Malta Morena ratuje

W całym tym bajecznym Las Galeras dostałem najgorsze mondongo dominicano w życiu. Pewnie dlatego ciągle tam wracam, bo nie mogę w to uwierzyć. Nawet zażalenia wtedy nie złożyłem. Pewnie z powodu szoku. Mondongo to flaczki. Czy jedliście kiedyś flaczki – zakładając, że za nimi przepadacie – które ktoś Wam upitrasił w piętnaście minut!? Bo mnie się to przytrafiło a przynajmniej takie mam wrażenie…

No jakieś rurki i tuleje w talerzu mi pływały, jakieś półsurowe fragmenty kabla, oj dalekie to-to było od tych zdrowo wygotowanych, pociętych w paski „ręczników frotte”, zatopionych w pysznym bulionie, majerankiem dosmaczanych, które w kraju znamy i które odważnym obcokrajowcom dajemy jeść, by mieli co wspominać z tej polskiej egzotyki, poza wyborną bloody-kiszką, tj. kaszanką czy tam bloody-polewką, tj. czerniną.

No, ale tamte dominikańskie jelita nieprzeczyszczone, bo tak je nazwać trzeba, były ciągliwe jak guma, w zębach mi sprężynowały, pogryźć się cholery nie dały, innymi słowy, nie było to mondongo popisowe, było to mondongo… (no sami sobie zrymujcie). Nie wiem, co mi do głowy strzeliło, by się w tych kulinarnych eksperymentach posunąć tak daleko, i to z rana, w dodatku był to z mej strony jakiś niezbadany atawizm, że ja się w ten talerz wpatrywałem i widząc to, co tam pływa w agonii, wciąż chciałem to jeść. Widocznie zainfekowany jakąś zaprzeszłą rekomendacją musiałem mondongo spróbować bo przyszła na to chwila, tyle że nieodpowiednia.

Fortunnie miałem pod ręką słoik ostrej, paprykowej salsy, więc naładowałem jej do talerza w ilości, która zdominowała całą resztę, na czym mi zależało. Zaraz też zerknąłem na mego gospodarza, kuchcika-dyletanta z politowaniem, bo przecież chciał chłopina mojemu podniebieniu zrobić dobrze i co normalne, wyczekiwał werdyktu, a że ja, kiedy trzeba to umiem grać, więc mu zwróciłem taki werdykt, jaki by sobie życzył. I żułem pilnie acz z tłumioną awersją te szarobure bebechy skąpane w wątłym rosole, bebechy ledwo co wyszarpane jakiemuś niewiadomemu stworzeniu, które ostatnio grasowało w chaszczach za chałupą, i mogłem się co najwyżej czuć, jak podczas jakieś rytualnej inicjacji w szemranej kongijskiej wiosce. Tak czy inaczej, salsa skutecznie wypalała moje zwątpienie i dzięki temu dalej mogłem odgrywać ukontentowanie przed gospodarzem. Całość przepłukiwałem prewencyjnie grejpfrutowym sokiem. Lecz gdybym tylko dostał lodowate Presidente! Wówczas mógłbym tę obmierzłą ucztę quasi-kanibala jeszcze odratować i potem o wszystkim zapomnieć.

Jednak piwa nie uświadczyłem bo gospodarz nie prowadził wyszynku. Chyba musiałem jęknąć. Przecież to nie po dominikańsku. W Dominikanie piwo zawsze się gdzieś znajdzie, bez względu na porę. Wobec takiego niefartu, zbierałem się cichaczem do odwrotu, nie mogłem kontynuować tej farsy bez wsparcia „Prezydenta”. Poza tym, nie wiem, jakim cudem, ale w talerzu flaków przybywało zamiast ubywać. To był jakiś koszmarny rozród, te rozczłonkowane jelita mnożyły się bez kontroli, wijąc jak mikre anakondy. Jezu, czy ten koleś mnie czasem nie próbował otruć? A teraz jeszcze zwietrzył moje zamiary ucieczki, prawie odcinając mi drogę. Byłem w potrzasku. Czyżby czekało mnie dalsze wpychanie w siebie tej zarazy pod jego czujnym okiem, do ostatka a potem rozpaczliwe przyjmowanie kolejnych dokładek? Na szczęście – nie. Gospodarz chciał mnie jedynie poczęstować jakiś specjalnym napojem w ładnej butelce. Wysondował, że skoro flaki mi naprawdę „smakowały”, to i bonus się należał. Nie wiem dlaczego drugi raz mu zaufałem ale koniec końców coś udało mi się zyskać…

Dzięki tej historii z żywymi flakami w Las Galeras, dane mi było odkryć przepyszną rzecz do picia. I to właśnie, o dziwo, bezalkoholową! Zwie się Malta Morena. Popróbujcie kiedyś! Pewnie wielu mogłoby to porównać z polskim Karmi ale to złe porównanie. Wierzcie mi, Malta Morena jest o niebo lepsza. Wziąłem pierwszy łyk, pomlaskałem nieco, by wyczuć, co to jest i w te pędy wytrąbiłem dwie butelki. Udało się zneutralizować przykry posmak flaków w ustach. Wyszedłem z tego cało.

Wtedy zjawiła się jakaś kobieta, wyglądała na obrotną. Dziwnie łypnęła na mój talerz, na mnie i wreszcie na gospodarza. Okazała się być jego siostrą i prawowitą właścicielką tego żywieniowego przybytku. Z marszu runęła do gara, z którego wcześniej gospodarz wspaniałomyślnie wybrał dla mnie ze dwie chochle niejadalnego mondongo. Flaki, jak najbardziej, byłby zdatne do zjedzenia po ludzku, tyle że w porze obiadu, za kilka godzin. Siostra fest brata ofukała, że taki durny. A mnie prosiła o wybaczenie i abym wpadł później. Polubiłem tę kobietę, lecz powtórki z rozrywki nie planowałem. Na obiad zjadłem bodajże rybę z grilla. Tym razem flaki mi się nie przewróciły. O Malcie Morenie nie zapomniałem – w porze deseru.

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *