Latino Easy Rider

Nie sposób wyobrazić sobie transportu w Dominikanie bez motoconchos – motorów taksówek. Wszędzie ich pełno. Produkują niewyobrażalną ilość spalin i hałasu. Pyrkają po niemal każdej ulicy, każdego miasta, miasteczka, większego lub mniejszego pueblo. Jednocześnie ciężko odmówić im użyteczności. Jeśli masz w kieszeni trochę pesos, a o własnych nogach już dalej nie pójdziesz – zatrzymaj się i machnij ręką. Nawet się nie zorientujesz, jak podjedzie jeździec na swym rumaku, jednośladzie – gotów zabrać cię tam, gdzie tylko zechcesz.

Słońce opiekało nam głowy, gdy uzupełnialiśmy pierwiastki śladowe na poboczu dziurawej drogi, przy wylocie z niewielkiej, kolorowej wioski. Dopijałem una botella grande piwa Presidente a Chica wysysała ostatnie soki w włókien patyka po lodzie o smaku chinoli (jak Dominikańczycy wołają na marakuję). Kiedy kończyliśmy te smakołyki nadjechał niepozorny amigo, na równie niepozornym motocyklu. Moto-taxi? – zaproponował. I poklepał wytarte, skórzane siodło swej poobijanej „jawki”.

Niespodziewana i nieco groteskowa oferta rozbawiła nas, co natychmiast zostało podchwycone. Okey, okey – usłyszeliśmy – bywało, że i cztery osoby ze mną jechały. Ta maszyna wiele może. I ma dobrego kierowcę – dodał właściciel, dumnie wypinając chudą pierś. Wsiadajcie, jestem Jose. Wsiedliśmy: Chica w środku, przypięta do Josego, ja z tyłu, podwieszony do niej, z nogami w powietrzu. Ruszyliśmy z kopyta. Czarna, luźna kurtka naszego latino easy ridera wypełniła się powietrzem, co sprawiło, że przypominał wielkiego, zmutowanego chrabąszcza. Ale facio był z niego równy, sympatyczny i pomocny.

W czasie jazdy przemycił nam wiele konkretnych informacji – jak nie dać się zapędzić w Republice w kozi róg (a kóz tam przecież od groma). Zainspirowany różnymi zdarzeniami na drodze wykrzykiwał swe nieocenione porady. Chica natomiast wychwytywała je z powietrza, przekazując jedną po drugiej do tyłu, czyli do mnie. Do tych małych, obdrapanych busów lepiej nie wsiadajcie, a już szczególnie pod wieczór – ostrzegał Jose – bo mogą wam zabrać plata, czyli money a nierzadko i kosę włożyć w plecy. Łapcie lepiej to – i tutaj wskazał swą mulacką facjatą śmigające obok auta z charakterystycznym trójkątem na dachu – to carros públicos, dobrze jeżdżą i nie biorą dużo. (O czym później mieliśmy się okazję wielokrotnie przekonać.) Oczywiście głupi jestem, że wam to wszystko mówię, bo już pewnie na was więcej nie zarobię – podsumował i podkręcił gaz.

Wjechaliśmy w strefę przydrożnych straganów z mandarynkami. Mimo, iż kusiło, by stanąć i wbić zęby w ich pewnie soczysty i słodki miąższ, sunęliśmy dalej, czując jedynie lekki, niesiony wiatrem aromat tych cytrusów. Na kolejnym odcinku trasy, z prawej i lewej strony przez kilkanaście kilometrów towarzyszyły nam rozległe pola trzciny cukrowej, gdzie za liche pesos harowali nielegalni haitańscy imigranci. I znowu wtrącił się Jose, płynnie przejmując rolę naszego przewodnika. To caña de azúcar – wyjaśnił. Z tych zielonych badyli powstaje rum, który prawie w całości wypijamy tu – w Dominikanie. A jakieś 5 procent eksportujemy – pochwalił się. Zabawny chłopak z tego Josego. Cała motocyklowa przygoda przeciągnęła się do ponad dwóch godzin. Zamiast paru kilometrów, przejechaliśmy ponad pięćdziesiąt. We trójkę. Na pyrkającej jawce. I na tyle nam się usługa Josego spodobała, że następnego dnia, też chcieliśmy z niej skorzystać…

Motoconchos idealnie nadają się na jazdę po ruchliwym, zatłoczonym i rozdzieranym klaksonami latynoamerykańskim mieście. Dobrze jest je „wynająć”, gdy ktoś ma potrzebę udania się np. do któregoś z szemranych barrios, najbiedniejszych dzielnic. Mobilność tych „cudów transportu publicznego” jest oszałamiająca. Raz zdarzyło nam się zaplątać w dość gęstym, parnym lesie. I nagle – co słyszymy? A jakże – słynne prykanie: motoconcho – wersja „easy jungle”! A najfajniejsze jest to, że można sobie takim motorkiem podjechać nawet kilkadziesiąt metrów, ot z nudów czy z lenistwa, w jakimkolwiek kierunku – wskakujesz na przypadkowe motoconcho i za sekund pięć zeskakujesz, płacąc kilka pesos…

W polskiej zakorkowanej stolicy przydałyby się takie „komunikacyjne rozwiązania”.

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *