Morze owoców morza

To nie będzie skromny materiał, to będzie „kulinarna pornografia”, prowokacyjny ładunek kulinarnej rozpusty, tylko poczekajcie. Delikatnie od razu uprzedzam, że jeśli przypadkiem znajdujecie upodobanie w mocowaniu się z klanem rumianych krewetek tygrysich z grilla, lubicie rozbrajać langustę, przeżuwać kalmary, plądrować rozmaite muszle i w ogóle paprać się w trzewiach wszelakich mariscos, wasze ślinianki mogą tego nie wytrzymać i rychło eksplodować spienionym ślinotokiem. Chrońcie zawczasu wasze monitory, tablety, smartfony!

Seafood z natury

W Tobago obserwowałem rybaka, który właśnie zakończył połowy. Nie zmarnował czasu na morzu. Na dnie łodzi miał konkretne ryby; kingfisha, kilka red snapperów i upiorną barakudę. Miał też wiadro kalmarów oraz wielkie, wąsate langusty, ułożone w piramidę; tych zdecydowanie najwięcej. Rybak podpłynął do pomostu, przycumował łódź i spokojnie czekał na umówionych klientów, którzy zjawili się już chwilę później, jeden po drugim; to kucharze z pobliskich barów. Nie było targowania, każdy wiedział czego oraz ile chce, nie przebierał zbytnio, brał, płacił ustalone ceny i rad odchodził ze zdobyczą. Ot, ekspresowy i rutynowy handel. Nie sądzę aby trwał dłużej niż piętnaście minut. W łodzi ostała się tylko jedna langusta, raczej mizerna w porównaniu z kumpelami, które już powędrowały do garkuchni. Jakkolwiek wciąż był to świeżuteńki, najlepszy seafood. Należało traktować tę sztukę z równym respektem. Yo man! This one here is for me, „ta jest dla mnie”, oznajmił rybak i capnął stwora za pancerz. Zazdrościłem mu pewnego posiłku. Sam też nabrałem apetytu. Zaszedłem do któregoś z barów, gdzie na grillu dopiekały się langusty…

©Caribeya, Langostas wypieczone... pół na pół.

©Caribeya, Langostas wypieczone… pół na pół.

©Caribeya, Langosta: ego i alter-ego. W smaku świetnie się dopełniają.

©Caribeya, Langosta: ego i alter-ego. W smaku świetnie się dopełniają.

Wybrałem średni okaz i zasiadłem przy plastykowym stole, na plastykowym krześle. Trzy minuty później ucztowałem w najlepsze, piętnaście minut później przyszło mi za ucztę zapłacić. Niemało. Miałbym za to ze trzy dania z ryżem, fasolą i kurczakiem plus piwo Carib. Nie żałowałem. Jeśli wydałem na tę langustę o wiele za dużo, jako obcy czy turysta, to i tak swoje dostałem. We własnym kraju bym nie dostał. Nawet w każdy czwartek, czyli wtedy, gdy do polskich restauracji przylatują owoce morza, podobno świeże. Ale komu zdarzyło się rozłupać kiedyś i spałaszować rasową krewetę „z natury”, temu już raczej nie posmakuje kreweta z… cargo. To nie to samo i już. Zresztą, nie lepiej wsunąć po ludzku schaboszczaka a skorupiaki jadać tam, gdzie ich miejsce i czas? Taka odłożona przyjemność ma swój urok!

W karaibskich rewirach, albo tam gdzie morza i oceany dają ludziom jeść i żyć, miejscowi masowo, od rana do nocy łowią owoce morza, żeby przyjezdni mogli je zaraz znaleźć na talerzu obok tropikalnej sałatki. Układ ten dzieli pieniądze i gwarantowaną satysfakcję między jednych i drugich. I warto się w ten układ wpasować, spełniając swe kulinarne fantazje

©Caribeya, Camarones, każdy z każdym. Przedsmak orgii smaku.

©Caribeya, Camarones, każdy z każdym. Przedsmak orgii smaku.

©Caribeya, Camarones wychodzą z kuchni na okrągło.

©Caribeya, Camarones wychodzą z kuchni na okrągło.

Kulinarne porno

Kiedy jeżdżę po tropiku w teamie, z moimi bliskimi, nasze wyprawy dzielą się zawsze na dwa, rozmyślnie nierówne etapy: dłuższy zabójczy tour i krótszy, jakiś tam rekreacyjny „biwak”, w tej właśnie reżimowej kolejności, nigdy w odwrotnej. Jeśli z pęcherzy na steranych stopach tryska na boki surowica, a do ust podchodzi żółć to znaczy, że wciąż tkwimy w etapie pierwszym. Jeśli zalatujemy po całości kokosową gumą do żucia to mamy etap drugi. Najpierw łazimy ile wlezie, potem kładziemy się plackiem na mącznym piachu i wgapieni w turkusowy kisiel leżymy tak do czasu, aż zabije „wielki dzwon”. Każdą wyprawę kończymy niezmiennie tak samo, bezwstydnie przyjemnie: gargantuicznym świętem lokalnego jadła najlepszego sortu i bełtów pierwsza klasa, fetą przy której bachanalia to kinderbal w pastelach.

©Caribeya, Camarones, langostinas, mejillones. Koedukacyjne jakuzzi.

©Caribeya, Camarones, langostinas, mejillones. Koedukacyjne jakuzzi.

©Caribeya, "So when you're near me, darling can't you hear me S. O. S."(ABBA)

©Caribeya, „So when you’re near me, darling can’t you hear me S. O. S.” (ABBA)

W finale dajemy czadu. To ujarzmia nieco bóle nieuchronnego wyjazdu. Poza tym, ostatnia wieczerza jest też gratyfikacją za wszelakie, prawda, trudy i wyrzeczenia podczas wojaży, toteż chcemy ostentacyjnie nagrzeszyć obżarstwem tyle, ile się da; chcemy jeść, pić i luzować szaty, czego sam Petroniusz mógłby nam pozazdrościć. Przed wkroczeniem do knajpy przy plaży z porządnym wyszynkiem, odkładamy przezornie jakieś tam rezerwowe „siano” na rano, np. na lotniskową taksówkę, zaś całą resztę puszczamy do cna.

Wywlekamy z tajnych schowków rezerwowe kupki, prześmierdłe i zawilgocone banknoty, grube i cienkie zaskórniaki, kładziemy przed sobą cały, upchany gdzieś po kieszeniach bilon i gramy va banque. Zamawiamy wszystko, jak leci, zamykamy oczy i celujemy paluchami na chybił trafił w potargane menu, rzecz jasna menu z owocami morza, bo tylko takie nas interesuje. Ryż, fasolę i kurczaka wtedy odstawiamy. Powiedzmy szczerze, kochamy żarliwie tę „świętą trójcę” karaibskiej kuchni. Niejeden raz sprowadziła nas szczęśliwie do celu, choćby przy… wiatrach okrutnych, lecz teraz ma wolne. Za to, zielone smażone „platanosy” (plátanos verdes fritos, w Dominikanie – tostones) towarzyszą nam do końca. To jedyny wyjątek, poza którym w naszej, nazwijmy ją, gastronomicznej świadomości wizualizuje się już tylko i wyłącznie to, co pływa bądź częściej łazi, tudzież pełza po morskim dnie, albo błyskotliwie udaje tam trupa.

©Caribeya, Mejillones czyli małżeństwa niemieszane.

©Caribeya, Mejillones, czyli małżeństwa niemieszane.

Nim zaczniemy cokolwiek jeść, biorę od razu standardowo jakiś mocny koktajl, najlepiej podwójne daiquiri i profilaktycznie pochłaniam, aby odgonić jakiekolwiek symptomy opamiętania. Po takim aperitifie jestem już w pełni władz umysłowych, aby bez zbędnych skrupułów powalić na deski i znokautować resztki wyjazdowego budżetu i mieć z tego frajdę. Bliscy mnie w tym wspierają.

Ucztę kończymy bez grosza, goli i weseli! O to chodziło. Pozostaje rzec ¡buen provecho! Smacznego!

©Caribeya, Parrillada, un poco de todo, czyli z grilla wszystkiego po trochu.

©Caribeya, Parrillada, un poco de todo, czyli z grilla wszystkiego po trochu.

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *