Morgan Freeman w Dominikanie

Gdy wskoczyłem do taksówki w Santo Domingo, od razu wiedziałem, skąd pochodzi jej szofer. Z Półwyspu Samaná. Zagaiłem, aby to potwierdził. Trafiłem. Półwysep uwielbiam, więc z marszu nagadałem mu o rybach, jakie tam jadłem, o półdzikich plażach, jakie tam widziałem, o przyrodzie, jaka zawróciła mi w głowie, o nieskończonych gajach palmowych, o jakby rajskich rewirach. Samaná jest zawrotnym, fotogenicznym miejscem. A jakich ludzi ma wspaniałych, przyjaznych! Samaná es muy linda, dorzucił swoje szofer, wszystko tam najpiękniejsze, amigo, również chicas, wiadomo. Samanés, czyli mieszkańców Półwyspu Samaná można często łatwo rozpoznać. Po swoistych rysach twarzy, po kolorze skóry, co mi się właśnie udało. Wielu różni się wyglądem od Dominikańczyków z innych części kraju. Bliżej im do wyspiarzy np. z Bahamów, czy innych anglojęzycznych, karaibskich wysp, lub do Afroamerykanów z południa, czy ze wschodu USA. Tak chciała historia. Konkurs na sobowtóra Morgana Freemana, tego aktora, no wiecie, wygrałby w Dominikanie na pewno ktoś z Półwyspu…

Czekał mnie powrót do Santo Domingo z El Cortecito we wschodniej Dominikanie, na wybrzeżu. Do „pętli” busów Bavaro Express jadących do stolicy chciałem dotrzeć, łapiąc pierwsze lepszemotoconcho, lecz zaraz zmieniłem plany. Szybciej zmienia się tylko pogoda w tym pokręconym kraju, był wrzesień, lunął rzęsisty deszcz.

Wezwałem hotelowego recepcjonistę, aby załatwił mi jakiś inny tani transport. Spojrzał na mnie, jak człowiek któremu niechętnie przychodzi mierzyć się z nieprzewidywalnym. Pamiętałem, że tenmuchacho miał kumpli, którzy kręcili się przy hotelu, przesiadywali tam godzinami na męskim gadaniu. Niech zadzwoni do któregoś, poprosiłem, może zechce dorobić. Złapał za komórkę. A kumpel odebrał i to nie na drugim końcu Bavaro, ale po drugiej stronie ulicy. Krył się przed ulewą, siedząc we własnej furze, naprzeciwko hotelu. Wycedził, że mnie podrzuci za trzysta pesos, co daje jakieś dwadzieścia pięć złotych. Dodał, że taka stawka obowiązuje w okolicy i nie ma czego negocjować. Wsiadłem. Szofer miał skórę połyskująca i bardzo ciemną. Gdyby nie akcent, pomyślałbym że to Haitańczyk. Lubię Haitańczyków. Ten był Dominikańczykiem z krwi i kości. Okazało się, że pochodził z północy, z Półwyspu Samaná. Mógł mieć zatem korzenie afro-amerykańskie. Stąd ta intensywna czerń skóry.

Geny afroamerykańskie płyną na Półwysep Samaná

Jakieś dwa wieki temu wielu wolnych Czarnych trafiło na Hispaniolę, emigrując z USA. Wtedy całą wyspą władał Haitańczyk Jean Pierre Boyer, przychylny Czarnym osiedleńcom. Najpierw, jako prezydent Republiki Haiti wkroczył w 1822 roku z siłami zbrojnymi do wschodniej, hiszpańskojęzyczną cześć Hispanioli, dokonując jej aneksji. Powstało jedno państwo pod banderą haitańską. Boyer sprowadził na Półwysep Samaná często całe haitańskie rodziny. Okupacja „Hiszpańskiego Santo Domingo” trwała 22 lata, zanim w 1844 roku narodziła się niepodległa Republika Dominikany.

Natomiast rezultaty relokacji byłych niewolników z USA, głównie ze wschodnich stanów, z miast takich, jak Filadelfia, czy Baltimore na obszary Haiti, w tym na Półwysep Samaná bywały różne. Ze względu na ubóstwo wyspy i niewielką zdolność administracji Boyera do tego, aby wesprzeć przybyłych imigrantów w okresie przejściowym, większość z nich dość szybko powróciła rozczarowana tam, skąd przybyła. Ci, którzy dali radę w trudnych warunkach i odnaleźli nową ojczyznę, zachowali północno-amerykańskie tradycje, również językowe. Dzisiaj potomkowie tamtych imigrantów zwani są Americanos de Samaná. Oczywiście, mówią po hiszpańsku, lecz starszyzna ponoć pamięta jeszcze dawną mowę.

Charakterystycznych samanés z „afroamerykańskimi genami” spotyka się nie tylko na Półwyspie Samaná, czego miałem dowód, zresztą nie raz.

Szofer, Ruscy i lalunie

Czarnoskóry szofer przystąpił od razu do rozmowy na dość zaskakujący temat. Zaczął rozprawiać o Rosjanach i robił to z takim naciskiem, że miałem wrażenie, iż to jego hiszpańskie Rusos znaczy – Ruscy. Pomyślałem, że nie zaszkodzi posłuchać, co ma do powiedzenia. Dużo tu u nas Ruskich, mówił. Tygodniowo cztery grube samoloty lądują z Ruskimi. Jedni idą na plażę, inni kupują domy, gdzie można. Mamy z Rosjanami kawałek granicy, wypaliłem. Jakbym chciał się podszyć pod tę ich smykałkę do interesów na miejscowym rynku nieruchomości. Wy to języki macie podobne, oznajmił szofer, można was pomylić. Pomylić? No znalazł się lingwista! Mówimy inaczej. Zresztą, Rosjanie mają całkiem inny alfabet. Odparowałem zgodnie z prawdą, lecz zupełnie bez sensu. W każdym razie, polski i rosyjski ładnie brzmią. Rosyjski może i ciut ładniej. Mógłbym jeszcze pociągnąć tę językową dysputę, ale mój elokwentny rozmówca ziewnął tak bezczelnie przeciągle, że się zacukałem. Najpierw facet rwie się do gadania a zaraz znudzony ma dość. A ja wychodzę na paplającą pierdołę.

Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy, nawet radio nie grało, jednak nie o to chodziło, ta cisza wadziła, nie dało się tak siedzieć. Pomyślałem, że ściągnę jego uwagę czymś innym, czymś bardziej życiowym. A Rosjanki to lubią nosić krótki ciuch, mówię, pewnie coś o tym wie. No, coś tam słyszał. A jak tutaj zjeżdżają do ciepła, mówię, to po tych plażach chodzą tak, że już niczego nie noszą, pewnie widział, albo mu już donieśli. No, coś tam niby widział, ale nie za dużo. Niezłe są, mówię i mrugam okiem, i nawet nie lecą na kasę, bo tej mają po kokardę, tylko ciągle szukają romansów pod palmami, jakbym to wszystko skądś wiedział. Za to polskim chicas, dodaję, też niczego nie brakuje, też dziewuchy z fantazją, serce siada, jak biorą w obroty, co akurat wiem na pewno. Pytam, czy szofer coś wie. Nie potwierdził, ale jakby podłapał temat, zaciekawił się, i Rosjankami i Polkami, czyli zwabiłem koguta, podgrzałem go, ustawiłem w blokach startowych! A jeszcze posłuchaj tego, escucha me, amigo: my Polacy, oni Rosjanie i wy Dominikańczycy, jak jeden mąż lubimy sobie golnąć. Taka jest prawda, to nas łączy, czyż nie? Liczyłem, że się ze mną zgodzi, ale szofer nie załapał. Musiał dopytać. Czyli co, też pijecie rum, pijecie jak my? Nie, amigo, pijemy wódkę, rum też ale wódki więcej, w sensie tyle, ile wy rumu! A Rosjanie piją najwięcej wódki ze wszystkich na świecie, oceany wódki! A jak wypiją naprawdę za dużo to mają złe czerwone gęby. I dlatego rosyjskie lalunie mają ich dość, lecą do Dominikany, aby sobie lepszego chłopa znaleźć, ¿entiendes?, kapujesz? Bo Rosyjski chłop okrutnie brzydki, jak sobie golnie. A muchachos dominicanos to sami pięknisie są, gdzie nie spojrzeć, z was jakby urodzeni modele, wszędzie; na plaży, w mieście, we wsi. Krążą o was legendy, no śmiej się, amigo, śmiej.

Czy coś na ulicy sprzedajesz, czy didżejem jesteś albo barmanem, czy ludzi taksówką wozisz, albo podrzucasz ich łodzią na wyspę to przyjezdne babki od razu do was lgną. Zresztą, nic nie musisz robić, wystarczy że jesteś w pobliżu. A tamtym ledwo opalone nogi natychmiast miękną. Mówi się, że wam diabeł w oczach siedzi a prędzej o tu poniżej, że nie przestajecie, no śmiej się, amigo, śmiej. Podobno od tego słońca tak macie, od klimatu, już nauka to tłumaczy, coś tu jest w powietrzu, że wam się ciągle chce. Co więcej, wasze morenitas też się stale do was kleją. Chodzę po ulicach to widzę, a nieraz słyszę, jacy kochliwi jesteście, na werandach, na gankach, nad wodą obłapiacie się, aż miło. Gdzie tam naszym orzechom do waszych kokosów, no śmiej się, amigo, śmiej! Tyle racha-racha, ile wy tu macie w tropiku przez miesiąc w Europie by nas zabiło. O facetach mówię. Nie dalibyśmy rady, w życiu! Dlatego żeńska Europa przylatuje do was na południe po jeszcze. El béisbol y el sexo. Oto, w czym nas bijecie. Potraficie wy muchachos używać piłek. Tego wam zazdroszczą białasy w Europie, no śmiej się,amigo, śmiej!

I on to kupił, ten bałamut jeden, łyknął wszyściutko, jak młody pelikan. Do tego miał niezły ubaw, wioząc takiego brzydala, prawie Ruskiego za trzysta pesos. Jeszcze ze trzy kilometry wspólnej przejażdżki a tak połechtałbym jego „macho-ego”, że poszłoby w górę, jak balon z helem. Takie banialuki bym mu wcisnął, takie dziewoje naraił na za dwa dni, od razu z samolotu z Moscú via Varsovia, że by mnie ten szofer może i za darmo do stolicy Republiki wziął. A szoferowi, co prawda, oczy już się porządnie rozmydliły, tęgo się koleś napalił, lecz kiesy pilnował. I przy terminalu autobusowym w Bavaro wydębił od mnie te swoje pesos.

Mały terrorysta w poczekalni

Miałem więcej niż pół godziny do odjazdu. Kupiłem bilet do Santo Domingo, płacąc tyle samo, ile przed chwilą za prywatną podwózkę! Poczekalnia była pełna. Ludzie siedzieli obstawieni walizkami. Dzieciaki ganiały po kątach, piszczały, błaznowały po swojemu. Niektórzy próbowali drzemać. Inni dojadali jakąś smażeninę, ignorując zakaz spożywania tam czegokolwiek. Jej woń rozchodziła się w wilgotnej parnocie razem z wonią perfum i „krówkowym” aromatem dulce de leche. To mieszanka dość przyjemna. Jednak nie uchroniła ludzi przed innym zapachem, fatalnym, jaki wdarł nagle, niczym terrorysta. Był to, w mordę, zapach bąka. Kto go puścił? Jaki nikczemnik? Obecni w strefie skażenia przyjęli postawę obroną – to nie ja! Wtedy włączył mi się w głowie Herkules Poirot. Podjąłem dyskretne dochodzenie. Wytypowałem dwie osoby: babcię i jej wnuka o spojrzeniu wrednego makaka. Babci dałem spokój. Choćby była winna, uszłoby jej to na sucho. Babciom się daruje. Raczej zrobił to niesubordynowany małolat. Tkwiła w nim jakaś skumulowana anarchia, szukająca ujścia. Zepsuł powietrze celowo, czułem to. Wszyscy czuli. Musiałem go obwinić! Lecz nie zdążyłem. Wszyscy podróżni podnieśli się raptem i wypadli na zewnątrz, jakby po zbawcze antidotum. W sam raz podjechał autobus. Ja podniosłem się na końcu. Kto wie, czy nie z haniebnym osądem na karku?

Wybudzić Miguela, czyli falstart.

Po drodze poznałem chłopaka o imieniu Miguel, właściciela colmado, tj. sklepo–baru z mydłem i powidłem, chyba z Veron. Kogoś mi przypominał. Jakiegoś steranego pirata, może dokera, który rano pilnuje kontrabandy a wieczorem daje w mordę za kasę. W jego, kanciastej, wyrazistej twarzy było coś z Michaela Yorka oraz Micka Jaggera. Wręczył mi paczkę ciastek, podkreślając, że takie sprzedaje u siebie, na wypadek jakbym zgłodniał, kiedy on będzie spał. Bo właśnie zmierzał kłaść się spać. Nadmienił, gdzie jedzie, po co jedzie i kiedy będzie wracał. Poczułem, jakby mianował mnie stróżem swego snu. To odpowiedzialne zadanie. Coś mi jednak nie grało. Miguel powiedział, że jedzie do San Pedro de Macoris, po czym przekręcił się na bok i zasnął. Kto zasypia, kiedy zaraz ma wysiadać? Pewnie był śmiertelnie zmęczony, co mi wcześniej umknęło, łapał każdą minutę. A te mijały jedna po drugiej, czuwałem w coraz większym napięciu. Zbliżało się San Pedro, zwykle bus stawał dla chętnych przy zjeździe z autostrady. Miguel pobudka, dojeżdżamy! Miguel otworzył oczy, ziewnął. I rzucił mi dziwne spojrzenie. Był zaskoczony. Poza tym, jakoś nie zbierał się do wyjścia. W każdym razie, odetchnąłem. Zrobiłem to, o co mnie prosił. Chłopak wysiądzie, tam gdzie chciał. Mogłem zająć się swoimi myślami. Tyle, że Miguel nie wysiadł. W ogóle tego nie planował. Nie opuścił mnie w San Pedro de Macoris. Pozostał moim kompanem podróży, kontynuując przerwany sen. Jechał o wiele dalej, bo aż do… San Francisco de Macoris (właśnie – San Francisco!), do matki. Za to ja głupio pomyliłem „Piotra” z „Franciszkiem”. Miguel mógł odespać po drodze całe życie, miał czas. Czekała go tylko przesiadka w Santo Domingo, dokąd obaj zmierzaliśmy.

W stolicy wskoczyłem do taksówki, której szoferem był jeden z samanés, o czym już wiecie ze wstępu.

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *