Na pace do Las Galeras

Panowie przyjechali w punkt. Tak, jak zostało dogadane poprzedniego dnia. Taksówkarze. Uśmiechnięci, zadowoleni, mimo wczesnej pory. Znowu trafił im się popłatny kurs. Dwie gabloty dla ośmiu osób. Od rana przyzwoity zarobek. Potwierdziłem cenę za przejazd na terminal autobusowy. Stamtąd czekała nas podróż do miasta Samaná, leżącego na… Półwyspie Samaná, nad… Zatoką Samaná w… Prowincji Samaná.

Zawsze jeżdżę w tym kierunku linią Caribe Tours z dworca przy Av. 27 de Febrero. Zapomniałem o tym wspomnieć taksówkarzom. Usłyszeli jedynie – Samaná. Po czym zrobili swoje. Podrzucili nas tam, gdzie ich zdaniem było najlepiej. Na stację syndykatu transportowego ASOTRAPUSA wożącego ludzi dokładnie tam, gdzie nas ciągnęło. To niedopowiedzenie skutkowało logistycznym odkryciem, co mnie ucieszyło; miałem nową alternatywę wydostania się z Santo Domingo! W dodatku, bilety były tu nieco tańsze niż w Caribe Tours.

Z zapasem czasu wyskoczyłem po przegryzki na drogę. Jedzie się ponad trzy godziny, trzeba coś jeść. Dojrzałem sprzedawcę empanadas, Haitańczyka. Właśnie skończył je smażyć. Wziąłem kilka z jajkiem i kilka serem oraz porządną kiść bananów. Zdobyłem prowiant. Ruszyliśmy. Kiedy przyszło płacić za przejazd, okazało się, że w rolę cobradora, wcielił się potężny czarnoskóry…. raper z Chicago, albo gangster, albo dwa w jednym. Kogoś takiego przypominał. Na pewno, nie typowego Latynosa z Dominikany. Oczywiście, był Dominikańczykiem, mówił po hiszpańsku, był tutejszy, nie ma wątpliwości. Tylko, że ewidentnie należał do samanés, czyli pochodził z półwyspu Samaná. Tutaj historia trochę namieszała. O tym, dlaczego mieszkańcy tego regionu różnią się od Dominikańczyków z innych części kraju, pisałem w materiale Morgan Freeman w Dominikanie.

Morgan Freeman w Dominikanie

Zanim nasz „raper” pobrał opłatę, zapytał dokąd jedziemy. Odparłem mu zgodnie z prawdą, że docelowo – do Las Galeras. W Samaná przesiądziemy się przy mercado, targowisku. Po co się przesiadać, z nami dojedziecie bezpośrednio! Dopłacicie po 50 pesos, wyjdzie wam taniej niż z przesiadką. Dobra cena, mówię, tylko że obiecałem moim ludziom jazdę do Las Galeras… na pace! To atrakcja, señor! Uśmiechnął się, chyba zrozumiał. Przy mercado dopadł nas tłumek oferujących dalszy przejazd. Chcieli nas wcisnąć do minibusów. Oznajmiłem głośno, jak przez tubę, że interesuje nas tylko guagua „otwarta”, jedziemy tylko na pace, nie ma innej opcji!

Dalej wszystko potoczyło po dominikańsku, czyli: no hay problema! Dominikańczycy nie szukają problemów, tylko je rozwiązują. Jak ich nie kochać? Pół minuty później mieliśmy wymarzoną guaguę. Właśnie przybijałem piątkę z nowym szoferem, gdy wychwycił mnie wzrokiem nasz biletowy „raper” z pierwszego busa. Krzyknął, że człowiek, który nas zawiezie jest jego znajomym. Jedźcie z nim! Tacy potrafią być Dominikańczycy. Chłop nie zarobił dodatkowych pesos, ale nie nabzdyczył się, za to zarekomendował właściwą osobę, poniekąd z konkurencji!

Guagua, wyglądająca jak przewiewny „papa mobile”, należała do nas w całości. Osiem osób plus manele. Część ekwipunku zaległa w nogach mojej ekipy, na pace, reszta tobołków poszła na dach, gdzie została uwiązana linami. Sam zasiadłem obok kierowcy, nie narzekałem. Po czym w drogę! O to chodziło. W perspektywie jakieś 35 kilometrów. Fantastyczny kawałek kraju! Jest na co popatrzeć. Rozbuchana przyroda, wybrzeże, malownicze osady. Szyja boli od wykręcania na prawo i lewo.

Po trzech kwadransach dotarliśmy na kraniec „dominikańskiego świata”, do Las Galeras

Galeria Las Galeras

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *