Marsz, szaleńcze!

Jeśli lubicie łazić, w sensie nie biegacie, jak teraz biega cała Polska w maratonach, pół maratonach, albo tam i z powrotem, a raczej łazicie, przebieracie równo nogami tj. trekking uprawiacie na podwórku, albo na innych hektarach, gdzieś w polu, gdzieś w górach, na jakiejś szosie, na jakiejś pustyni, może na bagnach, bo kto tam wie, to ja Wam rekomenduję z racji tego, że sam lubię okrutnie łazić – książkę o tytule wręcz idealnym: „Szaleństwo marszu”.

Mnie to szaleństwo łażenia objawia się nie tylko na Karaibach, choć tam kilometrów po różnych wyspach nabiłem multum. Mnie nosi po prostu wszędzie, bo mam chyba nogi Cygana, kręci mnie, świerzbi, nie usiedzę, no i łazić nie przestaję; w śniegu łaziłem, w deszczu, w ogniu sirocco znad Afryki, w „traktorach”, „japonkach”, czy innych pomykaczach. Dużo łazić muszę, bo jak swojego nie wychodzę to źle z mną. I nie chodzi o jakieś tam spalanie czegoś na gwałt, jakichś kalorii, mnie się tego liczyć nie chce, to efekt uboczny. Ważne, jak się czuję, a gdy jestem „po przejściach”, to czuję sięrewelacyjnie! Chodzi o to aby iść, przed siebie, przeć do przodu, dobrym tempem, bez zawieszania się. W ten sposób ogląda się kraj, jeden czy drugi, po kawałku, intensywnie, na żywo.

Książkę o tym wariackim maszerowaniu po planecie naszej długiej i szerokiej, napisał pewien Francuz, dziennikarz, pisarz, tekściarz, fanatyczny podróżnik, maniakalny wędrowiec – Jacques Lanzmann, który przeszedł już samego siebie. To znaczy, odszedł w zaświaty. I tam pewnie także nie stopuje. Miał Jacques swoje lata i do końca, jak to się mówi, łaził jak… stary. Znalazł sobie sposób na życie – łażenie. Przemierzył chyba wszystkie pustynie na świecie, Saharę zdobył ponoć mając 19 lat. Trekkingi trafiały mu się wszędzie. Lubił łazić po wyspach, pokonał np. wulkaniczny Reunion. Łaził po Europie. Po Afryce. Po Azji. Tam, gdzie pieprz rośnie. Tam, gdzie go nogi poniosły. Pod każdą szerokościągeograficzną.

jaquesl

„Straciwszy siedem kilogramów tłuszczu na zalanych wodą polach ryżowych Celebesu, w najlepszej formie wyruszyłem na spotkanie zielonego piekła Borneo”.

Był z niego Rambo-piechur, chodziarz wszech czasów.

Jacques lubił zmieniać klimat i glebę, po której łaził w jakimś tajemniczym modelu butów Nike (nie chciał zdradzić, w jakim dokładnie, ponoć bardzo prostym i tanim, tajemnicę wziął do grobu).

Lanzmann pisze o łażeniu różnie, nieraz dość poważnie, rzetelnie, nieraz nazbyt pompatycznie, bywa, że mądrzy się, jak człowiek, któremu by pasowało być guru (bo nim jest?), przeważnie jednak pisze o wszystkich dolach i niedolach szaleńczego wędrowania z dystansem, ironią, często bardzo zabawnie, często soczyście:

„W marszu nie ma mowy o powstrzymywaniu gazów. Wędrowiec jest słynnym prukaczem. Trzeba przyznać, że żywność – fasola, makaron, suchary, zepsute mięso, zanieczyszczona woda – torturuje a nawet zatruwa wnętrzności. Należy jednak zauważyć – i nie wymaga to głębszych badań – że kobiety puszczają mniej gazów niż mężczyźni. Są od nich dyskretniejsze i czyściejsze.”

Francuz nie ubarwiał. Chodzić i prukać radośnie to jak wyzwolenie. Taki wysiłek fizyczny i maniery salonowe wykluczają się.

Wydaje mi się, naiwnie czy nie, że gdy idę na całego, to krajobraz, jaki przecinam, wbija się we mnie, zostaje tam. Dobrze później pamiętam, jak po drodze zmieniało się otoczenie. Najpierw były winnice, potem gaje oliwne, zagony arbuzowe zasieki z opuncji, to na Sycylii, albo najpierw palmy kokosowe, całe palmowe wzgórza, to w Dominikanie. Potem pola ryżowe, dominikańskie nie wietnamskie, i naglelas, taki jak nasz, normalny liściasty, a potem akacje, już nie takie, jak nasze, tylko spłaszczone, równiutkie, jak na sawannie. Pod nimi czerwona ziemia, a dalej gęste chaszcze, busz i jeszczekaktusy, sukulenty niemożliwe, jak gigantyczne proce, to już blisko Haiti, niżej w cieniu „dominikański smok” w masce nosorożca, to sjestująca iguana z rogami na pysku, iguana rinoceronte, typowa tutaj, nie jedna, całe stado. W zasięgu wzroku zasolone w diabły jezioro z „Kozią Wyspą” po środku, gdzie azyl znajdują krokodyle.

A dalej piach, kurz, wejście do miasteczka, któremu lepiej byłoby zostać wioską, tonącą w letargu. I koza liżąca krawężnik, i wyleniały kundel, ospały, szczający na felgę, jakieś wymuskanej fury, jakiś dziadunio drapiący się po brzuchu z wielkim pępkiem, osobliwym wystającym, jak niewkręcona śruba, i małoletni zasmarkaniec, nagi zupełnie, jedną dłonią trzymający własnego pędraka, drugą loda, ściekającego mu aż do łokcia. Stoi przy nich czarna świnia, może czegoś chce, wbija swe świńskie ślepia w hałdę zielonych plátanos. I jeszcze jakaś muchacha robi pranie, te prześcieradła będą ładnie pachniały, czuć to wyraźnie, muchacha ma mokre włosy, musiała je niedawno spłukiwać, woda wciąż ścieka jej z kędziorów. Przy niej znajoma, w jaskrawych legginsach, podciągniętych frywolnie tak, że widać tam na dole pata de camello – „kopytko wielbłąda”, co jej nie przeszkadza.

Mijam obie, mijam rzeczy, zdarzenia po kolei, świadomość i podświadomość przy tym wszystkim pracują na pełnym obrotach, non-stop rejestrują, jakby ładowały się słońcem. Sam jestem zaskoczony, jak to działa, jak się w głowie odkłada, jak dużo można zapamiętać, zakodować. To się utrwala, jak obraz panoramiczny, to się w człowieku przewija poza nim i on to potem odkrywa, wyciąga z siebie, kiedy już siada w ciszy i daje rozpędzić się wspomnieniom.

Ja też coś chyba zostawiam w tamtym krajobrazie, w tamtym powietrzu, w czasie, zawsze coś, swój podziw, jakąś refleksję i pot, dużo potu, lubię po prostu iść, ten etap dochodzenia, że tak powiem, długiego, intensywnego dochodzenia najbardziej mi odpowiada.

marsz

marsz1

Fajnie jest połazić po nowym terenie, szczególnie po tropiku, który kipi, gdzie jak pisał w „Hebanie”Kapuściński „wybujała i niestrudzona biologia nieustannie pracuje, rodzi, krzewi się i kwitnie”, fajnie poodkrywać różne lokalne kąty, niespiesznie, po swojemu, z niegasnąca ciekawością. A potem zajść do przydrożnego baru, na popas i zerknąć na zachlapane, uciapane, „krótkie menu”, i zjeść co tam mają, rybę zjeść!, bo gdy morze widać, jak na dłoni, to trzeba dać się morzu nakarmić, potem popłukać to wszystko piwem, zmrożonym niemocnym, odprężyć się, i dalej przed siebie, póki dnia jeszcze kawał zostało…

Pewnie do „Szaleństwa marszu” kiedyś spontanicznie wrócę. Tymczasem polecam lekturę! Warto przeczytać, warto wdrożyć. Mamy tu coś dla ducha i od razu dla ciała, dla tej równowagi, jakiej nam potrzeba najbardziej.

[„Szaleństwo Marszu”, Jacques Lanzmann, Zysk i S-ka 2010]

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *