Niebiański „Henryczek”

Bardzo lubię jeździć do zachodniej Dominikany. Jest mało-turystyczna a w powietrzu ma jakąś wibrującą magię. Dobrze mi się tam oddycha – też w sensie trochę metafizycznym. Im bliżej granicy z Haiti, tym robi się ciekawiej, przestronniej, podróż zbliża się do jakiegoś sedna. Lubię tam wracać. Tamtejsza Dominikana żyje dla siebie a nie dla przyjezdnych. Zresztą ciągle niewielu bierze ją pod rozwagę. A ta ma dość charakteru i godności, mimo że ekonomicznie raczej odstaje od reszty kraju. Poza tym jest na pewno urocza. Mówię o niej „dziki zachód” lecz bez żadnych szkodliwych podtekstów. Jeśli w tej części jest dziko, jest to dzikość wciągająca. Wyjazd w tamte rewiry odkładam na koniec każdej wyprawy, zostawiam sobie na deser. Osada Enriquillo – czyli „Henryczek” – leży na styku prowincji Pedernales i Barahona. W niej się zatrzymamy. Zazwyczaj docieram tam, jadąc wzdłuż wybrzeża na pace jakieś terenowej fury. Często w sezonie huraganów robi się w Enriquillo bardzo groźnie. Rejon ten zwykle mocno obrywa. Potem jeszcze mocnej oberwie Haiti. Poza tym jest spokojnie i raczej zjawiskowo…

Na komisariat czy na autobusowy dworzec?

Do Barahony z Santo Domingo zawsze wyjeżdżam rano, pierwszym możliwym autobusem, jakoś po szóstej. Scenariusz zawsze jest ten sam. Biorę taksówkę bo carro público jeszcze „śpią”. Ulice miasta są puste a przyjemny chłodek wnika do auta przez uchylone okna. Szofer czasem powie to i owo, czasem o coś zapyta ale jak nic nie mówi a tylko zapuści radio, też jest dobrze. Czasem szofer wygląda, jakby nie chciał gadać, to ja też się nie narzucam. Tym bardziej, że muzyka, czy z rana, czy w południe, czy pod wieczór, zawsze ma ten sam, przyjemny smak. Kiedy w eter wchodzą wiadomości, to szofer całkiem przycisza albo zmienia kanał, jakby spodziewał się czegoś złego, jakiegoś feralnego newsa, którego i on, i jego pasażer nie chcieliby wysłuchiwać o tak wczesnej porze. Jak tylko spiker mechanicznie powie, co ma powiedzieć, wraca muzyka, i wracają głośniejsze bity bo szofer to zarazem didżej. Może coś się gdzieś wydarzyło, może diabli wzięli kawał świata, lecz my o tym nie wiemy, i nie chcemy wiedzieć, przynajmniej na razie. Jedziemy w błogiej nieświadomości. Nieraz gwałtownie zatrzeszczy CB-radio. Ale szofer musi mieć łączność, więc trzeba przeboleć. Taki szczekający odbiornik może się kojarzyć z radiowozem i lądowaniem na komisariacie a nie na dworcu autobusowym. A tam właśnie jadę. Żaden szofer nie pomyli drogi, gdy mu się powie: „Caribe Tours, por favor!”.

Kiedy tak z wolna nastaje wielkomiejski świt, kolorując wyłaniające się z mroku Santo Domingo, to najchętniej bym jechał tą taksówką i jechał, słuchając tej czy innej, sączącej się z głośników bachaty albo salsy bo w Dominikanie salsa coraz popularniejsza; i do słuchania, i do tańczenia. Ale trzeba płacić i wysiadać. Terminal Caribe Tours uwielbiam, jeśli w ogóle w kategoriach wielbienia można traktować takie miejsca, jak autobusowy dworzec, taką aortę latynoskiego city-molocha. Co więcej, zaszedłbym tam o każdej porze, nawet bez konkretnych wyjazdowych planów. Z jednego powodu: dają tam najlepszą kawę na świecie!

Kawa prowadząca do autobusu (albo do orgazmu)

Jeśli dotąd nie przyszło wam do głowy, że na dworcu można wypić coś, co chociaż trochę przypomina prawdziwą małą czarną, macie przed sobą rekomendowaną próbę w Santo Domingo. Oferta takiego, dajmy na to, Starbucks’a czy innej sieciówki to szczyny lucyfera po ostrej libacji. Za to wypicie prawdziwej kawy, czyli wypicie kawy dominikańskiej u jej źródła, kawy aromatycznej, mocnej, słodkiej, lanej a właściwie wyciskanej do plastykowego „naparstka” prosto z termosu przez latino-babcię lub latino-dziadka, którzy tę kawę z sercem w domu zaparzyli i przynieśli sprzedawać pod główne dworcowe wejście – tak moi drodzy – wypicie tej kawy z czasem traktować będziecie, jak rodzaj rytualnej krypto-masturbacji.

Płacę za „czarnulkę” jakieś pięć do dziesięciu pesos, czyli jakieś 4 do 7 groszy(!) i wypijam duszkiem, od razu nabierając krzepy. Proszę o jeszcze jedną, a doña szczęśliwa, wyciska mi z termosu następną porcję. Do tej kawy przydałaby się empanada. Widzę człowieka, który je sprzedaje. Ma ich całe „terrarium”, bo jak inaczej nazwać solidny szklany prostopadłościan, z dyndającą w środku zapaloną żarówką. Ona trzyma emapanadas w odpowiedniej temperaturze. Mam ochotę na jedną z serem i jedną z jajkiem. Trzeciej, z kurczakiem, już pewnie nie zmieszczę. A też wygląda smakowicie! Czas iść do kasy, robi się kolejka. Mówię, gdzie chcę jechać, podaję wyliczone pesos. Na bilecie a raczej paragonie zawsze jest napisane, jak zwie się kasjerka i zawsze ta godność ma co najmniej trzy człony, jak np. Guadalupe Natera Vasquez. I to ona raczy mnie uśmiechem, życząc buen viaje – szczęśliwej podróży.

Na peronach zawsze zalega duszne powietrze, porządnie zaczadzone spalinami. Do tego wyją silniki. Kierowcy zostawiają busy na chodzie. Lepiej posiedzieć w poczekalni i obejrzeć skróty bejsbolowych rozgrywek albo powtórkę z telenoweli. Potem można się wygodnie rozsiąść, bo Caribe Tours dają taką możliwość. Niektóre z najnowszych busów mają fotele lepsze od lotniczych. Caribe Tours dociera prawie wszędzie, nie jeździ tylko do wschodniej Dominikany, tam transport wygląda inaczej.

Jadę więc do Barahony, za jakieś trzy godziny z hakiem będę na miejscu. W autobusie napisano, że nie można jeść ale i tak niektórzy coś tam dojadają. Kierowca – zresztą bardzo elegancki señor w żółtej, firmowej koszuli – niczego nie widzi, bo siedzi szczelnie odizolowany od rzeszy pasażerów, za domkniętymi drzwiami. Wszystko po to, by tym pasażerom zapewnić klimatyzację, tj. napuścić im tyle lodowatego luftu, ile wlezie. Dlatego przydaje się polar, o czym już kiedyś ostrzegałem. Gdyby chociaż muzyka dodała kilka stopni ciepła, ale gdzie tam! W Caribe Tours nie ma salsy, nie ma merengue, nie ma bachaty. O reggaetonie można zapomnieć. W Caribe Tours ciągle nadają (i człowiek gotów pomyśleć, że mają to wpisane w misję firmy) same pompatyczne melodie z gatunku música romántica. W zasadzie wszystkie idą na jedno kopyto. Po kilku godzinach takiego odsłuchu człowiek ma ochotę się z miłości… zabić.

Dominikana czyli Meksyk i Afryka, i lepsza niż Hollywood

Na szczęście za oknem widać pierwsze zadziorne sukulenty, bo krajobraz w okolicach Azúa zaczyna się zmieniać. Od teraz można się powoli przyzwyczajać, że Dominikana również nadaje się do kręcenia westernów albo może i melodramatów w stylu – „Miałam w Afryce farmę u stóp gór Ngong”. Tyle, że do ekipy filmowej nie podpełźnie żaden skurczybyk z grzechotką na końcu ogona i nie zaczai się w chaszczach wygłodzony król lew. Kiedyś już pisałem, że zmienność dominikańskiej flory potrafi zadziwić i zdezorientować. Naraz nie widać ryżowych pól, nie widać plantación de plátano czy gajów palmowych. Tutaj, im dalej na zachód, robi się sucho a pejzaż zmienia się w meksykańską prerię albo afrykańską sawannę. Przy Barahonie znowu wyrosną grzywiaste palmy a potem znikną, gdy wystrzelą góry Bahoruco. Albo palmowy las przejdzie w pole trzciny cukrowej. A ta ustąpi bananowym zagajnikom. I tak to się w kółko zmienia.

Więcej filmów rodem z Hollywood mogłoby powstać taniej – w Dominikanie. Dominikana to naturalne filmowe studio! Np. Francis Ford Coppola dał kiedyś dobry przykład. Po „Czas Apokalipsy” poleciał na Filipiny, które miały grać Wietnam, ale jak mu się przypomniało, że dobrze by było nakręcić te długawe, rzeczne sceny na łodzi, to już nie wracał w azjatyckie tropiki tylko skoczył właśnie do Dominikany i tam domknął sprawę – na Río Chavón – co na pewno jest swego rodzaju ciekawostką. Poza tym Republikę Dominikańską upatrzyli sobie taki Sydney Pollack, Robert de Niro czy Andy Garcia. Ale o tych panach oraz ich filmowych wyczynach w realiach tejże republiki kiedy indziej.

W Barahonie wysiadam po dziewiątej rano. Dobra pora by powtórzyć śniadanie. Nie wysilam się zbytnio. Biorę to samo, co kilka godzin wcześniej w stolicy. Poza tym w ofercie widzę właśnie tylko empanadas. Odpada dylemat osiołka. Buenos días, Barahona!. Zasiadam na ławce w Parque Central i patrzę na ludzi, a ludzie patrzą na mnie. Dokładnie wiem, co ma być dalej, lecz nie spieszno mi.

„Włoch”, bachata i ofiara gorączki sobotniej nocy

W pobliżu stoi hotel Los Hijos de Dindo, w którym wieczorem złożę kości, wymordowany upałem i całodziennymi wojażami. Zapytam nobliwego señora o wolny i cichy pokój na jedną noc. Señor odpowie, że takowy się znajdzie, weźmie mój paszport i zacznie z niego przepisywać wszystko, jak leci. Zaraz wręczy mi klucz, jak do zamkowej komnaty. Pójdę na górę, stwierdzając, że pokój przypomina izolatkę, co mnie cieszy. Izolatka oznacza ciszę. Rzucę się na łoże (dość wygodne) by nieco odsapnąć, włączę wiatrak, który zacznie drażniąco buczeć. Przyzwyczaję się, bo to w końcu hałas zależny ode mnie. Wyjrzę przez okno, by ocenić sytuację. Nic poza nieszkodliwą ulicą, po której jakiś wyrostek goni drugiego i coś tam pokrzykuje, ulicą, jaką zaczyna ogarniać zapadający zmierzch. Wezmę zimny prysznic i wyjdę na miasto by zjeść obiad z kolacją u „Włocha”. Z właściciela żaden tam Włoch. Ale będzie tak jakoś po włosku, ślisko zaczesany. Stąd taka ksywa. „Włoch” bardzo dobrze mnie nakarmi. Już zawsze będę do niego wpadał. Tym bardziej, że jak już człowiek usiądzie tam do stołu to nie musi się w ogóle ruszać, będą go obsługiwały ze trzy kelnerki, zwłaszcza gdy człowiek przyjdzie tam bezczelnie późno, i kelnerkom będzie zależało by człowiek, jak najszybciej zjadł, wypił, wypalił krótkie cygaro i sobie poszedł. Stąd taka zmasowana, ekspresowa obsługa. A „Włoch” tylko stoi przy kasie, coś tam liczy i obserwuje. Można powiedzieć, pociąga za sznurki. Nie dowiem się, jak smakują inne dania z „włoskiego menu”, bo tylko ryżu z kurczakiem tam spróbuję – w czasie tej uczty i każdej następnej w przyszłości. Być może kiedyś się okaże, że „Włoch” sypie do tego ryżu, jakieś uzależniające prochy. Do cygara zamówię jeszcze jedną kawę. Kiedy jedna z kelnerek poleci realizować moją zachciankę, kątem oka dojrzę, iż dwie pozostałe prawdopodobnie naradzają się, jak mnie wykończyć, nie narażając się przy tym swemu pracodawcy. No dobra, wypiję kawę, zapłacę i wyjdę…

W colmado na rogu kupię piwo. Sprzedawca będzie wyglądał na Chińczyka. Nie zdziwię się. Chińczycy trafiają się wszędzie. Połowę Presidente wypiję w drodze do hotelu, połowę w czasie pogawędki z recepcjonistą. Znowu wejdę na górę, znowu rzucę się na łóżko, na chwilę zamknę oczy. No i wtedy się zacznie. Ten cały łomot z głośników rozstawionych na ulicy, na dole, pod moim oknem. Przypomnę sobie, jaki jest dzień. Będzie sobota. Dominikańska ulica, choćby nie wiadomo, jak spokojna i leniwa była zazwyczaj, nie zmarnuje weekendowej fiesty. Gorączka sobotniej nocy zdarzy się naprawdę. A ja będę jej ofiarą. Zapach wszelakiej smażeniny, piwa i rumu będzie szedł do nieba, radując kogo tam trzeba. A mi najpierw pęknie głowa, potem usłyszę najlepszą bachatę pod słońcem – Es tan dificil i wreszcie zasnę w jakiejś obłędnej pozycji pacjenta z wariatkowa, ze dwie godziny przed zapianiem koguta. Rano pomknę oglądać „park jurajski” nad słonym Jeziorem Enriquillo. Lecz to się wydarzy dopiero za ponad dobę. Za to teraz wyjdę z parku, w którym wciąż siedzę i patrzę na ludzi a oni na mnie i pójdę tam, gdzie najłatwiej mi będzie złapać jakąś guaguę albo inny okazyjny transport w stronę – także Enriquillo – tylko nie jeziora a wioski…

Niedoszłe sceny kryminalne w „Raju”

Właśnie już tam jadę, do Enriquillo. Jadę na nieco chybotliwej pace mini-ciężarówki daihatsu. Załapałem się, jako autostopowicz. Cała droga z Barahony wzdłuż wybrzeża jest zjawiskowa. Daihatsu jedzie szybko ale pewnie. Widać kierowca zna dobrze tę trasę. Zakręty mija z nabytą wprawą. Klaksonem przegania opieszałych. Czasem trąbi, jakby kogoś pozdrawiał. Wiatr coraz mocniej smaga moją twarz, ledwo łapię oddech, chowam się za kabiną, siadam tyłem do kierunku jazdy, patrzę. W Paraiso, czyli w „Raju” muszę zmienić środek transportu bo daihatsu gdzieś tam skręca. Wcześniej słyszę przestrogę, że mam się pilnować, bo w okolicy kręcą się złodziejaszki i rozmaite podejrzane typy. W „Raju” mają mnie np. obrabować?? Nie wierzę. Stoję i czekam, aż coś innego kiedyś podjedzie…

Miejscowi zaczynają mnie ostentacyjnie lustrować. Może od razu planują, jak podzielić przyszły łup. Najpierw zbliża się do mnie jakiś młody macho. Niedobrze. Ma muskuły, zbyt pewny krok, zbyt gangsterskie łachy i wzrok notorycznego zabójcy. Czyli na kradzieży się nie skończy. Wszystko się zaraz skończy! Macho jakoś zapomina mnie zlikwidować, tylko uprzejmie pyta skąd jestem, po co tu jestem, jak długo tu jestem, w sensie jak długo w Dominikanie. Uff, to chyba jakiś zwiadowca. Mam jeszcze czas by pożyć. Wybadał mnie i sobie poszedł, poprawiając portki w kroku. No ale gość z taką aparycją ma być tylko zwiadowcą? Nie było ostatnio awansów? To w takim razie ja sobie stanowczo nie życzę poznawać głównego egzekutora! Nie zniosę widoku jego facjaty – pewnie będzie to Danny Trejo po czołowym zderzeniu z Charlesem Mansonem.

Jednak ten nieuchronnie nachodzi. Dogadał się z tamtym młodym i teraz zabiera się do swojej mrocznej partytury. Jezu, wybrali wioskowego mędrca, biednego kuśtykającego starowinę, by mnie zgładził. Może on udaje chromego by wzbudzić moje współczucie. Co za maniery! Czuję się, jak we śnie, chcę uciekać ale nie mogę, nogi mam zatopione w krochmalu. Starzec pyta, czy mam aparat. No to się zaczęło. Pewnie dziadek nie chce go zapaprać juchą, gdy będzie mi robił rachu-ciachu. Odpowiadam, że mam, wspaniałomyślnie to udowadniając. To lepiej, żebym go schował bo ludzie są różni, słyszę. Że jak? Namaszczony spec od mokrej roboty daje mi znaki bym pilnował sprzętu bo mi go złupią, gdy on mnie tu zaraz na cacy załatwi? No przyznajcie – trudno dzisiaj o takich dżentelmeńskich kilerów.

Trochę to dziwne ale na swój sposób dające cień szansy, że jednak przeżyję i być może dojadę do tego Enriquillo. A te zdjęcia, które robię, to komu pokażę, dopytuje dziadek. Bierze mnie pod włos. Robię je dla siebie, odpowiadam. Aha, ripostuje sucho dziadek. Wreszcie zza zakrętu wyłania się pękata guagua, co szczęśliwie kończy psychodramę. Guagua staje jakieś pięćdziesiąt metrów ode mnie, zwykle tam właśnie musi stawać. Kierowca nabzdyczył się, że nie jest panem sytuacji, i że musiał podjechać do mnie, bo ja nie podszedłem do niego, kiedy i tak miał jechać w moim kierunku. Może kobieta go w nocy nie dopuściła, albo ktoś mu już zdążył napsuć humoru od rana. Tak czy inaczej, wsiadłem i odetchnąłem, że ten cały „Raj” nie zmienił się w mojej obecności w jakieś tam piekło.

W sumie absurdalna sytuacja. I często powtarzana. Czy w Santo Domingo, czy gdzieś daleko od stolicy. Dominikańczycy potrafią dramatyzować, przesadzają z tym brakiem bezpieczeństwa, choć z pewnością, chcą jak najlepiej dla przybysza z innej bajki. Ostrzegają go na wyrost, roztaczają ponure wizje, wyolbrzymiają zagrożenie, nierzadko popadając przy tym w groteskę. A przybyszowi zaczyna się to w końcu źle udzielać. Mnożą mu się w głowie urojenia. Niepotrzebnie.

Tymczasem, zbliżałem się do celu. Jeden ze współpasażerów spytał mnie znienacka, czy kiedyś już byłem w Enriquillo. Nie zdążyłem odpowiedzieć, gdy ten szybko dodał, że tam jest, jak w niebie, że zaraz zobaczę. Tak to właśnie ujął. Był wyraźnie przejęty, że mi to powiedział, że się pochwalił tym całym Enriquillo. To chyba szczera rekomendacja, wypływająca gdzieś tam z duszy, kto wie. No bo kto tak mówi, kto uderza w taki patos, siedząc ściśnięty, jak sardyna w przepełnionym mini-busie. Wtedy oślepiła mnie jasność oceanu. Być może tak wygląda niebo, jak tutaj w Enriquillo. Mogłoby się podobać, jest piękne ale i ludzkie, czyli nie takie znowu idealne, poza tym na razie jest bliżej ludzi, bliżej niż by się mogło wydawać…

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *