Kuba twarzowa

Według Susan Sontag, amerykańskiej pisarki, eseistki „fotograf to super turysta, przedłużenie antropologa, odwiedzający tubylców i wracający z wiadomościami o ich egzotycznych poczynaniach i dziwnym przyodziewku”*. Na Kubie fotografowanie idzie łatwo, bo Kubańczycy chcą być fotografowani i dają to po sobie poznać. Niektórzy bez gadania stają do obiektywu en face, wyprostowani i skupieni, jak do zdjęcia komunijnego, tyle że w stroju z karnawału. Inni zawodowo kombinują, jak tu wyciągnąć turyście z kiesy kilka pesos za pozowanie. Są wśród nich spece płci obojga, raczej nestorzy i nestorki w wieku Ibrahima Ferrera, kiedy go litościwa Muza oderwała od warsztatu ulicznego pucybuta, pozwalając nagrać Dos Gardenias. Do dzisiaj niewiele się na Wyspie zmieniło. Emeryturę dalej pobiera się na ulicy.

Jedni czyszczą buty albo sprzedają orzeszki ziemne w tutkach, inni odziani w pstrokaciznę udają szczęśliwą Kubę. Nieraz w towarzystwie jakiejś wytresowanej fauny. Przyjezdni mają z tego cyrku ubaw po pachy i natychmiast chcą pamiątkę do albumu. „Fotografie dostarczają niepodważalnego dowodu na to, że podróż się odbyła, program wykonano i bawiono się dobrze”*, pisze w swoich esejach wspomniana Susan. Turyści ustawiają się w kolejce do kruchej kobieciny, wypacykowanej Mulatki, która siedzi od rana do wieczora na tle jakieś żółtej czy niebieskiej ściany (dla lepszego kontrastu) i przykładnie ćmi cynamonową parówkę grubości przedramienia. Jeśli to-to było skręcane na czyimś udzie, to chyba na udzie znanej filmowej małpy. „Cygaro” ledwo mieści się w jej ustach lecz babinka tchu nie traci. Podtrzymuje dzielnie tego obscenicznego drągala dłonią ozdobioną tipsami, dopóki gromada ciemiężycieli z cyfrówkami nie wypstryka się do cna. Scena wyjęta z kiczowatej obyczajówki acz nie brak jej również czegoś z taniego pornosa. Żal mi tych staruszek lecz przynajmniej czasem wpadnie im jakaś sesja do błyszczącego, podróżniczego magazynu ze świata. Andy Warhol mawiał, że każdy ma swoje pięć minut. O to mu chodziło?

Jeden señor, nieco młodszy od reszty wiekowej ferajny, działa pod Katedrą Kolumba i chwali się swą podobizną na okładce któregoś z magazynów NG Traveler. Jego specjalność to odgrywanie Che Guevary. Ma beret, ma partyzancką brodę, ma cygaro. Beret i broda mają ludzki rozmiar. Cygaro, o Dios mío, jest grube, jak kuchenny wałek. W szczytowym momencie prezentacji nasz miły pan pakuje do swych obrośniętych ust żarzącego się giganta i z tłumu gapiów wyłapuje ofiarę do wspólnego zdjęcia.

W lot przypomina mi się dowcip o żołnierzu (albo partyzancie!), który machnął sobie fotkę w zupełnym negliżu. Potem przeciął ją wpół i sprytnie pomyślał: górę wyślę matce a dół dziewczynie. Tyle, że roztargnienie młodego wieku sprawiło, że źle nadał koperty. Matka spojrzała na „swoją” połówkę raczej z politowaniem niż ze zdziwieniem, po czym skomentowała: No tak, mój chłoptaś, jak zawsze – nieuczesany, nieogolony i z cygarem w gębie. Samo życie, prawda?

Tych i podobnych bohaterów spotyka się w różnych rewirach hawańskiej starówki albo w foto-zasobach Google… Tutaj ich nie zaprosiłem. Chciałbym dać szansę innym Kubańczykom, mniej światowym.

Gdzieś tam po drodze odkryłem, że to ochocze pozowanie, jakim mnie co rusz zaskakiwali, że to silne pragnienie bycia w kadrze jest dla nich swego rodzaju sposobem na choćby wirtualną podróż (może ucieczkę?) poza Kubę, poza Rewolucję. Indianie ponoć boją się tego, że fotografia wykradnie im duszę. Za to Kubańczycy w swoistej, podświadomej desperacji próbują ratować to, co jeszcze z ich duszy pozostało…


* Cytaty pochodzą z: Susan Sontag – „O fotografii”, w przekładzie Sławomira Magala, wyd. Karakter, Kraków 2009.

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *