Maniok da się jeść

Powiem tak, jadłem maniok jadalny, albo coś, co zwie się w Dominikanie, czy np. w Kolumbii „yuca”, bo mi dawano jeść; bo kładziono na talerzu, jako dodatek, jako „nasze ziemniaki”. Jadłem maniok, bo jadłem. Fanem zagorzałym nie byłem.

Mieliłem, przeżuwałem, połykałem. Zapychałem się tym. Do kurczaka, czy innego mięsiwa. Taki akompaniament. I tak wiele, wiele razy.

Gdyby mi kazano jeść ryż, smażone platanosy (tostones / patacones), czy maniok. Ten ostatni byłby ostatni. Aż do czasu! Jestem tak zdziwiony, że gęba mi się w karpia układa.

Moja Kinga, „maniokalny pożeracz manioku”, przerobiła tę bulwę po swojemu, albo tak, jak ma być przerobiona; wedle swych dawnych kolumbijskich reminiscencji. I mnie takowy maniok podała. No i zjadłem i co tu mówić, szczytowałem!

Ludzie, którzy o manioku słyszeli, wiedzą, że maniok może otruć. Maniok surowy. Bo gdzieś tam w sobie chowa cyjanek. Pomyślałem, że jak zacznie mi się odbijać gorzkimi migdałami, zdążę choć preambułę do testamentu spisać. Lecz z drugiej strony ten sam maniok wpisują w swoje menu przeróżni Indianie od wieków. I całkiem nieźle go poskramiają.

Co zrobiła Kinga?

Obmyła bulwę porządnie. Oskórowała z woskowatej „kory”, co na załączonym obrazku widać. I do wrzątku wrzuciła. Po jakichś 40 minutach mieliśmy bulwę zdatną do spożycia. Ofiar w ludziach nie odnotowano. Oczywiście, maniok już ugotowany, miał wyśmienite towarzystwo. Choćby, czerwoną cebulkę. A robi się ją tak.

Na patelenkę rzuca się cebulowe krążki, wyciśnięty czosnek i podsmaża. Te dwa składniki ze sobą pożenione podlewa się obficie sokiem z wyciśniętej pomarańczy (może być sokiem z limonki!).

I teraz można zrobić następująco: wymieszać ugotowany maniok z taką omastą, czy też bardziej po światowemu, z „salsą”. Albo ułożyć maniokowe klocki na talerzu i okrasić je czule powyższym. Usmażyć jajko, albo dwa i nie czekać na nic więcej.

(W naszych jesiennych warunkach, porter do popicia nie zaszkodzi…)

Jeszcze dla porządku przytoczę jedną z polskich nazw manioku – „Podpłomycz najużyteczniejszy”.

Dobra, zgadzam się, jest użyteczny.

Poza tym, gdy staniecie nad maniokowym zagonem, gdzieś tam na tropikalnym Południu, w pierwszej chwili otumanieni słońcem moglibyście pomyśleć, że to „maryśka”, bo takie jakieś liście podobne, czy co?

To nie „maryśka”, to jednak „maniek”. I na swój sposób zadowala!

Oto maniokowa obróbka z akompaniamentem.

Maniok zwany yuca w Kolumbii, albo Dominikanie

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *