Noc u „Putina”

Na pewno nie zapomnę „pierwszego razu” w Las Galeras, a szczególnie pierwszego noclegu. Na oferowany pokój rzuciłem jedynie okiem. Za dnia wyglądał całkiem przyzwoicie, jeszcze zalatywał niedawno kładzioną farbą. Miał solidne drzwi, zamykane na… wielką kłódkę! Wręczono mi do niej klucz. Jak się okazało – klucz do koszmaru.

Wtedy krążyłem sporo po Dominikanie, jako tzw. fotoreportero independiente, którym stałem się na własne życzenie. Nie zamierzałem tam leżeć plackiem, chciałem coś robić, do czegoś się przydać.  Jeździłem po kraju, w jakim zdążyłem się już zakochać. Tego pragnąłem. Karaibów. Dalekiego tropiku, najlepiej takiego, gdzie mówią po hiszpańsku. W czasie wojaży nocowałem w różnych miejscach…

Klucz do koszmaru

Hotel w Las Galeras był na pewno świeżo pobudowany i nie miał szyldu. Szukałem czegoś taniego na jedną noc. Miejscowi mówili o hotelu Putin. Uśmiechnąłem się pod nosem. Pokazali mi, jak tam dojść. Putin stał na wykarczowanym kawałku zagajnika. Właściwie to stał w przedsionku do lasu. Wycięto akurat tyle dzikich chaszczów, aby idealnie wpasowała się tam bryła budynku, pomalowanego na pastelowo z przewagą różu. Nie znająca pokory tropikalna flora już pokazała, na co ją stać, już zaczynała swymi mackami ogarniać zachłannie nowy hotelarski przybytek.

Jego zarządca przedstawił się, jako Leonardito i przyjął mnie z honorami. Aby mnie obsłużyć, zmuszony był przerwać partyjkę domina. Nie wyglądał na niepocieszonego, być może przegrywał. Potrzebowałem czegoś w rodzaju faktury za nocleg ale zaraz machnąłem ręką. Okazało się, że dziarski staruszek Leonardito nie potrafił pisać ani czytać. W notesie, który mu odruchowo podsunąłem, przy nazwie hotelu postawił niezgrabne „X”. Chyba nie pasowała mu długość wpisanej nazwy, bo szybko dorzucił Putin Las Palmitas to dobry hotel! Faktycznie, rosły tam również karłowate palemki…

Na zaoferowany pokój rzuciłem jedynie okiem. Za dnia wyglądał przyzwoicie, jeszcze zalatywał niedawno kładzioną farbą. Nawet drzwi nie rodziły wątpliwości. Miały przecież… kłódkę! Wielką i solidną. Leonardito wręczył mi klucz. Jak się wkrótce okazało, był to klucz do koszmaru…

Pierwszy owad zleciał mi na twarz z sufitu zaraz po zgaszeniu światła. Wróciłem do pokoju hotelowego po wieczornym obchodzie Las Galeras. Ledwo trafiłem. Na szczęście zabrałem ze sobą latarkę. Potem spadł kolejny insekt. I następny. Spadały na mnie, co rusz. Mniejsze i większe sztuki. Łaziły po mnie, jak Liliputy po śpiącym Guliwerze. Ja jednak wyczuwałem je wyraźnie, wyskoczyłem z łóżka i z odrazą zapaliłem lampę. Wiem, czego się można w tropiku spodziewać, asortyment robactwa jest raczej bogaty, lecz o tylu ruchliwych współlokatorach nie było mowy. Wcześniej ich nie dostrzegłem. Wykończony długim dniem runąłem na łóżko po szybkiej, chłodnej kąpieli. Coś nie tak było z ręcznikiem. Nie pachniał świeżością, o czym przekonałem się za późno… Teraz miałem zasnąć z wonią kobylej rui w nozdrzach. Chyba źle posortowano brudy…

Miałem zasnąć, ale nie zasnąłem.

Robale, zarówno eskadry powietrzne, jak i piechota waliły całymi chmarami przez szpary w potężnych (i to zatrzaśniętych!) żaluzjach. Co miałem robić? Owinąłem się dokładnie prześcieradłem, jak całunem i zacisnąłem zęby. Ale po chwili znowu – pac i pac. Coś na mnie zlatywało, coś po mnie pełzało, złowrogo bzyczało. Już wiedziałem, że tej nocy złoży mi wizytę każdy wredny insekt z zagajnika wokół hotelu. Podniosła mi się temperatura.

No to, dranie – wojna! Włączyłem światło, chwyciłem sandał w dłoń. Od razu szaleńczo ruszyłem do ataku. Toczyłem bitwa za bitwą z cholerą w oczach. Tłukłem, rąbałem, gniotłem, tępiłem zarazę i rozcierałem na „ścieżki”, gdzie popadnie. Zeszło mi na tej insurekcji-dezynsekcji jakieś półgodziny. Oto rezultat – robale wybite, co do jednego. Bo chociaż była to dezynsekcja amatorska to jednak poczyniona w oszalałej desperacji. Diablo skuteczna, tak mi się wydawało. Tylko ściany u Putina nieco ucierpiały. A może, kto wie, zyskały ciekawszy, bardziej wymowny design?

Powtórnie padłem na łóżko, lecz tym razem to adrenalina nie pozwoliła mi zasnąć. Włożyłem słuchawki do uszu. Leciał jakiś wolny hiszpański numer Jennifer Lopez. Przydałby się sen. Jednak przy zgaszonym świetle długo nie poleżałem. Nagłe plaśnięcie okrutnego odwłoka na mym lewym licu zapowiadało odwet. Niestety, w rewanżu doszczętnie uległem…

O brzasku, dezorientując tubylczego koguta, wyskoczyłem z hotelu, jak opętany, złorzecząc Putinowi. Nu, pagadi, carajo! Sztywny od potu, powleczony owadzimi fekaliami, przeciąłem biegiem niemal całą zaspaną wioskę, aż do plaży, która powoli wybijała się z mroku. Porzuciłem ciuchy, plecak, plugawą historię ostatniej nocy i rozebrany do gołego zderzaka, zapadłem się w ciepłym oceanie. Dopiero po chwili zorientowałem się, że świadkami moich bezpruderyjnych ablucji są dwa rybacy. Mieli ubaw, ich chichot rozchodził się po wodzie. A ja wreszcie poczułem ulgę. Oczyszczony siedziałem na wilgotnym piasku, gapiąc się na słońce, wyłaniające się zza horyzontu nad Zatoką Rincón…

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *