Mała wioska wielkie piekło

„Najpierw zleciało się stado kruków. Setki. Znikąd i nagle sczerniało słońce od tego błyskawicznego zaćmienia, które zstąpiło na Gibbeah. Ptaki frunęły nad drogą jak paradujący mrok, tnąc skrzydłami wiatr, przerażając nawet najmniejsze dzieci. Dopiero gdy kilka osiadło na ziemi, zdradziły ich czerwone szyje. Nie kruki to były, tylko sępniki. Przez miejscowych zwane urubu. Sfrunęło jeszcze trochę więcej, podskakiwały i dyrdały, grzebały w śmieciach, opanowując wioskę. Na widok ludzi przekrzywiały łby i patrzyły z ukosa, zaciekawione i rozgniewane. Między wsią a urubu rozpoczęła się straszliwa gra na wyczekiwanie.”*

Gdzieś w rozgrzanym, jamajskim grajdole leży Gibbeah; sadyba wyemancypowanych niewolników sklecona na orbicie dawnej plantacji; wygnajewo o topografii niewyszukanej. „Brillo Road przecinała wieś jak pionowe ramię krucyfiksu. Hanover Road biegła poprzecznie, dopełniając krzyża. Z lotu ptaka wioska wyglądała jak zgnieciona kajzerka.”*

Klecha żul

We wiosce tej stoi kościół, który ma swego pastora, ale pastor jest do niczego. I kościół ten coraz bardziej pustoszeje niedzielną porą. Zbór topnieje, wierni odchodzą, szlag ich trafia, że w pastorze ni siły, ni charyzmy, tylko bełkot jakby bez wiary; bełkot pasterza, który widzi swe owieczki, ale wypina się na nie. Bo pastor nosi w sobie problem, umówmy się egzystencjalny, ma sekret, który trze go, jak papier ścierny, ma wieczną depresję w swoim kaznodziejskim biorytmie. Dlatego, co ma robić, jak nie chlać? Chleje na umór. Blat ołtarza zamienia gładko na kontuar wioskowego baru. I odwrotnie. Choć w drugą stronę nie spieszno mu. Plecie do skonfundowanej gawiedzi, resztkami świadomości chroniąc przepity łeb przed roztrzaskaniem o kazalnicę.

Nie tak miejscowi widzieliby personę, która ma wskazywać im drogę do królestwa niebieskiego. Pastor Hector Bligh pochłania rzeki whiskey. Stąd szyderczo i przewrotnie zwą go tam…„Rum Kaznodziej”. I nie chcą u siebie. Nadchodzi dzień sponiewierania (i chyba sądu) ostatecznego.

„Bligh był ciągle bardzo pijany. Spodnie opadły mu do kostek, a gdy się poruszył, stracił równowagę i runął na wznak, uderzając potylicą o chodnik i tracąc przytomność. Pierwsza zobaczyła go jedna z parafianek. […]. Chciała go zmierzyć wzrokiem od stóp do głów, ale utknęła spojrzeniem w połowie drogi. […]. Było tylko tamto, czekające bez życia między nogami, tak potworne jak wąż w Księdze Wyjścia. […]. Pastor przez kilka minut leżał nieprzytomny. Minut, w ciągu których przeraziły się stare kobiety i zgorszyły dzieci przechodzące obok w drodze do szkoły.”*

Czas Apostoła

Kiedy niechęć narasta do maksimum i rwą się granice cierpliwości – pojawia się rozwiązanie. W czasie niedzielnego, wyzutego z wiary nabożeństwa, do przybytku bożego wpada tajemniczy Apostoł York. Z marszu bierze się za pastora-pijusa rzeżącego do tych, którzy jeszcze nie splunęli na jego posługę. Akcja błyskawiczna. Apostoł chwyta kaznodzieję za fraki, prasuje mu maskę przed obliczem Pana, który chyba spuścił wtedy wzrok i literalnie – wypieprza trefnego klechę z kościoła. Teren oczyszczony. Był pastor. Nie ma pastora. Ludzie myślą, że jeden zgładził drugiego. Bo tak to mogło wyglądać. Może tego chcieli. Jednak, nie myślą za długo. Nie ma co. Apostoł wraca, wbija graby w kazalnicę i przyzywa wspólnotę do powrotu na bogobojną ścieżkę. Gromi „sromotę, obrzydłość i antychrysta”. I kościół na powrót zapełnia się.

Ale „cud” ODNOWY nie zdarzy się między ławkami a ołtarzem przybytku pańskiego. Tylko poza nim. Gdzieś w tej zawieszonej w lepkim, karaibskim letargu wiosce Gibbeah, w jej trzewiach albo w zasięgu jej ramion, nad rzeką lub na rozstaju dróg, gdzieś między jawą a snem, między dręczącą krzywizną delirium tremens a upiorami grzechów wywlekanymi z przeszłości, między zaszytym tu i ówdzie czarodziejstwem i zamotanymi w codzienność aluzjami, między katolickim pacierzem i abrakadabrą obeah, między tym co widoczne i tym co zasnute oparami eliksirów parzonych po nocach na mokradłach, wreszcie między gwałtownym, lubieżnym pożądaniem i rozpaczą wracającą jak dzień po nocy…

Przed nieuchronnością tej „odnowy” nie będzie ucieczki. Niebo zaś nad Gibbeah zakryje czerń skrzydeł urubu. A ptaszyska te, jak powiadają, od zawsze służyły Diabłu. Czy to jego pośladki Lucinda ujrzała przez dziurkę od klucza w parafialnej kancelarii? Czy widziała też całą resztę uciekając potem w gorliwą modlitwę i pokutę?

A gdzie podział się pastor Bligh? Żyje, nie żyje? Wróci z „zaświatów” i pokona upodlenie, tj. przestanie chlać? Pogoni majaki i szczury spadające z sufitu na Biblię? Dojrzy Prawdę i powalczy z Apostołem o rząd dusz w tej zapomnianej przez świat, zamazanej kurzem wiosce Gibbeah, gdzie winowajcę przytracza się do drzewa kapokowego i batoży, kawałkując mu ciało biczem z bydlęcej skóry, jak w czasach plantacji..?

Co się stanie w Gibbeah? Dowiedzcie się, przeczytajcie…

Proza do wyjadania

To mistrzowska, literacka robota urodzonego w Kingston na Jamajce – Marlona Jamesa. Trzecia wydana w Polsce – po „Księdze nocnych kobiet” i „Krótkiej historii siedmiu zabójstw”. Choć pierwsza w ogóle. Bo „Diabeł urubu” był jego powieścią debiutancką. Ponoć, odrzucaną przez wydawców 78 razy. Potem docenioną.

Autor próbuje w niej jakby zdiagnozować duchową kondycję niewielkiej karaibskiej społeczności, zabłąkanej gdzieś w czasie i przestrzeni. Wychodzi mu to wyjątkowo sugestywnie i staje się w oczywisty sposób uniwersalne. Dlatego, warto tę powieść poznać. Wykreowana rzeczywistość pozostaje aktualna, zaś istotny dystans geograficzny, kulturowy etc. między Jamajką, gdzie to wszystko się rozgrywa, a dajmy na to naszym krajem, nie ma tu znaczenia. Ponieważ pokrewność rozpoznawana jest gdzie indziej… Przynajmniej mam takie przeczucie, iż zdołałem ją odkryć…

Powstała kiedyś telenowela meksykańska zatytułowana Pueblo chico, infierno grande. „Mała wioska wielkie piekło”. To wystarczyłoby za recenzję.

I to, że za przekład-majstersztyk odpowiada, jak w przypadku pozostałych powieści Jamajczyka – znakomity tłumacz Robert Sudół.

Miłej lektury!

Urubu sfotografowany na niebie w zasięgu Las Galeras, Dominikana.

Urubu sfotografowany na niebie,  gdzieś w zasięgu Las Galeras, Dominikana.

„Diabeł urubu”, Marlon James, przeł. Robert Sudół, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019

*  Wszystkie cytaty pochodzą z w/w powieści.

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *