Mój dominikański świt

To jest tekst o Dominikanie, jaki powinien powstać, gdy zaczynałem swoje przygody w tym kraju, prawie dziesięć lat temu. Ale wyszedł ze mnie dopiero teraz, spontanicznie, bez wysiłku odtwarzania tamtych emocji, w jakich wjechałem w ten dominikański świat, w ten tropik, który mnie szybko usidlił. To są niejako emocje inicjacji, nie do zagaszenia, wiecie o czym mówię. Dominikana była najpierw i potem ciągle wzywała, wymęczyła mnie, zabrała oszczędności, pozbawiła alternatyw, była zaborcza. Ale dała w zamian jedno – jakąś namiastkę szczęścia, tam odkryłem frajdę dzikusa. Nie oddałbym ułamka czasu, jaki jej poświęciłem, w ogóle jaki przetopiłem w podróżach, wielokrotnie zyskując to najwspanialsze zmęczenie człowieka szczęśliwego, przypomnijcie sobie ten stan; na koniec dnia ciało do niczego, ale umysł radujący się kosmosem wrażeń. Czuję podskórnie, że idzie nowe, może i tego wyczekuję. Chcę dać szansę Kolumbii, to już wiecie, jeśli znajdę taką „drugą Dominikanę”, to tym lepiej. Prawdę mówiąc, liczę na to, potrzeba mi nowego paliwa, każdy go potrzebuje, jak i nowej energii, inspiracji! Wyszedł mi tekst niby refleksyjny, choć poszedł własną drogą, przyspieszył, nie hamowałem go. To całe emocje, amigos, to mój „love” do tego kraju, do podróży, do Karaibów, to we mnie zostało od tamtego pierwszego, dominikańskiego świtu, w 2006 roku. Odkrywajmy dalej, czemu nie, odkrywajmy wspólnie.

Nowy żywioł

Do Puerto Plata, czyli POP dolatuję wieczorem. Jest ciemno, jakby środek nocy. Jest styczeń, choć to już nie ma znaczenia. Na zegarku, ledwie cofniętym o pięć godzin dopiero dochodzi dwudziesta. Karaibski mrok nastaje nagle, niespodziewanie. Siedzę przy oknie i wkręcam w nie głowę wypatrując detali, wiercę się, poprawiam pasy; to je luzuję, to znów zaciskam. Znużenie długim lotem odchodzi, gdy z góry łapię pierwsze, liche światła wyspy. W dole República Dominicana! Samolot robi skręt, potem drugi, obniża lot. Pilot chce posadzić boeinga na lotnisku Gregorio Luperóna. Uszy się blokują, w czaszce łupie, ale rozdziawiam gębę, trzymam tak przez chwilę, jakbym krzyczał bez głosu na moście Muncha i po kłopocie. Dziób maszyny idzie w górę, lekkie przyśpieszenie, szarpnięcie i ostre hamowanie. Świetna robota, bilans startów i lądowań się zgadza, ahoj! Na pokładzie aplauz po dziesięciogodzinnym przedstawieniu, że się skończyło, że ludzie wytrwali, że pilot zrobił swoje, no z czystej ulgi, wiecie o czym mówię, ja nie klaszczę, nie umiem, po prostu wierzyłem w pilota do końca, choć ten oznajmił wcześniej, że przefrunie nad Bermudami, czyli wleci w Trójkąt Bermudzki, wiecie w czym rzecz, nie klaszczę, bo dłonie mam zajęte, ściskam je nerwowo, nowy żywioł przede mną.

Pokładowy wrestling

Samolot kołuje, podsuwa się do „rękawa”. Ludzie już w blokach startowych, a ledwo wylądowali, stoją w takiej irytującej gotowości wiecie o czym mówię, bez pardonu, tłoczą się, przetrącają plecakami, jakie już powkładali na plecy, mają w nich spadochrony, czy co?, kaftanów bezpieczeństwa wam trzeba, wy nadgorliwcy!, no walka tytanów, ciosy na prawo, ciosy na lewo, jeden wali drugiego, tamten daje się walić, no wrestlig, zawsze w tłumie znajdziesz takiego typa gorączkę, takiego Hulka Hogana z nadciśnieniem, lidera jaki zarazi swą pasją innych, i ci pomyślą, że trzeba atakować, zamiast pomyśleć, że mają czas, że wyjdą po ludzku, to nie, sieją spustoszenie od razu, oknami by powyskakiwali na tych spadochronach z plecaków, wszystko to na granicy jakiejś chorej paniki, innymi słowy ludzie szykują się kulturalnie do wyjścia, jak żywy, niesforny inwentarz, nogami przebierają, jakby dusili pęcherze przez pół drogi.

Ramirez by się przydał

Wychodzimy to za mocno powiedziane. Snujemy się do wyjścia, jak ślimaki. Wewnątrz boeinga czuć już dyskretną obecność „innego” powietrza, tego z zewnątrz, bo klimatyzacja brata się już z tym powietrzem. I ja zaczynam przebierać nogami, ale mój pęcherz stabilny, za to pękam z niecierpliwości, wyrywam się do tego czegoś na zewnątrz kabiny, do tej wabiącej niewiadomej, dusza trzy metry przed ciałem, wyprzedzam samego siebie, ktoś podszczypuje mnie w tyłek, to moja Bonita, mój anioł stróż, umie szczypnąć, przyjemnie boli, szczyp mnie jeszcze, od szczypania się zaczyna, potem tropik lubieżnik doprawi resztę, czaicie o czym mówię, i mnie się chce ryczeć, bo to się dzieje naprawdę, nie muszę się budzić, to jest na jawie, i ja pitolę, nie wyrobię, bo jak okrzyknąć to szczęście, no ale ten sznur pasażerów, ten niekończący się sznur, a wejdę im zaraz na głowy i śmignę po nich, jak sprytnykarzeł w cyrku, no dobra już prawie widać to wyjście, ten zbawienny exit, ostatni uśmiech i bardzo dziękuję stewardessom i one bardzo dziękują, no dobra, już poza maszyną, ale dalej w zamknięciu, w zakleszczeniu, przez ten upiorny „rękaw”. Kto to widział długie rękawy w tropiku! Nie mogły być schody i marsz płytą lotniska? Ale w rękawie robi się jakby inaczej, jest wilgoć, jest gorąco, są pierwsi Dominikańczycy, obsługa naziemna w czapkach bejsbolowych, ależ oni mają prezencję!, że ja nie wpadłem na to, żeby mieć „gotowca” na końcu języka i walnąć coś takiego na powitanie, że „Manny Ramirez, yeah!!!”, ale nie mam „Ramireza”, byłem ślepy na baseball do tej pory, a samo „yeah” brzmi idiotycznie, więc milczę, chłonąc tych pierwszych Dominikańczyków o cynamonowym kolorze skóry tak, jakbym chciał zrobić sobie ich kopie, eh señores, gdybyście wiedzieli , że będę was pamiętał, jak każdy „pierwszy raz”.

Powiew tropiku

Nagle nie wiadomo skąd wpada strumień powietrza, to jest powiew tropiku, moi drodzy, jakiego wcześniej nie znałem, to ma w sobie jakąś masę, spoistość, coś jakby zmoczona lignina, krochmal, jaki od razu człowieka oblepia, zasysam to powietrze, jak wariat, pcham je w płuca, i ja pitolę, nie wyrobię, bo teraz mam dwa płuca, uwierzycie, a nie jedno!, jak mi się dotąd zdawało, gdy żyłem na pół gwizdka na tej podłej dalekiej północy, i kręci mi się zaraz we łbie, na haju jestem, właśnie dostałem swoją działkę.

Chemia zapachów

Ale co takiego tkwi w tym powietrzu, bo tego czegoś jest od groma, to jest coś więcej, niż tylko nośnik tlenu, to jakieś obłędne archiwum dnia ostatniego, przedostatniego, każdego, czort wie, ile molekuł tam się zatrzymało, to jest odurzająca mieszanka zapachów, nie wiesz jeszcze, czy te aromaty są dla twego nosa, ale ciągniesz je bez wahania, aż zatoki buczą, czujesz jakby butwiejącą naturę, potem sobie skojarzysz z Greena, Marqueza, że tropik ma zapach zgniłego owocu guawy, i pokochasz ten zapach, albo inaczej, będziesz go kochał i nienawidził, nieraz krzywiąc się, bo ci zasunie kontenerem na odpady z targowiska, jakąś spleśniałą cebulą wetkniętą w truchło arbuza, albo rozgrzanym chodnikiem na który pospadały czarne jak diabeł, sierpniowe morwy, zaraz rozdeptane, rozjeżdżone, zjełczałe na słońcu, dusząco smrodliwe, ale teraz sam badasz, niuchasz, łączysz z czymś co znasz, bo człowiek zawsze porównuje, choćby nie chciał, a guawy dotąd z autopsji nie poznałeś, węszysz więc bez podpowiedzi, i co tam jeszcze w tym powietrzu odkrywasz, jakie pozostałości parnego dnia, gorący piasek, asfalt i morskie wyziewy, no i coś smażonego, dowiesz się później, co takiego Dominikana lubi smażyć, w mieście, we wsi, gdzieś na rogu ulicy, że to tostones, zielone „platanosy”, albo żółte, że to empanadas, że to ta cała palce lizać mięsna smażenina, że to chicharrones, te ichnie, świńskie skórki, bardziej jakby przerośnięte skwarki, że będziesz to wszystko jadł tak, jakbyś dopiero uczył się jeść, jak dzikus, w oszołomieniu, w radości.

Napad ckliwości

Nogi się uginają pode mną od tego powietrza, zmieniają w zwiotczałe pończochy, z motoryką cofam się do pierwszych kroków dziecka, ja chcę płynąć w tym powietrzu, chcę w nim zawisnąć, jak Neo w Matryksie, znowu zbiera mi się na ryczenie, i ja pitolę, nie wyrobię, bo jakie to w człowieku pochowały się wzruszenia, topi się człowiek w tej tropikalnej duchocie, choć ledwo jej dotknął, po kręgosłupie galopuje mu pot, ciuchy z innej strefy parzą go, gryzą, pod slipami zaczyna swędzieć, a ten się wzrusza, ckliwy się robi, że wreszcie tu dotarł, że można pomarzyć i coś z tego mieć, weź się w garść, oddychaj głęboko, to już jest „twoje” powietrze, i takim pozostanie, już nie będziesz mógł bez niego żyć!

10 USD za dominikańską noc

Jestem oszołomiony, co tu gadać, jestem pijany tym wszystkim a dopiero wchodzę do sali przylotów, idę jak na autopilocie, moja Bonita mnie podtrzymuje, mój anioł stróż, wyjmuję paszport, tarjeta de turista, i ten taki niebieski kwit, wypełniony w samolocie, odliczam dziesięć dolców na opłatę wjazdową, bo tyle kosztuje dominikańska noc. Gapię się w niebo, ależ nisko to niebo, prawie spada człowiekowi na głowę, gwiazdy można przestawiać dłońmi. A o dziesiątej, może jedenastej w niezbadanych ciemnościach ruszam na plażę. Idę, jak to mówią, za głosem morza. Wszędzie słychać wibracje, gorączka sobotniej nocy w trawie, z zaroślach, to cykady, ściana dźwięku. Ileż ich musi być na jednym metrze kwadratowym, cała filharmonia, tych stworzeń nie liczy się na sztuki, prędzej na kilogramy!

Ten świt nadejdzie

Dobra, teraz klasyka, pod stopami piasek, w uszach szum oceanu, w ustach lekki posmak soli, jaką przytargała bryza. I nagle, „plach”, dziwny odgłos, jakby głuche uderzenie. Tu rosną palmy, nie widzę ich, ale wiem, że są tuż, tuż. Wolno, na boso przebijam się przez ten gęsty atrament nocy. Padam na cztery łapy, jak rozbitek Crusoe, który właśnie wyratował się, wyłażąc na suchy brzeg i macam dłonią całkiem chłodny piasek i w końcu mam go, wymacałem go, świeży i gładki, i ciężki. Już dźwigam go na dłoni. To kokos, o ja pitolę, nie wyrobię, dominikański kokos, en vivo – na żywca, z Dominikany!, uwierzycie, tu na miejscu, prawdziwy, prosto z nieba, musiał tu paść, aby dać znać o sobie. A gdzie twoi bracia amigo, gdzie twoi hermanos?, mówię do orzecha, uwierzycie, mówię do niego, jakbym mówił co strusiego jaja, co też nie jest całkiem zdrowe, no takie górnolotne pierdoły wygaduję w tych emocjach, takie uniesienia mnie przy tym orzechu biorą, że tylko ta ciemność mnie ratuje, kryje to moje zdziecinnienie, to szaleństwo. Unoszę głowę i próbuję dojrzeć gdzieś tam w zaciemnionej przestrzeni koronę palmy. Na próżno, muszę poczekać do rana. Parę godzin i nadchodzi świt. Mój pierwszy dominikański świt…

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *