Kubańskie bryki

Mówi się o nich potocznie almendrones, czyli „migdałowce”. Niby ironicznie, ze względu na te przeważnie kopulaste karoserie, które kojarzą się z bujną koroną drzewa migdałowego. Albo przypominają wielkie „migdały na kółkach”. Zwykle takie tłumaczenie wystarcza, zresztą jest dość chwytliwe i łatwo podać je dalej. Tymczasem Kubańczykom chodziło w tej żywej analogii o coś więcej. Nie tyle o sam kształt nobliwych krążowników, ile o ich osobliwą, ponadczasową wytrzymałość na różne ograniczenia, o ich zdolność przetrwania, zarówno w warunkach szosowych, jak i warsztatowych. Skorupę owocu migdałowca niełatwo rozłupać. Równie ciężko roztrzaskać i zmienić w złom nabity stalą, chromem i niklem pancerz wysłużonych retro „amerykańców”. Zresztą, drewno występujących na Karaibach migdałowców cechuje szczególna twardość oraz trwałość. Do tego na Kubie, drzewa te nazywa się niekiedy almendros machos, to jest z grubsza „twardziele”. Zupełnie, jakby niepozbawieni wyobraźni i polotu Kubańczycy wskazywali na własne położenie…

Los almendrones cubanos bywają w różnej kondycji, chwieją się nieraz na kołach, ale można wyczuć z każdej odległości, że nadal skrywają kawał duszy. Zdarzają się wyjące, wyklepane młotkiem gruchoty, jak i lśniące, odpicowane z namaszczeniem bryki, od których nie idzie oderwać wzroku. Cudowna polerka, lakier miód. Wiele z nich pełni rolę tanich, wieloosobowych taksówek, tzw. carros colectivos, które regularnie wożą pasażerów wzdłuż kilku hawańskich arterii. Z braku porządnego publicznego transportu cieszą się niezmienną popularnością. Inne działają w „rządowych stowarzyszeniach” jako pospolite taxi, z których najczęściej korzystają cudzoziemcy.

Rządzą staruszki i maluchy

Klasą i dostojeństwem biją całą resztę czterośladów na kubańskich blachach. Wszędzie się znajdą. W dużym mieście, jak i gdzieś na podrzędnej szosie w głębszym interiorze. W samej Hawanie wyraźnie rządzą na ulicach, rozpychając się swymi gabarytami: chevrolety, buicki, oldsmobile, chryslery, fordy, plymouthy, czy cadillaki. O dekady młodsza konkurencja blednie przy nich całkowicie. Jakieś bezpłciowe łady, którymi zalana jest cała Kuba, snują się bez aparycji, bez charakteru. Bardziej dzisiejsze wozy nie różnią się od tych w Europie, ot jeżdżące „mydelniczki” z lepszą elektroniką. Są nowe i tylko to je wyróżnia. Za to są polskie „maluchy” prezentują się uroczo w tropikalnych landszaftach. Bardzo tam pasują. Kubańczycy za nimi przepadają. Teraz w Polsce fiacik trafi się prędzej w „Czterdziestolatku”, niż na ulicy. Na Kubie fiaciki zostawiają mnóstwo śladów.

Natomiast przedrewolucyjne „staruszki”, co najmniej po pięćdziesiątce, mają jedną cechę wspólną – wciąż, o dziwo, jeżdżą i to jak! Dzięki swoim właścicielom, mechanikom samoukom, utrzymywane są na chodzie. Kiedyś każdorazowa reperacja wymagała nielichego kombinowania. Potrzeba jest matką wynalazków, oto przysłowie odświeżone na Kubie!  Nierzadko przychodziło „serwisantom” korzystać z komponentów wyjętych ze starych lodówek, albo pralek. Dzisiaj łatwiej o jakiekolwiek części zamienne, proste podzespoły, czy nawet całe przechodzone silniki. Można się o nie wystarać na „rynku wtórnym”, pochodzą z nowszych pojazdów.

Skansen na kółkach

Sprawia to, że Kuba stała się unikatowym w świecie skansenem motoryzacji – w ciągłym ruchu. No i pożądanym rajem dla kolekcjonerów. Ci mają się z czego cieszyć. Reformy raczej dopuszczają do auto-handlu także obcokrajowców, stałych lub tymczasowych rezydentów.

Ponoć na wyspie można naliczyć obecnie jakieś 70 tys. amerykańskich fur wyprodukowanych od lat dwudziestych do pięćdziesiątych ubiegłego wieku, z czego około 10 tys. krąży codziennie po Hawanie. Przypuszczalnie, wiele z tych nobliwych gablot opuści kiedyś Kubę. I tego akurat można pożałować…

Parada amerykańskich „staruszków” w kubańskich rewirach 

Print Friendly, PDF & Email
Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *