto zobaczyć, przy jakiejś okazji. „Niedzielę, 4 stycznia” warto przeczytać. Łączą się ze sobą. Ukazują, to niechciane przez Géraldine „złe Haiti”, to prawda, lecz obrazują również kraj, jaki ma prawo mieć nadzieję, mimo wszystko…

Trailer filmu „Miasto Słońca”

*Cytowane fragmenty pochodzą z: „Niedziela, 4 stycznia”, Lyonel Trouillot, tłum. Jacek Giszczak, Wyd. Karakter 2016

Tego autora wydano również w Polsce: „Dzieci bohaterów”, Lyonel Trouillot, tłum. Jacek Giszczak, Wyd. Karakter 2009

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *