Moje boskie Rio

Kiedy wspominałem o Río San Juan prawie dziesięć lat temu miałem obawy, że odsłonię za dużo i odczaruję miejsce, gdzie odnalazłem własny „dominikanki azyl”. Człowiek, jeden czy drugi, jest naiwny. Chce zachować dla siebie to, co rajskie jak najdłużej. Ale tak się nie da. Bo człowiek jest tylko człowiekiem, w końcu się z innymi podzieli, nie wytrzyma. Z drugiej strony, czułem podświadomie, że trafią tam nieliczni. Bo Río potrafiło maskować swe walory, dla większości pozostało po prostu nijakie. Ponoć, miasteczko było dawniej prosperującą wioską rybacką. Teraz wiedzie żywot niespieszny, szczęśliwie uniknęło turystycznej rozróby, nie wciska ludziom pamiątkarskiego kiczu.

Ale nie jest zapóźnione w rozwoju, nie jest otępiałe, ma swoje turystyczne wabiki; lagunę mangrową,dyskretne plaże, ciche zatoczki, tropikalne landszafty, wokół rozbuchaną przyrodę. Wydaje się być pro – turystyczne, wytrwale zachowując przy tym umiar. Jednak Río ma przede wszystkim uzależniający klimat, to coś nieuchwytnego siedzi w ludziach, w otoczeniu, Río ma jakąś pociągającą wieczną sielskość, tym uwodzi.

Bienvenidos a Río San Juan, czyli witamy w Río

W czasie „wojaży inicjacyjnych” po Dominikanie w 2006 roku gościłem w Río trzy razy. Niewiele brakowało do czwartego razu. Ale po powrocie z Haiti dopadła mnie zemsta człowieka, który jadł szkło a ja patrzyłem na te wyczyny z angielskim dystansem, albo złośliwością w stylu Monty Pythona: Jak to jest chodzić po świecie ze szklaną watą w tyłku? Kiedy ten fakir, szaman, czy kim on tam był wykończył swój spektakl, wybrał mnie z tłumu, zajrzał mi prosto oczy, głęboko i natarczywie. Nie wiedziałem, co planował, ale wytrzymałem tę „parapsychiczną” próbę. Niech sobie czaruje sąsiada, albo byłą żonę, nie mnie. Myślałem, że wyszedłem z tego cało.

Nic bardziej mylnego. Dzień później sczyściło mniedoszczętnie, czary-mary zadziałały. I może podwójnie, bo nie dałem tamtemu napiwku. Nie pamiętam, czy nie chciałem dać, czy zapomniałem. Nadwątlony działaniem nieznanych sił powodujących gastryczną katastrofę próbowałem ostatni raz odwiedzić Río. „Zobaczyć Río i umrzeć”, zapewne tego chciałem. Ale nie wyszło. Choroba zmieniła mnie w karła szukającego kryjówki w rowie, tuż przy drodze do Río. Bredziłem coś cienkim głosem, bo na nic innego nie było mnie stać.

Trzej przyjaciele w Dominikanie w Rio San Juan

©Caribeya, Tres Amigos, trzej Przyjaciele w Río San Juan. Marzec 2016

Na początku było znacznie lepiej. Najpierw dotarłem do Río od strony Sosua i Cabarete. Potem jeszcze dwa razy, w ten sam sposób. Stałem na poboczu północnej, krajowej drogi numer 5, łapiąc na stopa często kursujące carros públicos, te tanie wieloosobowe, „kolektywne” taksówki, znacie je, pisałem o nich nie raz, albo sami nimi jeździliście mając z tego jako taką frajdę. Najlepiej zrobić tak: kiedy zbliża się pożądany wehikuł, z typowym trapezem na dachu – choć innym niż w zwyczajowej taxi – wystawiamy rozczapierzoną dłoń (tyle paluchów, ilu potencjalnych pasażerów), aby szofer ocenił, czy ma hamować, czy pruć dalej.

Będąc w np. duecie, robicie „victory” dokładnie tak, jak Churchill, czyli wewnętrzną stroną dłoni w stronę łapanego. Jeśli jakimś cudem dłoń ułożycie odwrotnie, dacie kierowcy sygnał, aby się… odpieprzył. Takie niuanse, tutejsza mowa ciała. Złapałem furę od razu. Wewnątrz zaskoczenie, bo tylko jeden pasażer, urzędnik banku, jak się okazało, w odprasowanej kremowej guayaberze. Myślałem, że to będzie „puszka sardynek”, bo carros públicos potrafią wycisnąć soki z ludzi, szczególnie na tej trasie. Bywa, że człowiek przyjmuje z musu pozycję, jaka skompromituje niejednego jogina.

Do pokonania ponad czterdzieści kilometrów. W Dominikanie to jednak długi odcinek. Z powodu kondycji dróg. Dzisiaj jest o niebo lepiej, inny wymiar. Nakładli wszędzie asfaltu, wyrównali, pociągnęli autostrady przez kraj, jest po czym jeździć. Nasi spece-drogowcy mogli by się poduczyć. Ale wtedy stany nawierzchni przechodziły z jednej skrajności w drugą. Raj dla terenówek. Poligon przetrwania dla osobówek. My jechaliśmy zużytą toyotą corollą. Połowę z tej czterdziestki śmignęliśmy normalną szosą, resztę polem minowym po eksploatacji, z setkami dziur i lejów różnej szerokości i głębokości. Gdy jest po czym jechać, dominikańscy kierowcy śmigają, jak pershingi, gdy droga znika prowadzą swe fury ostrożnie, schodzą do tempa żółwiego. Każdy felerny ruch i chwila bezmyślnej brawury mogą się skończyć tym, że koła i strzępy podwozia zostaną z tyłu.

Dla kierowcy to oznacza kaplicę: setki pesos na naprawy i zawieszenie roboty na jakiś czas. Dbają o maszyny, na ile mogą, bo rodzina musi jeść. Czasem, ładując się do jednego, czy drugiego carro público zadawałem sobie nieme pytanie: jak to możliwe, że taki złom wciąż jest na chodzie? Ale koszty przejazdów były rewelacyjnie, więc nie narzekałem. Aby do przodu. Nie zliczę, ile razy korzystałem z tych osobliwości dominikańskiego transportu, tam na północy, albo w Santo Domingo. Río zawsze opuszczałem w carro público, a potem gapiłem się po drodze w wiejskie pejzaże ustrojone palmami królewskimi, ostatnio z moimi amigos, Pablem i Arturem.

©Caribeya, Okolice Río San Juan.

©Caribeya, Okolice Río San Juan.

Río magnetyzowało mnie od pierwszego wejrzenia, posiadło mnie, skradło mi duszę. To przez ludzi, którzy mówili, że w Río jest tranquilo, „spokojnie”, że jest tam piękna naturaleza, „przyroda”, że trzeba tam jechać i pójść na taką małą plażę, też „spokojną”, gdzie będą tylko Dominikańczycy. Tamtym ludziom chodziło o El Caleton, wtedy nie mogłem tego wiedzieć, chodziło im o to cudo leżące kawałek poza Río San Juan, ni to miastem, ni wioską zawieszoną w popołudniowym letargu. Tutejsi zwali ją pieszczotliwie la playita, całkiem trafnie, bo to faktycznie była „plażyczka” i taką pozostała. Jakieś dwieście metrów drobnego piasku, morze koloru, od razu do polubienia, tafla wody ledwo wzruszona i faktycznie więcej miejscowych, niż obcych.

Jedni sjestowali, byczyli się na leżakach, stojących pod migdałowcami, inni jedli dusznego kurczaka z ryżem i z czym tam jeszcze, pili rum i Presidente. W wodzie kawałek od brzegu młody, może sanky-panky, żigolak po tutejszemu, ogolony na zero, prężny Mulat coś kombinował z turystką ze dwa razy od niego starszą, co najmniej, nurkował, długo nie wypływał, no wiecie, chyba dobrze tamtej było, bo chichotała, jak Ania Shirley po malinowym winie.

El Caleton nie zmieniła się do dzisiaj, choć wtedy było tam zupełnie dziko, tak że fauna żyła po swojemu, coś mnie okrutnie haratnęło w dłoń, chyba wlazłem w nieswoje chaszcze, jak pionier, jakiś owad, osa czy inny diabeł z lancetem, pojawiło się to-to nagle, wykonało wyrok i czmychnęło, jak „predator”, ryknąłem z bólu, wpakowałem dłoń w sól oceanu; na tej „plażyczce” nie było żadnego normalnego baru, czy garkuchni, raczej prowizorki, a ludzie przywozili wałówkę ze sobą, siadali i zaczynali biesiadę. Z biegiem czasu powstała jakaś wydajniejsza infrastruktura, na szczęście nieinwazyjna, taka typowo karaibska, drewniana, malownicza, aby można było zjeść „coś z rafy” i wypić piña coladę prosto z wydrążonego ananasa i wyjeść do reszty miąższ. O tej piña coladzie Pablo powie dziesięć lat później, że „jest pierwszej wody”.

Koktajl pina colada na plaży El Caleton w Rio San Juan

©Caribeya, Piña colada „pierwszej wody”
El Caleton, Río San Juan.

Wciąż mam wiele powodów by tam wracać. Zresztą, najważniejszy powód obejmuje wszystkie pozostałe: po prostu Río wydaje mi się przejmująco znajome, wręcz rodzime. A przecież leży w parnym tropiku ponad osiem tysięcy kilometrów od tego domu, który chowam w pamięci najgłębiej! I znowu przenosi mnie w lata szczenięce, na wieś dokąd z uwielbieniem jeździłem, aby spędzać tam każde wakacje. Dominikańskie siano pachnie tak samo, jak polskie. I kropka. A dominikańskie krowy muczą, jak nasze, gdy mają ochotę. Popołudniami siadywaliśmy w dziadkiem na ławce przed wielką chałupą, wyjadając z garnka bób, który ugotowała nam babcia. Lubiłem nadgryzać sinawą łupinę bobu i wyciskać z niej małego Kermita-Żabę, którego bez ceregieli pożerałem. Oto Karaiby magiczne, Karaiby zwodnicze – odurzą człowieka, zakpią z niego, zamieszają mu w głowie. Poza tym, trzymają tam bojowe koguty na smyczy. Gabriel García Márquez nie wymyśliłby tego lepiej w swoim Macondo.

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *