Na plantacji tytoniu

Od małego lubiłem wejść na wsi w pole, stanąć pośrodku żywej zieleni, czy złotego morza rozlanego po horyzont, wiosną czy latem i dotykać, wąchać, słuchać szumiących łanów, nacieszyć się jakimś urodzajem. Dziadek mi pokazał, że natura jest na wyciągnięcie dłoni, że można jej się przyjrzeć z bliska, że człowiek i natura żyją obok siebie. Zabierał mnie ze sobą.

Szliśmy w pszenicę, w żyto, albo w zagony maku, bo ten dawniej wyrastał radośnie na polskich wsiach, jak na wyżynach Afganistanu; zrywaliśmy kłosy, rozcieraliśmy w dłoniach i kosztowaliśmy ziaren. Albo dziadek otwierał mi scyzorykiem makówkę (wyglądało, jakby ją skalpował), a ja śliniłem paluch i wkładałem do środka, wyciągając hordę grafitowych „mrówek”, które zlizywałem z jako takim smakiem. Takie wspomnienie.

I tam, w Dominikanie, zachciało mi się także wejść w pole, tym razem tytoniowe. Z Polski pamiętam takie pola na Wyżynie Lubelskiej. Gapiłem się w nie (oraz w „podniebne” plantacje chmielu), gdyśmy do Zamościa, do babci jeździli. A teraz dotykałem tytoniu prawie najlepszego na świecie. Są teorie, że jeszcze lepszego od tego, który niby wiedzie legendarny prym – kubańskiego. Bo dwie doliny: dominikańska Valle del Cibao i kubańska Valle de Viñales mają dla tabaco najlepsze ziemie. Tam rozwijają się, ku radości tytoniowych aficionados, najlepsze liście do cygar.

Na plantację

Plan był taki. Najpierw zajedziemy na którąś z plantacji tabaco dominicano w rewirach Villa González, Palmar Abajo, albo Palmar Arriba. Popatrzymy na zielone kwartały tytoniu, na te kryte palmowym liściem szałasy, gdzie tytoń schnie, spotkamy ludzi, którzy doglądają wszystkiego. Potem ruszymy do Santiago de los Caballeros, do fabryki cygar „La Aurora”.

Wjeżdżamy do Villa González. Kierowca jedzie, jakby wiedział, gdzie ma jechać. Ale pytam go kontrolnie: „wiesz, gdzie jedziesz?”. Okazało się, nie wiedział. Po prostu jechał. Droga była prosta, wygodna, po co stawać, myśleć co dalej. Zatrzymaliśmy się w końcu. Aby spytać miejscowych przy jakimś colmado, co i jak. Tu nie ma tytoniu, tam jest, z drugiej strony. To zawracamy. Znowu jesteśmy w centrum Villa González, znowu trzeba kogoś pytać: gdzie ten tytoń? Przyszło mi do głowy, że pytanie w tym miejscu o pola tytoniowe, to jak pytać o piasek na plaży. Dobrze jedziecie, mówią jedni, cały czas prosto, za wioskę, dodają drudzy, w kierunku Palmar Abajo. Wyjeżdżamy, jedna wieś się kończy, drugiej jeszcze nie widać, a gdzieś pomiędzy tylko poletka manioku, słoniowatych liści yautía – żółtosoczy, oraz strzeliste pnie, do których poprzypinano zielone „skarpety z piaskiem” – papaje, po „dominikańsku” – lechosas.

Ale gdzie ten cholerny tytoń? Już myślałem, że staniemy w jakiejś wysokiej trawie, popatrzymy na szczyt Diego de Ocampo siniejący w oddali, poudajemy że jest całkiem fajnie i zawrócimy. Trudno. W kolebce tytoniu, nie udało nam się go znaleźć! Takie wytłumaczenie powinno wystarczyć, prawda? Aż tu nagle – trach. Plantacja. Jak z obrazka. Wyskoczyłem na pole, jakby mnie tęgo przypaliło. Tak na zwiady. Potwierdzić, że to nie miraż. No, i weszliśmy w te liście, między te łodygi wysokie prawie, jak człowiek. Napatrzyliśmy się na nie, jak i na krajobrazy, gdzieś tam w tle: wzgórza, palmy królewskie, flamboyany czekające na majowe, ognistoczerwone kwitnienie. To wszystko nadawało się do malowania. Tylko stawiać sztalugi i od ręki powiększać zasoby tzw. malarstwa prymitywnego: po co marnować takie wiejskie landszafty?

Na polu przywitali nas Haitańczycy. Pracowali tam. Ubodzy, uśmiechnięci. Jeden z nich chodził boso. Stopy miał szarawe od pyłu suchej ziemi. Zaprosili nas do siebie, pokazali miejsce, zagadali: trochę po hiszpańsku, angielsku, francusku. Między sobą komentowali coś po kreolsku. Niczego nie chcieli. Zrobili nam kilka zdjęć aparatami w komórkach. My im też. Taka wymiana.

Potem trzeba było ruszać do Santiago, bo wizyta w najstarszej fabryce cygar w kraju została umówiona już dawno. Przypominam szoferowi, aby jechał obwodnicą, bo zakleszczymy się w korku w centrum miasta. Skorzystał z rady. Dotarliśmy przed czasem. Pracownicy fabryki kończyli obiad. Jeszcze zdążyliśmy wypić kawę za dziesięć pesos…

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *