Mango mania

Mango trzeba umieć jeść. Co gatunek, to inna niespodzianka. Wiedziałem o tym, i wiedziałem jak sobie radzić, ale zaliczyłem skuchę. Ten dar tropikalnej natury w diablo zmysłowej formie ma moc przyciągania. Jestem właściwym przykładem. Nie przepuszczę mango-kramu. Widzę owoc i od razu wyciągam dziesięć, czy dwadzieścia wymiętych pesos. A jęzor sprośnie biega po wargach. Za łakomstwo jednak się płaci więcej. Opanowany pożądaniem smaku, łapczywie i głęboko, ale nazbyt po amatorsku wbijam zęby w jasnożółtą skórę. Ay dios mio! Aromat celuje w nozdrza a lepki sok, wyciekając z ust, obficie podlewa brodę. Co za doznanie! Tyle, że po przeżuciu smakowitego miąższu i połknięciu pulpy, między zębami roi się od włosów. Walczyłem z nimi przez dwa dni.

O piątej nad ranem, w taksówce z lotniska do centrum Santo Domingo, nie pytałem kierowcy o wydłużającą się porę deszczową, politykę czy nowe hity bachata, tylko o sezon mango. Są już? Nie spodziewałem się odpowiedzi innej niż twierdząca ale chciałem ją usłyszeć od autochtona. Szofer zareagował przeciągłym , przyłożył paluchy do ust i cmoknął. Spojrzałem uradowany w głąb nocy i zatarłem dłonie. No to swojsko. Po lewej stronie przebijało się w mroku Morze Karaibskie. Pędziliśmy dobrze utrzymaną szosą Autopista Las Américas. Z początkiem czerwca w Dominikanie władzę przejmuje mango. Nim zrobiłem ten kurs, wrąbałem w domu dwie świeże sztuki! – pochwalił się Jose. Tak miał na imię. Masz fart amigo, trafiłeś, jak nic! I poklepał kierownicę. Gdybym siedział obok a nie z tyłu pewnie przybilibyśmy piątkę, mówiąc ’ta bien, że czadowo i w ogóle.

Dominikańczycy wyczekują zbiorów mango, jak bożego znaku. Dwa razy w roku rzeczywiście szaleją na ich punkcie. Częstują, zachwalają i na każdym kroku konsumują. Je wychudły chłop z biednego pueblo, je lolitka w szkolnym mundurku, je wymuskany biznesmen z Distrito Financiero, jego sekretarka z zadziornymi tipsami, je każdy. Gdyby nad Wisłą takie szaleństwo ogarniało ludzi przy zbiorze jabłek! To nieprawda, że tropikalny owoc w tropikalnym kraju powszednieje. Wręcz przeciwnie – staje się kultowym. Staje się symbolem. I w życiu, i w sztuce. A niektóre prowincje tylko i wyłącznie kojarzą się z mango manią. Te dobre pochodzą z Baní, są małe, ale bywają i większe, żółte i bardzo słodkie: los mangos banilejos. Zajedziesz do Baní? Miałem w planach. A tu jeszcze rekomendacja warta grzechu. Owoc z Baní nie do bani. Zajadę, w drodze do Barahona…

W radio puścili kawałek hip hopu w latynoskim wydaniu. Kierowca pogłośnił, aby zaraz na kilka sekund przyciszyć. W Barahona się urodziłem… To niech mi coś opowie o tym miejscu. Bieda, amigo, bieda. Ale okolica, mmmmm… Tylko nie ma turystów. Czekałem na to ostatnie zdanie, lecz powstrzymałem emocje. Zajechaliśmy pod hotel. Świtało. Piejący kogut czynił swą wrodzoną usługę. Nie skorzystałem. Włączyłem wiatrak i padłem na łóżko. Trzy godziny później rzuciłem okiem na patio. Czy to przypadek, że trafił mi się pokój z widokiem na owocujący… mangowiec? To było mango rosnące na dziko.

Dojrzałe i miękkie mango można – dosłownie – wyssać. Do ostatniego włókna. Podpatrzyłem, jak to robią małolaty z ulicy, albo Dominikańczycy w środkach transportu i później wiele razy testowałem ich metodę. Jest praktyczna, bo nie marnuje cennego soku i nie pozostawia klejących się łapsk. Wystarczy odgryźć kawałek skóry na czubku i ugniatając owoc dłonią wciągać mięsistą zawartość tak długo, aż w „pustym flaku” zacznie obijać się wielgachna pestka. Grzechotka z mango, no hay problema. I tak wygląda etap pierwszy uczty. W drugim odnajdują się koneserzy. A chodzi o obrobienie do białości wspominanej pestki. Kto jadł mango i nie zakończył na miąższu wie, że jest co obrabiać. I wie, że ten akt może być nieprzyzwoicie wciągający. Miłośników lubieżnego wysysania jest całe multum. A podtekst w sumie jeden. Nawet latynoskie „czułe słówka”, czyli tzw. piropos mogą być mango-pochodne. A choćby ten: Si fueras un mango, te chuparia la pepa, czyli prawda – Gdybyś była owocem mango, wyssałbym ci pestkę. Samo życie.

Pierwsze mango wyssałem w opisany sposób w środku parnej nocy w motelu. Wentylator rzęził na niskim biegu, bo żaden inny nie wskakiwał. Przewracałem się na zapadniętym wyrku, ginąłem z pragnienia. Ani kropli wody pod ręką. I wtedy sobie przypomniałem. Ja tobie to mango daruję… To była Mulatka z bladą blizną na policzku. Młoda matka z rozkojarzonym smykiem na kolanach. Dosiadła się gdzieś na trasie między Oviedo i Barahona. Tylko tyle powiedziała i jak się okazało, aż tyle dla mnie zrobiła. Podziękowałem i schowałem owoc do plecaka, aby kilka godzin później się nim wyratować. Rano, po przebudzeniu zerknąłem na podłogę. Ruszała się. Przetarłem oczy. Tam, gdzie porzuciłem skórę, zakotłowało się od mrówek i innych insektów. Też sobie poużywały. Wiedziały, co dobre. To było dzikie mango, uważane za mniej smaczne, raczej drugiej jakości. No nie wiem. Chyba mogę mówić o szczęściu. Akurat dostałem od Mulatki egzemplarz wyjątkowy.

I w okolicach starówki Zona Colonial w Santo Domingo można załapać się na świeże mango. Kiedy królują w swoim sezonie, reszta owocowej braci musi to jakość znieść. Kramy wyglądają wtedy monotematycznie, ale sam temat jest przecież wyśmienity. Objadałem się nimi w każdej części Dominikany. Bywało, że pałaszowałem dorodną sztukę prosto z drzewa, innym razem nie odmówiłem, gdy ktoś mnie częstował, czasem znalazłem obtłuczoną sierotę na poboczu asfaltowej drogi. Przeważnie jednak szukałem drobnych po kieszeniach i kupowałem tę kształtne cuda, jedno po drugim. Mango dobrze smakuje schłodzone, zatem w motelowej mini lodówce, oprócz maści na odparzenia trzymałem po kilka osobników. A wieczorem zasiadałem i młóciłem, regenerując ustrój witaminowym przydziałem. Najlepszy gatunek namierzyłem, nie gdzieś na prowincji, ale właśnie w samym środku dominikańskiej stolicy.

Mango czerwono żółte a czasem zupełnie czerwone. Mango marzenie. Ogromne, wypełnione niemal samym miąższem bez uciążliwych fibryn, z pestką płaską i niewielką. Płaci się za nie więcej i zyskuje więcej. Fizycznie i jakby metafizycznie. W interiorze można je nabyć jadąc kiepską drogą, lecz za to malowniczą trasą z Santiago do Puerto Plata. W co drugim domostwie pośród kilku wybujałych plátanos, wyrasta po królewsku owocujący mangowiec. Zapłaciłem dwadzieścia pięć pesos za wielki owoc, ale jak go zjeść tu i teraz? No hay problema! Sprzedawca, el frutero zadba o to. Zgrabnie oskóruje wybrane mango, potnie w podłużne, przyswajalne kawałki i poda w foliowej torebce. I można pochłaniać nawet w biegu, nie upaprawszy się. Ale po co biegu? W kraju latynoskim robienie czegokolwiek w biegu szkodzi. I trzeba o tym pamiętać.

Czy w Polsce da się zjeść dobre mango? Z przeprowadzonych badań wyszło nam, że kupić je można w bardzo wielu punktach. Pozostaje jedynie kwestia zjadliwości. Najlepsze sztuki trafiają się na niewielkich bazarach. Czasem właściciel kramu „postawi na egzotykę” i zada sobie cennego trudu, aby sprowadzić pierwszorzędne autentyki. Wtedy nawet nie trzeba przebierać. Prawie każda sztuka pasuje. Ponoć „mam rękę do mango”. Często muszę tą ręką solidnie popracować, aby wybrać coś sensownego z całej nieprzebranej hałdy zielonych, niedojrzałych, pastewnych „paramango”. Grubo za wcześnie rzucają je do handlu i tyle. Za to, właściwie wybrany owoc potrafi przenieść w tropik. A jest to szczególnie wskazane, gdy człowieka dopada np. pogodowa chandra.

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *