KLĄTWA CZARNEGO PSA

Biały, jak ty, nie musi bać się czarnego psa, mówił mi stary Haitańczyk. To Czarny będzie się bał, gdy trafi na bestię po zmroku. W stolicy, czy na wsi. W dzielnicy biedoty, czy na rozstaju dróg. Albo na cmentarzu. Bo czasem jest powód, aby tam iść. I nie chodzi o pogrzeb, ani pamięć. Jeśli rozumiesz, o czym mówię. Źle się kończy spotkanie z czarnym psem. Nie prowadzi do śmierci, jakbyś pomyślał, tylko do obłędu. I to jest najgorsze. Ten obłęd. Bo czyni człowieka martwym za życia…

Próba mocy

Leniwie nastał duszny i lepki świt kolejnego dnia, czwartego roku Ery Duvaliera. Tropikalne słońce przebijało resztki zawiesistego mroku nad wybielonym, jak wysuszony piszczel Pałacem Narodowym w Port-au-Prince. François Duvalier, znany bardziej, jako Papa Doc nie zdążył zakosztować porannej kawy i zaklął. Barbarzyńsko wcześnie zadzwonił pilny telefon. Prezydent mógł wiedzieć, czego dotyczy. Ostatnio informowano go jedynie o kolejnych trupach wśród jego gwardzistów. Wściekł się z innego powodu. Chorobliwie nie znosił, gdy mu cokolwiek przerywało śniadaniowe namysły przy wybornej, haitańskiej małej czarnej. Niechętnie zatem chwycił masywną słuchawkę. Wypłynął z niej chropowaty głos, jakby zniekształcony po to, aby brzmieć złowrogo. Dlatego Duvalier nie rozpoznał go od razu.

„Uważaj Papa! To, co pijesz może być zatrute…”

Zawahał się przez chwilę, po czym rozjuszony wrzasnął do ucha rozmówcy, w którym rozpoznał swojego dawnego poplecznika.

„Barbot, twoje sztuczki są warte kozich szczyn! To ja wiem, ile jeszcze pożyjesz. Osobiście przyniesiesz mi własną głowę!”

Trudno dać wiarę, że za tym prostackim dialogiem stały persony, które przed niespełna dwoma laty deptały wspólnie krwawą ścieżkę nowej historii karaibskiego kraju. I perfekcyjnie współgrały ze sobą, jak połówki mózgu. Pechowo dla Haiti, mózg ten skrywał w swych skręconych czeluściach trzepnięty i fanatyczny umysł. Chował intelekt wynaturzonego psychopaty, jakiego wyłączną pasją jest cyzelowanie aparatu terroru, szerzenie aury grozy i totalnego osaczenia. A wszystko to w imię jednego, niezmiennego celu – podtrzymania pouvwa, władzy całkowitej. Chociaż ta zdalna próba sił trąciła tanim pokazem adeptów czarnej abrakadabry  – komunikat wydał się czytelny: ktoś tu kogoś chciał nastraszyć…

Generał i Tatko Doktorek

W deszczowym wrześniu 1957 roku wygasały nieodwołalnie czasy prosperity w haitańskiej republice. Pierwsza połowa lat pięćdziesiątych zostawiła w historii zapis szczególnie pozytywny, mimo wojskowych rządów sprawowanych przez prezydenta-generała Paula E. Magloire’a. To było niezwykłe na tle burzliwych dziejów tego kraju, niszczonego przez żywioły natury i polityczne zawieruchy. Magloire okazał się otwartym na świat, obrotnym włodarzem o usposobieniu zdecydowanie antykomunistycznym. Dzięki temu błyskawicznie udało mu zyskać przychylność Jankesów. I nie tylko urzędników z Waszyngtonu. Ale i zwykłych amerykańskich obywateli, którzy kuszeni walorami nieodległej tropikalnej wyspy, zaczęli tam masowo zjeżdżać. Dzisiaj trudno to sobie wyobrazić, lecz wówczas turystyka międzynarodowa w Haiti rozkwitała w pełni.

Przedsiębiorczy generał potrafił zarządzać państwową kasą. Nie trwonił pieniędzy. Obfite przychody, uzyskane z handlu kawą przeznaczał na modernizację miast i instytucji publicznych oraz budowę dróg. W życiu społecznym ustawiał się zawsze w centrum. Brylował na salonach. Organizował setki wystawnych rautów. Był postacią szalenie barwną i lubianą. Zwłaszcza przez obywateli majętnych. Doczekał się także efektownej okładki magazynu Time.

François Duvalier
François Duvalier
Źródło/source: www.historyanswers.co.uk

W czasie, gdy reperował republikę i uświetniał jej życie towarzyskie w stolicy, w zapadłym interiorze zbierała się opozycja. Działaniami konspiracyjnymi kierował mrukliwy, lecz bystry wiejski lekarz François Duvalier. Leczona przez niego biedota nadała mu przydomek Papa Doc. W rezultacie splotu wielu przypadków, zbiegów okoliczności, ingerencji niszczycielskich sił natury w postaci huraganu Hazel i wreszcie odwrócenia się wojskowych od urzędującego prezydenta, 22 września 1957 roku doktor przejął władzę w Republice i wprowadził się do białego Pałacu. Miał za sobą potężny elektorat – ludność wiejską, nakarmioną głównie obietnicą dokonania reformy rolnej. W rolniczym kraju powielanie takich wyborczych deklaracji musiało przynieść wymierny skutek.

Ojciec duchów śmierci

Duvalier wylansował się ponadto, jako spadkobierca dawnych niewolników; od razu poucinał przywileje Mulatów oraz elity francuskojęzycznej i pozwolił rządzić Czarnym. Zarazem, jako żarliwy orędownik kultury przodków, potrząsnął afrykańskimi korzeniami, reaktywując w kraju kult vodou. Okazało się, że ten niepozorny konował Tatko Doktorek trzymał w zanadrzu kolejne rewelacje. Ogłosił się hounganem, czyli mocarnym kapłanem vodou. Po czym, przyjął miano Barona Samedi, mitycznego przywódcy i ojca duchów śmierci. Upiora, który gęstą nocą nawiedza cmentarze, spaceruje po zapadniętych grobach i liczy swoje stado.

Baron Samedi veve
Symboliczna reprezentacja (vèvè) Barona Samedi w religii vodou.

Haitańczycy rychło uwierzyli w te proklamowane inkarnacje. Tym bardziej, że niepokojąco zaczęła wzrastać liczba obywateli zmarłych w tajemniczych okolicznościach. Niemal codziennie o brzasku odkrywano w zaułkach slumsów potwornie zmasakrowane trupy. Większość miała rany cięte, lub szarpane, żadnych postrzałowych. Nad ciałami roztaczał się mdławy odór krwi. Zatrwożeni ludzie z sąsiedztwa donosili, że w nocy, zaryglowani w domostwach, regularnie wysłuchują wściekłego ujadania psiej sfory. Taki rumor miesza zmysły, wpędza w koszmar. Tylko bestie z piekła rodem potrafią tak wyć i skowyczeć.

Ktoś z tłumu, ośmielony zbawiennym światłem dnia wyznał, że nie jest do końca pewien, ale po zmroku ukradkiem dojrzał jedno, samotne monstrum.

„Z początku myślałem, że to człowiek kuca za barakiem, aby załatwić potrzebę. Ale ten nie skończył, nie podniósł się i nie odszedł normalnie w swoją stronę, tylko jakby położył się, przeciągnął i ruszył nieludzkim pędem…”

Śniadanie bossów

Clément Barbot czuł się w prezydenckim gabinecie Duvaliera, jak u siebie. Od wielu miesięcy obaj panowie cyklicznie spotykali się w różnych dniach tygodnia, jednak zawsze dość wcześnie rano, aby omówić bieżące sprawy republiki. Kończyli lekkie tropikalne śniadanie, w asyście nieszkodliwie buczącego na suficie wiatraka.

„Tylu innowierców posłałem już w zaświaty i nadal jestem w formie, to mnie musi hartować!”

Clement Barbot
Clément Barbot
Źródło/source: www.medium.com

Barbot roześmiał się, jak hiena. Prezydent tryskał humorem. Dopił kawę, odstawił filigranową filiżankę na hebanowy stolik i podszedł do biurka. Pośród licznych papierzysk i kilku tomów spoczywały tam również dwie, lśniące giwery 11,43mm, srebrna i czarna. Duvalier dźwignął jedną z nich i trzymając bokiem przyłożył sobie do twarzy, trwając tak przez jakiś czas. Uczucie chłodnego metalu niewątpliwie sprawiło mu przyjemność.

„Nawet nie wiem, która z nich służy mi częściej. Są jak dwie kapłanki mambo, wyzwalają od złego…”

Barbot hultajsko zmrużył oczy i parsknął. Kiedy nie nosił ciemnych, połyskujących okularów, na co sobie przyzwalał jedynie w obecności szefa, jawił się nad wyraz dobrodusznie. Przypominał sympatycznego wujaszka, który przynosi dzieciakom cukierki. Na pewno nie kojarzył się wtedy z zimnym bossem służb bezpieczeństwa i karabinem maszynowym, trzymanym w prawej ręce, non stop, na sztorc. Przez dłuższy moment muskał palcem swój wąs, jakby namalowany kredką do brwi.

„Czy możemy ufać ludziom w pałacu? Z całym szacunkiem, ale kręci się tu mnóstwo podejrzanych typów…”

Ten niespodziewany wyraz troski rozbawił prezydenta.

„Jesteś przewrażliwiony, Barbot!” – zadrwił ze swego koronnego siepacza – „To, że znają moje nawyki niewiele im daje. Oni wiedzą, że ja znam ich myśli…”

Tu Papa Doc zrobił pauzę, podnosząc obfite brwi nad oprawki grubych, okularowych szkieł.

„…dlatego żyją w ciągłym strachu.”

Barbot zacisnął wargi i pokiwał głową.

„A na zewnątrz, mój drogi, mamy Macoutes. Wyuczyłeś tych chłopców, jak mają dbać o swego pana!”

To prawda, Clément Barbot wyuczył ich haniebnego zawodu do perfekcji…

Tontons Macoutes

Po uzyskaniu władzy François Duvalier nie oszczędzał krytyków i oponentów. Unicestwiał każdego adwersarza, podejrzanego o knowania dla spisku i zdrady. Nie darował tym, którzy mu podpadli, albo w jakikolwiek sposób zaszli za skórę. Bezwarunkowo zarządził godzinę policyjną. Niektórzy, co bardziej sarkastyczni obserwatorzy powiadali, że był niezmiernie łaskawym dyktatorem, bo swoim ofiarom podsuwał do wyboru aż trzy opcje: wygnanie, więzienie lub śmierć. Wiadomo jednak, że przeważnie pomagał wybrać tę ostatnią.

Dyktator od samego początku kalkulował zapobiegawczo. Najpierw zrobił porządek w koszarach. Obawiał się, że wojskowi lubiący decydować, co ma się w kraju dziać, będą próbowali ustawić go w roli prezydenta-marionetki. Nie mógł do tego dopuścić. Za przeczuciem poszło działanie i Duvalier błyskawicznie zneutralizował regularną armię a w jej miejsce powołał własne siły zbrojne. Wkrótce bezwzględnie mu oddana milicja złożona z bezdusznych kilerów, zwanych Tontons Macoutes zaczęła terroryzować kraj. Wtedy Haiti opadło na samo dno piekła.

Tonton macoute
Tonton Macoute
Źródło/source: Wikipedia

Misję stworzenia Tontons Macoutes, jako skutecznego narzędzia wsparcia reżymu Duvalier powierzył właśnie Clémenowi Barbot. Zadbano o wiele detali. Na przykład, swoją nazwę ta odrażająca formacja zawdzięczała postaciom z haitańskiego folkloru, którymi starszy się krnąbrne dzieciaki: przyjdzie babok i cię zabierze. Dorośli także bali się tych straszydeł. W kraju, gdzie nie brakuje analfabetów, gdzie dominują przesądy i zabobony, gdzie granica między jawą a snem ledwo istnieje, odniosło to natychmiastowy i niezwykły skutek.

Początkowo rekrutacja odbywała się w slumsach w Port-au-Prince a zwerbowanym tzw. Wolontariuszom ds. Bezpieczeństwa Narodowego proponowano na starcie przewrotny system motywacyjny. Nie otrzymywali tradycyjnej wypłaty albo żołdu lecz nieograniczoną „licencję na zabijanie”. Wszystkie zabójstwa i pozostałe akty przemocy wykonane w obowiązku ochrony dobrego imienia prezydenta oraz jego władzy z marszu znajdowały usprawiedliwienie. Natomiast to, co adepci śmierci złupili swym ofiarom, zatrzymywali dla siebie. System funkcjonował bez zarzutu. Gdziekolwiek się panoszyli, od razu rozpoznawano ich aparycję po typowych niebieskich uniformach, czerwonych przepaskach na ramieniu a szczególnie po niosących złą wróżbę, błyszczących maczetach. Poza tym, przeważnie nosili ciemne okulary, co wśród zaszczutej i uprzedzonej gawiedzi czyniło skrajnie mroczne interpretacje.

Sprawując swą bandycka profesję z chorym oddaniem, pieczołowicie mordowali i torturowali niepokornych redaktorów, niewygodnych polityków, chytrych biznesmenów oraz każdego dysydenta i wywrotowca, jaki pluł na nowe Haiti. Ogromny popłoch Tontons siali w interiorze. Byli na tyle zorganizowani, że docierali praktycznie wszędzie, do najbardziej zapadłych rejonów kraju. Haitańskich wieśniaków ogarniała odnawiająca się psychoza strachu, gdy po lokalnym marché, gdzie handlowano, czym się dało, snuły się parami reżymowe zbiry, szukając zaczepki. I przeważnie znajdowali. Zmaltretowane ciała ofiar mieli w zwyczaju wywieszać na drzewach, albo w inny sposób wystawiać na widok publiczny, ku przestrodze. Biedni ludzie, świadkowie zdarzeń, zapewne chcieli wtedy wierzyć, że mają do czynienia jedynie ze zjawami…

Tontons Macoutes
Tontons Macoutes
Źródło/source: www.latinamericanstudies.org
Śpiączka dyktatora

W 1959 roku satrapę Duvaliera dopadł zawał serca. Uniknął śmierci (w końcu był jej panem!), ale wymagał intensywnej terapii i rekonwalescencji. Pozostał więc w szpitalu, aby swoje odleżeć. Nocami skarżył się na straszliwy hałas, docierający spod okna. Wprawiał tym gotowych na wszystko pielęgniarzy w szczere osłupienie. Nikt poza nim nie słyszał tam przeciągłego wycia i skamlenia. Innym razem nerwowo podpytywał, co zdarzyło się w mieście, że tyle psów ujada, jakby się zmówiły. Znowu powodował tym zdziwienie wśród opiekującego się nim szpitalnego personelu.

Tymczasem, w fotelu zarządcy Republiki zastąpił go, od zawsze osobisty ochroniarz, wierny i zaufany Clément Barbot. I okazało się, że radził sobie z tym zadaniem wyjątkowo dobrze. Co mu zaszkodziło. Kiedy wykurowany Duvalier wrócił ze szpitala zaatakował swego zmiennika, pijąc do jego przerośniętych ambicji. Nabrał podejrzeń, że sprawowanie władzy uderzyło tamtemu głowy; że na pewno zdążył wykombinować, co tu zrobić, aby się w Pałacu urządzić na stałe. Nie pierwszy to przypadek budzącej się raptownie, chorobliwej nieufności, przypisywanej (karaibskim) tyranom. Doszła jeszcze sprawa rzekomych przekrętów z brudną forsą. Duvlier uroił sobie, że Barbot romansując z władzą absolutną zdążył się porządnie nachapać, zanim cokolwiek wrzucił do państwowej kasy. A to miało oznaczać, że bezczelnie ograbił własnego prezydenta.

Sfrustrowany despota, nie mogąc wybaczyć mu samolubstwa, z dnia na dzień skreślił w akcie cholerycznego szału ich wspólną i harmonijną przeszłość. Niewielu pojmowało tę drastyczną odmianę z zachowaniu swego szefa. Tłumaczono ją szpitalnym odosobnieniem i przymusową bezwładnością, jakie wpływają przeważnie zabójczo na człowieka czynu. Według jednej, mocno rozpowszechnionej wersji, niespotykane zakłócenia jego osobowości mogły mieć podłoże farmakologiczne. Duvalier, wyuczony lekarz, który w dorosłym życiu stał się diabetykiem, podobno na krótko przed zawałem zażył nieodpowiednią dawkę insuliny. Przedawkowanie panaceum spowodowało, że zapadł w śpiączkę na prawie dziesięć godzin. Przypuszczenia co do trwałych, neurologicznych uszkodzeń z powodu wydłużonego stanu nieprzytomności nabierały sensu.

Przemiana Barbota

Zdezorientowany Clément Barbot przeżywał dojmujące chwile prominentnej figury, która popadła w niełaskę w absurdalnych okolicznościach. Kiedy wyczuł, że gęstniejąca wokół niego atmosfera osaczenia robi się nie do zniesienia, zdesperowany dał temu jednoznaczny wyraz.

„Staremu odpierdoliło do reszty!”

Zanim ten kategoryczny sąd zdążył wybrzmieć w prezydenckim otoczeniu, Barbot siedział już za kratkami, wpakowany tam przez swoich Macoutes. W Fort-Dimanche, ponurym i zalatującym miedzią mamrze, nazywanym lochami śmierci spędza prawie półtora roku. To wystarcza, aby uczniowi zapatrzonemu niegdyś w swego mistrza zakiełkowała w głowie możliwość wykończenia go. Więzienni klawisze zaświadczyli później, że w czasie odsiadki regularnie odprawiał podejrzane obrzędy. Dlatego rzadko i z odrazą podchodzili do jego celi. Strach łapał ich za nogi, gdy po korytarzu krążyło echo gorliwie powtarzanych, tajemniczych mantr. Folgowali mu. Nie mieli wyjścia. Bywało, że ktoś przemycał mu świeże kości…

Po odzyskaniu swobody, rozpalony mściciel, zabiera się za spiskowanie przeciwko Duvalierowi. Robi zatem dokładnie to, co wcześniej haitański dyktator sobie tylko ubzdurał. Teraz jednak Barbot zyskał faktyczną motywację. Energicznie zebrał ludzi, przekonując do siebie wielu rasowych zbirów, których zresztą sam kiedyś wyszkolił i otwarcie nawoływał do zamachu stanu. Mówiło się, że dla Haitańczyków, porażonych wirującą spiralą przemocy, alternatywa Duvalier, czy Barbot była jak wybór między skorpionem i tarantulą.

Na ulicach Port-au-Prince trup kładł się gęsto. W sprytnie spreparowanych zasadzkach ginęli, jeden po drugim ochroniarze prezydenta i członkowie tajnej policji. Do typowych krwawych jatek, ale i serii niewytłumaczalnych wypadków dochodziło w slumsach haitańskiej stolicy.

Kiedy Papa Doc wydawał rozkazy, aby pacyfikować te rewiry i tępić wywrotową zarazę, jego ludzie wracali stamtąd w opłakanym stanie, zdziesiątkowani i z obłędem w oczach, jakby zagrano im złymi czarami na psychice. Zdradzało ich potem dziwne zachowanie. Snuli się o zmierzchu po ulicach zawieszeni w próżni, bez celu i świadomości, jak pospolite łachudry, sponiewierane tanim rumem. Działając na takim spowolnieniu nie wydawali się szczególnie szkodliwi. Większą panikę siali wśród ludzi obojętnością i tępym wyrazem twarzy, oraz ciągłym, irracjonalnym mamrotaniem.

W języku kreolskim występuje odpowiednie słowo, określające taki stan człowieka. Zonbi. Ponadto po Haiti krąży do dziś porzekadło: Jeśli zonbi cię zna, to cię nie przestraszy. Rosnące w liczbę bojówki Barbota na pewno wykorzystały tę mądrość ludową do własnych celów…

Decydujące starcie

Clément Barbot pozostawał póki co nieuchwytny. Gdziekolwiek się ukrywał, wydawał zdalne rozkazy, które perfekcyjnie wykonywano. Fala zbrodni metodycznie podchodziła pod gabinet François Duvaliera. Któregoś wczesnego poranka Barbot nie wytrzymał. Uwiedziony wizją rychłego sukcesu, chwycił za telefon, wykręcił numer do Palais National i strasząc prezydenta otruciem, dał mu wyraźnie do zrozumienia, że wkrótce straci kontrolę nad swym życiem. Rozwścieczony Papa Doc nie pozostał mu dłużny. I również ze swej strony nadał posłańca śmierci.

Podobno, w czasie tamtej telefonicznej konfrontacji Duvalier mógł co najwyżej blefować. W Haiti od dawna chodziły już słuchy, że mentora Tontons Macoutes nie sposób zabić w normalny sposób. Wedle sensacji, przekazywanych z ust do ust, dysponował on niepojętą mocą złego kapłana, czarownika – bokora i posiadł diabelskie zdolności, pozwalające mu zmienić się w czarnego psa wielkości kozy, pędzącego z nieziemską szybkością. To mogło wyjaśnić niezbite dotąd szczęście Barbota w otwartych starciach z łowcami jego głowy.

Zatrwożony Duvalier musiał w końcu ulec przewijanym wokół niego przesądom. W akcie desperacji zarządził kuriozalne działania prewencyjne. Wydał służbom bezpieczeństwa jeden-jedyny, prosty rozkaz:

„Macie zabić wszystkie czarne psy w Haiti!”

Perro semihundido,
Fragment obrazu „Pies”, Francisco de Goya
Źródło/source: Wikipedia

Służby wyruszyły posłusznie w kraj i przystąpiły do masowego odstrzału, dając tym samym bezsilnemu prezydentowi nadzieję, że któryś z czarcich pomiotów wreszcie okaże się wcieleniem Barbota.

Ufność Papy Doca w skuteczność egzekucji przeprowadzonych na biednych czworonogach okazała się próżna. Clément Barbot zdołał przeżyć. Widocznie w samą porę udało mu się wrócić z psiej skóry do ludzkiej… Ale na tym zakończyła się jego dobra passa. Jednak, śmierć była mu pisana, tak czy inaczej. I to śmierć za życia Duvaliera.

Gdyby nie zdemaskowana w ostatniej chwili decydująca próba przeprowadzenia zamachu, stary Tonton miałby spore szanse, aby ukatrupić prezydenta, dopełniając zemsty. Był blisko. Ale ktoś go wydał, nie wytrzymawszy napięcia rewolty. I to Barbot wyzionął ducha, zaskoczony w swej kryjówce na plantacji trzciny cukrowej i podziurawiony kulami prezydenckich siepaczy.

Mimo, że zdjęcia jego zwłok zostały natychmiast rozesłane do gazet, wielu Haitańczyków nie uwierzyło, że naprawdę umarł. Powiadano później, że wszystkie czarne psy w Republice, które cudem uniknęły odstrzału, stały się bierne, nieufne i unikały ludzi. Widziano je, błąkające się z podkulonymi ogonami, jakby się czegoś bały…

dominikana17

-KONIEC-

Wiza do zombiestanu

Można „wygooglować” nazwisko Clairvius Narcisse, aby poczytać historię pewnego zombie. Nie chodzi o żadnego popaprańca gustującego w mózgach swych ofiar, żadnego kiczowatego zgniłka, czyli monstera na hollywoodzkim wybiegu. Nie. Chodzi o egzemplarz w każdym calu oryginalny, rzec można, z krwi i kości, pochodzący z Haiti, miejsca na planecie, jakie nieodmiennie kojarzy się z legendą żywych trupów. Coś musi być na rzeczy, skoro zmarły facet, jakiego w bólu pogrzebano prawie dwadzieścia lat wcześniej, wraca do rodzinnej wioski, staje przed własną osłupiałą siostrą i mamrocząc fakty z dzieciństwa daje się w końcu jej rozpoznać. W Dominikanie spotkałem kiedyś Haitańczyka, którego zapytałem o te zdarzenia.

Haitańskie bohomazy na piątkę

Było wczesne, deszczowe popołudnie w Las Terrenas. Z szarych i zbitych chmur spadały krople wielkie, jak pestki awokado. Niewiele wskazywało, że za godzinę, czy dwie coś się zmieni. Głupiejesz w tym kraju, jak leje, gdzie się podziać? Przed oczami stanął mi Javier, boy hotelowy z Santo Domingo, notoryczny donżuan. Pouczył mnie kiedyś z szelmowskim uśmieszkiem, że „są takie rzeczy amigo, które przy słońcu i przy deszczu możesz robić.”

Rozdrażniony koczowałem pod wiatą, która musiała należeć do przyplażowego klubu disco. Słyszałem jakieś szmery. Dochodziły ze stojącej obok donicy z agawą. Zajrzałem pod jej mięsiste liście. A tam tycie jaszczurki wyczyniały orgię! W plecaku odezwała się cykada, dostałem wiadomość: „Rok temu też lało, pamiętasz?” Jakiś pech prześladował mnie w Las Terrenas, docierałem tam zawsze nie w porę.

Pod wiatą nie byłem sam. Kilka metrów dalej rozłożył sztalugę z resztą ekwipażu niby artysta-malarz. Obstawiłem, że to Haitańczyk. Jemu pogoda nie przeszkadzała. Ze spokojem nakładał farbę na płótno, pogrążony w twórczym skupieniu. Skrzywiłem się na widok palm chłostanych deszczem przy nabrzeżu. Pomyślałem, że przynajmniej zagadam do człowieka.

Haitańskie malarstwo.
Twórcze skupienie.

Może jest okazja, aby poznać jednego z haitańskich malarzy, prymitywistów, których twórczość podrabia się w Dominikanie na akord. Potem trafia do turystów, jako egzotyczny souvenir. Dominikańczycy też mają własne malunki, też oddają hołd swoim natchnionym pejzażystom. Ale to Haitańczycy urodzili się, by malować, by w ogóle tworzyć, bo Haiti to niepojęty kraj twórców!

Na ich talencie poznał się w 1943 roku Amerykanin, Dewitt Peters. Przyjechał na wyspę, aby uczyć angielskiego. Po godzinach hulał rowerem po okolicznych wioskach i patrzył, jak ludzie żyją. Tak odkrył prymitywistów. Niektórzy malowali kurzym piórem, bo nie stać ich było na więcej. Jednak malowanie szło im tak dobrze, że spodobało się w Nowym Jorku! Dewitt Peters założył Centrum Sztuki w Port-au-Prince i haitańskie malarstwo trafiło do świata…

Las Terrenas, rozmowa o zombie.
Nazwiemy go Profesorem…
Malarza złe spojrzenie

Co señor maluje? – zagaiłem niezbyt wymyślnie.

Wystarczyło zerknąć. Naiwne pagórki, naiwna łąka, naiwny kwiat przy kwiecie, szaleństwo barw. Nie odpowiedział, tylko przekręcił się wolno w moją stronę, wrzucił pędzel do kubka z wodą i uniósł głowę. Wtedy jednym rozmytym spojrzeniem sprawił, że struchlałem. Wpatrywał się we mnie dobrych kilka sekund, nim cokolwiek powiedział. Oto masz chłopie Haiti, jak na dłoni; Haiti, jakiego ci było trzeba? Pułapka. To już nie malarz, to bokor. Taki nie rozpieszcza swych ofiar. To spec od czarnej abrakadabry, od wudu, tego gorszego, diabelskiego, bo jest też wudu dobrze rokujące, choć nie tym razem. Byłem bezsilny. Czekała mnie… „wiza do zombiestanu”.

„Nie rozumiem zbyt dobrze, co do mnie mówisz po dominikańsku” – wycedził te słowa mozolnie po angielsku, z ciężkim, jak walec akcentem – „I am Haitian…

Pomyślał, że jestem Jankesem, bo prędzej odezwałby się po francusku. Pewnie szacował już, czy dawka proszku, jaki trzymał we fiolce na dnie kieszeni zmieni „Amerykanina” w przykładnego żywego trupa. Zamiast wyrywać stamtąd byle dalej, co pewnie skończyłoby się tak, jak w sennych koszmarach biegiem w krochmalu, rzuciłem dziwnymi pytaniami. Po kreolsku pan mówi? Jest pan z Port-au-Prince, albo z Gonaïves, czy może z północy, z Cap-Haïtien?

Po co pytałem o kreolski? Ile umiem powiedzieć tym języku: dziękuję, proszę, przepraszam? Chyba zagrożenie zmienia człowieka w kompetentnego wariata. Bokor zareagował ochrypłym śmiechem. Tak lepiej. Wolałem upalonego marychą Johna Lee Hookera, albo Muddy Watersa. Rozluźniłem się, choć nadal nie wiedziałem, co mnie czeka…

Haitańczyk, Polak – dwa bratanki

„Mówię po kreolsku, to prawda. Jestem z Port-au-Prince, to prawda.” – kontynuował po angielsku.

Francuski też znał. Przyszło mi do głowy, że tym wybuchem wesołości nagrodził mnie za jakąś wiedzę. Ten „amerykański turysta”, wie cokolwiek o Haiti. Może to mnie uratowało. W każdy razie, zaczęliśmy po ludzku rozmawiać. Kiedy zdradziłem skąd jestem, ożywił się, co wprawiło mnie w zdumienie. Zeszliśmy na temat Polaków walczących w oddziałach napoleońskich na San Domingo w XIX w.!

Było tak, że Bonaparte wysłał polskich wiarusów na Antyle, aby pomogli stłumić powstanie Czarnych w zamorskiej kolonii. Ponoć wielu z naszych odrzuciło zaborczą, napoleońską wizję. Wybrali walkę o wolność po stronie Czarnych powstańców. Ten romantyzm uratował ich od niechybnej egzekucji, jaka później spotkała przegranych. Postawa Polaków na tyle spodobała się wielkiemu wygranemu Jean-Jacques Dessalines’owi, że nadał im specjalne prawa w ogłoszonej przez siebie konstytucji.

Bitwa na San Domingo (obraz z 1845 r.), January Suchodolski
January Suchodolski, „Bitwa na San Domingo” (obraz z 1845 r.)

Polacy zyskali swobodę osiedlania się na terenach nowo powstałego państwa. Część opuściła wyspę, bo nie służył im zabójczy klimat. Inni znieśli trudy tropików i skorzystali z nadanej swobody. Ich potomkowie żyją skromnie do dziś w haitańskim interiorze; mają ciemną skórę, ale błękitne oczy, rysy jakby bardziej słowiańskie. Co więcej, są świadomi swego pochodzenia.

Mnie natomiast trafił się ktoś więcej, niż malarz-prymitywista, ten człowiek za sztalugą był kiedyś nauczycielem w swoim kraju, teraz zarabiał malowaniem. Nazwiemy go Profesorem.

Zombie są wszędzie

Kiedy dalsza rozmowa, tym razem o stosunkach dominikańsko-haitańskich zaczęła tracić impet, uznałem, że chyba już czas, aby przejść do sedna moich haitańskich fascynacji i zapytać o… zombie. Respons nastąpił z grubej rury, ale chyba mnie nie zaskoczył.

„Zombie są wszędzie!„

Od razu przeniosłem umysł jakieś osiem i pół tysiąca kilometrów na wschód, gdzieś w okolice Pałacu Kultury i Nauki, przyznając rację memu rozmówcy.

„Zombie mogą być tutaj, w Las Terrenas…” – kontynuował – „Jeśli zrobisz źle swojej rodzinie, albo zrobisz źle sąsiadowi to oni sprawią, że staniesz się zombie. Wykluczą cię z wioski. Zombie nie ma wolności, nie ma wolnej woli. Zombie chce umrzeć, ale nie może. To kara…” – spojrzał na mnie i powtórzył – „To kara…”

Gdybym stał się zombie to, czy włóczyłbym się po polach, albo harował w otępieniu, jak niewolnik na czyjeś plantacji trzciny cukrowej? Czytałem o tym…

„To tylko opowieści. Na trzcinowym polu w Dominikanie, czy poza nim spotkasz żywych Haitańczyków i daleko im do zombie. Choć ich wygląd mówi co innego…” – na moment zawiesił głos.

Miał na myśli los bateyes, robotnicze kolonie, położone blisko plantacji trzciny cukrowej, gdzie mieszkają głównie haitańscy macheteros, pracujący przy zbiorach. Przebywają tam również całe haitańskie rodziny, zmieniając te miejsca, często bez zaplecza sanitarnego, w osiedla ludzkiej nędzy. Widywałem los bateyes w różnych częściach Dominikany, sprawiały przygnębiające wrażenie, szczególnie poza sezonem, gdy brakowało pracy, a robotnicy musieli przetrwać do kolejnych żniw.

Śmierć jest dopiero początkiem…

Kiedy Profesor wrócił do rozmowy, podjął nowy, intrygujący wątek, jakby wyczuwając moje intencje.

„Chodzi o to, że w Haiti ludzie nie boją samych zombie, za to boją się nimi stać. Rozumiesz? Nie jest straszna śmierć. Tylko to, co może nastąpić później. To jakby strach, że nie umrzesz… do końca. Takie jest Haiti.”

Od razu nawiązałem tu do znanego w świecie przypadku „żywego trupa”, dokładnie made in Haiti.

A ten „wasz” człowiek, Narcisse jak mu tam, ten którego BBC przyjechało kiedyś filmować – czy on miał szczęście? Po prawie dwudziestu latach od własnego pogrzebu wrócił do rodzinnej wioski…

Profesor kojarzył, o czym mówię.

„Ten miał szczęście, bo uciekł…” – podsumował.

Uciekł? Przed czym? Uciekł skąd? Poza tym, jak to możliwe, że ucieka ktoś, kto nie żyje, kto ma leżeć w grobie, bo taka jest kolej rzeczy. Jeśli już, to przed śmiercią mógł uciec i to dawno temu. Niekoniecznie z własnej woli. Lecz tylko dlatego, że ktoś inny tego chciał. I pomógł mu „nie do końca umrzeć”? – zasugerowałem.

Nastało dłuższe milczenie.

Odpowiesz za „proszek zombie”

„Bo widzisz, w Haiti mówi się o dobrym i złym wudu…” – zaczął mój niezwykły rozmówca – „a złe wudu przyciąga złych kapłanów. I mówi się, że kapłan od złego wudu robi czasem coś z ludźmi…

Zombifikuje ich?

„Tak mówią…”

Sam wybiera ofiary, czy dostaje zlecenie?

„Czasem mu się płaci, aby się kimś zajął…”

Obecnie takie skrajne praktyki powiązane z haitańskim folklorem uznawane są formalnie za przestępstwo. Artykuł 246 kodeksu karnego Republiki Haiti traktuje o czynie kryminalnym, jakim jest otrucie innej osoby w celu pozbawienia jej życia. Przy czym, artykuł ten jakby rozróżnia dwa rodzaje skutków działania trucizn. Najpierw, przez otrucie rozumie się świadome podanie ofierze w jakikolwiek sposób, jakiejkolwiek substancji trującej, co w konsekwencji może prowadzić do zgonu. W drugim przypadku, sprawy znacznie się komplikują, gdyż „pozorny zgon” ofiary może okazać się jedynie… początkową, a nie ostateczną konsekwencją otrucia. Jak miał powiedzieć kapłan Lucien Celine w filmie „Wąż i tęcza” Wesa Cravena – „Whatever happens, death is not the end”.

Dla lepszego efektu warto przytoczyć odpowiedni fragment Artykułu 246 w oryginale. „Si, par suite de cet état léthargique, la personne a été inhumée, l’attentat sera qualifié d’assassinat.” Wystarczy minimalne skupienie, bez znajomości języka, aby z tego ciągu francuszczyzny wyłowić coś, na kształt słowa „letarg”, albo dokładnie letargiczny (léthargique), co już jest osobliwością samą w sobie. Jeśli więc z powodu tego letargu osoba zostanie pogrzebana, czyn będzie klasyfikowany, jako morderstwo. W zasadzie ten artykuł bije prosto w zombifikację. Powtarzając za Profesorem – „takie jest Haiti”.

Dziwne lekarstwa

A co takiego tamten aplikuje ofiarom, że potem chodzą tym swoim słynnym krokiem, całkiem zamroczeni, bez celu, bez świadomości? Serwuje im koktajl z narkotyków? A może dostają ten legendarny zombie powder, proszek zombie?

'The Zombies' by Hector Hyppolite
„Zombies”, autorstwa haitańskiego malarza Hectora Hyppolite’a.

„To są amerykańskie filmy, człowieku!” – odparł niby obruszony.

Ale ta historia z proszkiem jest ciągle na topie, trzeba przyznać, działa na wyobraźnię! A proszek sam w sobie, też działa, jak to z nim jest? Istnieje, czy nie? – trochę naciskałem.

„Mówią, że po Haiti krążyły od zawsze dziwne lekarstwa…

Czyżby takie „lekarstwo” zażył ten Narcisse? I zniknął? Gdzie bywał przez tyle lat? Mógł przecież obejść całe Haiti ze sto razy, zajrzeć do każdej chałupy, w każdej wiosce… Co się z nim działo?

„Nie mam pojęcia, my friend. Ale to mogło być złe wudu. To było złe wudu!

Na koniec spytałem Profesora, czy sam jest praktykującym wuduistą?

„Tak, to religia mego narodu. W Dominikanie mieszka wielu Haitańczyków, tutaj także praktykujemy…

Trochę niepoważnie, ale jednak zaryzykowałem, dopytując jaki „kolor” ma to wudu – jest białe, czy czarne? Spojrzał na mnie tak, jak przed dwoma godzinami, potrzymał w niepewności przez złowróżbną chwilę i wreszcie wyszczerzył zęby w uśmiechu.

„Chciałbym jeszcze dokończyć ten obraz, więc może pogadamy wieczorem…?”

Nie potrafię przypomnieć sobie, co robiłem tamtego wieczoru…

Haitański malarza, Las Terrenas, Dominikana.
Malowanie pewną ręką…

Upadek tropiciela

Miałem tam jechać z Rodolfem, który obiecał mi, że się wszystkim zajmie raz jeszcze, że wszystko naprostuje. Chyba chciał zachować twarz, może udowodnić, że potrafi zarobić po męsku pięćset pesos. Tyle mu zapłaciłem dzień wcześniej za udawanie mojego przewodnika, między Oviedo a Pedernales. Po prostu go wynająłem. Dogadaliśmy się na trasie. Chodziło o wytropienie iguan, chciałem je obfotografować na czyjeś zlecenie. Rodolfo ponoć wiedział, gdzie i jak je podejść. „Muchas iguanas na Cabo Rojo”, zapewniał, „łażą w poprzek drogi, tyle ich jest”. Tak mi to sprzedał, że mu uwierzyłem. W podróży wiara się przydaje. Do tego wydawał się zabawnym kompanem. Wiadomo, dola obcego zależy od nastroju miejscowych.

Tropiciel, zachodnia Dominikana, prowincja Pedernales
Tropiciel do tropienia gotów!
Umowa na pace

Rodolfo towarzyszył mi na pace terenówki. Jechał bez niczego. Musiał załatwić „malutki interesik” w Pedernales. Tak powiedział. Nie pasował na szmuglera haitańskich imigrantów. Chociaż to mogło być jego atutem. W sumie, to jechał po jakieś ciuchy do swego brata, nie zdradził, o jaki „interesik” chodzi. Podsunąłem mu herbatniki Club Social, aby sobie pochrupał, tylko je miałem, jako prowiant. Nie chciał jeść, wolał patrzeć, łapać wiatr we włosy. Po obu stronach szosy panoszył się busz.

Prowincja Pedernales, zachodnia Dominikana.
Czerwona ziemia, jakby afrykańska, jakby z „Pożegnania z Afryką”…

Mijaliśmy grupy robotników. Wycinali maczetami chaszcze, czyścili teren pod cokolwiek. Wyglądali na Haitańczyków. Przypuszczalnie pracowali legalnie, za nijakie dniówki. Pickup zwolnił przy blokadzie wojskowej, osiem kilometrów przed granicą z Haiti. Na obszarach przygranicznych takie blokady są normą. Zeskoczyliśmy z paki. Co się potem zadziało (i wesołe to nie było) opisałem szczegółowo w „Farsie pod akacją”. Ziemia wokół była wyraźnie czerwona. Pewnie od boksytów. Wydobywano je w okolicy. Dalej chcieliśmy iść pieszo. Rodolfo oznajmił, że wkrótce zobaczę pierwsze iguany.

Prowincja Pedernales, zachodnia Dominikana, Tropiciel szuka gniazada.
Rodolfo kombinator.
Prowincja Pedernales, zachodnia Dominikana, Tropiciel i ptasie gniazdo.
Jaja iguany..?
Prowincja Pedernales, zachodnia Dominikana, Tropiciel i ptasie jajka.
Zobacz, jakie nakrapiane, na pewno jaja iguany… Czyżby?
Zrobiony w jajo (iguany?)

Albo gady miały sjestę, albo mój kompan pomylił rewiry. W każdym razie musiał coś szybko wykombinować. Wręczył mi znienacka kilka nakrapianych tycich jajek, dumnie klarując że oto właśnie odkrył jajka iguanie! Byłby to dobry znak. Zbawienny. Niestety, kątem oka zdążyłem dostrzec, jak mój cwany amigo plądruje ptasie gniazdo w jakichś zaroślach. Szkoda, że się nie nabrałem. Bodaj ze trzy godziny siedzieliśmy w suchej dziczy. Na próżno. Udało nam się jedynie wytropić zdechłą kozę, zresztą po zapachu. W dodatku kozę bez czerepu. Dopiero kilkadziesiąt metrów dalej leżała czaszka obrobiona do białości przez robactwo. Wyglądała, jak rasowy totem indiański. Jakby idealna na okładkę płyty Dead Can Dance.

Prowincja Pedernales, zachodnia Dominikana, czaszka idealna na indiański totem.
Półprodukt na totem indiański.
Zagadka

W dzieciństwie intrygowało mnie słowo – padlina. Czasem używał go dziadek, mówiąc mi o kulinarnych zwyczajach różnych zwierząt: sęp, proszę ja ciebie, żre padlinę, hiena żre padlinę. Może i wtedy sądziłem, że to jakiś rarytas. Potem, w lesie dowiedziałem się wreszcie, co to takiego, ta padlina. Dziadek mi pokazał, bym zapamiętał. To był rozdęty cielak toczony okrutnym czerwiem. Najpierw go poczuliśmy. Śmierdział, jak diabli. Gorzej od smażonego sera, który czasem pichciła babcia. Nos zatkałem obiema dłońmi. Skąd martwy cielak w tamtym lesie? Nie wiadomo. Skąd martwa koza tutaj w buszu? Też zagadka. W każdym razie pół tysiąca pesos za cuchnące truchło to lekka przesada!

Prowincja Pedernales, zachodnia Dominikana, kaktusy, sucho, tropikalny busz.
Kaktusy się panoszą.

Rodolfo wiedział, że nawalił, że wyprowadził mnie w pole (i to dosłownie!) i było mu głupio. Ponadto, znowu zostały nam resztki wody a słońce nie przestawało dopiekać. Odechciało mi się maszerowania, tropienia iguan i zabaw w zwierzęcego patologa, odechciało mi się wszystkiego. Doskwierające pragnienie wywołało ciszę między mną a Rodolfem. Siedliśmy na rozgrzanym poboczu, jak dezerterzy, którzy urwali się z pielgrzymki i zaczynają tego żałować. Rodolfo zupełnie spasował. Położył się na kępie żółtej trawy. Może nie powinien się kłaść. Może tamta koza też się położyła i już nie wstała.

Prowincja Pedernales, zachodnia Dominikana, colmado tylko zamknięte.
Colmado podczas sjesty.
Kanadyjski wagabunda

Ktoś nas wreszcie wyratował i podwiózł do Pedernales. Tam rzuciłem się na piwo w najbliższym colmado. Podobnie Rodolfo, na mój koszt. Osuszył butelkę Presidente i poszedł załatwiać swoje interesy. A ja kręciłem się po sennym miasteczku w pobliżu przejścia granicznego. Przypadkiem zaszedłem do „sklepu-hurtowi”, gdzie haitańskie kobiety stały w długiej kolejce po ryż. Każda z nich kupowała go w ilości – w moim pojęciu – na jedno skromne danie, dla jednego człowieka. Niczego tam nie kupiłem, wycofałem się zażenowany. Potem trafił mi się wiekowy Kanadyjczyk z plecakiem, z kijem w dłoni, wagabunda z krwi i kości. Liczył ze dwa metry wzrostu. Dopiero co przekroczył granicę. Był zakochany w Haiti. Zazdrościłem mu znajomości francuskiego. Dominikany nie znał. Chciał nocować w Pedernales, dalsze wojaże planował z dnia na dzień.

Prowincja Pedernales, zachodnia Dominikana, miasto Pedernales, ludzie.
Rodzina w Pedernales.
Prowincja Pedernales, zachodnia Dominikana, miasto Pedernales, koza na ulicy.
Przyszła koza do woza?
Prowincja Pedernales, zachodnia Dominikana, miasto Pedernales, zielony domek.
Chatka karaibska, jak malowana.
Prowincja Pedernales, zachodnia Dominikana, miasto Pedernales, rodzina.
Twarze Pedernales.
Powrót, rewizja i obietnica

Mnie i Rodolfa czekał powrót do Barahony. Męczący, bo przerywany kilkoma postojami na wspomnianych blokadach wojskowych. Znowu sprawdzano, czy wśród pasażerów wyładowanego po brzegi minibusu nie kryją się nielegalni haitańscy imigranci. Zaglądano pod siedzenia, do bagażnika, do wielgachnych tobołów. Chyba szukano haitańskich krasnoludków. Co ciekawe, podejrzenie wzbudził mój aparat. Dominikański pogranicznik potrząsał nim, jak marakasami, jakby oczekiwał, że wysypie się z niego trochę „koksu”. Nie życzyłbym sobie tego. Spojrzałem na niego z politowaniem. Opamiętał się. Do Barahony dotarliśmy pod wieczór, umawiając się na rano, w celu podjęcia nowej próby podboju „iguaniego świata”. Tym razem Rodolfo miał się bardziej postarać, to mi właśnie obiecał…

Prowincja Pedernales, zachodnia Dominikana, Tropiciel w Pedernales.
Rodolfo w Pedernales.
Odmowa samobójstwa

W umówionym miejscu stawił się z godzinnym spóźnieniem. Przybył na motocyklu razem z kumplem i wylewnie mnie przywitał. Jakże ostatnia noc zmieniła tego muchacho! Był ogolony na zero i zionął przetrawionym rumem na kilometr. Ewidentnie odwiedził fryzjera i przetrzebił monopolowy. Pewnie też zaimponował swej kobiecie, przynosząc do domu jakieś pieniądze. Moje pesos. Jednak, wciąż pamiętał o iguanach. Imponujące! Nowy plan Rodolfa zakładał, że pojedziemy zwietrzyć je przy Jeziorze Enriquillo, kawał drogi z Barahony, pojedziemy we trójkę na jednym motorze! Genialne! Jego właściciel, podobnie jak Rodolfo, miał w czubie wspomnienie nocnego alkoholowego rajdu. Pewnie obaj świętowali moją naiwność i rozrzutność…

Stanowczo odmówiłem rychłego samobójstwa. Nie chciałem podzielić losu tamtej padniętej kozy. Pożegnałem Rodolfa z pewną ulgą. Wyściskał mnie, jak brata. A „brat” nie mógł przecież odmówić wyłożenia kilkudziesięciu dodatkowych pesos. W porządku. Wczoraj płaciłem mu za to, aby mi towarzyszył. Dzisiaj za to, aby już tego nie robił. W jakimś sensie, obaj zyskaliśmy. A to najważniejsze.

Z Rodolfem, czy bez niego zamierzałem kontynuować „dominikański western”.  W końcu sam wytropiłem iguany.

I jeszcze was zabiorę do zachodniej Dominikany!

Gówniana Saona

Nie będę tego miejsca odczarowywał złośliwością, bo prawda jest taka, że Saona jest tak samo zajebista, jak i nijaka, plastykowa; jak te setki białych leżaków czekających w rządkach na chmary turystów złaknionych raju prosto z folderu. Ładnie opakowanego, podlanego do granicy sponiewierania rumem „Imperial” z colą, albo ze spritem. Saona jest piękna; zielona w stu odcieniach, żółta i złotawa w swej rozbuchanej przyrodzie; bielusieńka na plażach, błękitna, lazurowa, turkusowa w oblewających ją wodach Morza Karaibskiego. Ponadto, chowa na zapleczu jakąś nieposkromioną dzicz, szczątki czegoś pierwotnego, tajemniczą historię. Lecz kogo to obchodzi?

Plaża na wyspie Saona, Morze Karaibskie.
Wyspa Saona. Raj opanowany.
Palmiarnia

Zdjęcia można tak wykadrować, tak pokazać tamtejsze pejzażyki (bez psucia ich znamionami „postępu”), tak chwycić to niemożliwe słońce, te kolory, te pochylone palmy oraz ich cienie, tę tryskającą zewsząd witalność, że niejednemu szczęka opadnie na laczki. I nie jest to odkrycie z wczoraj. Tę wyspę wieki temu ubóstwiali Taínos, wnet wyrżnięci przez osiłków ze Starego Świata, zwali ją Adamanay i obsadzali maniokiem, z którego wypiekali przaśny chleb casabe; wówczas zawinął tam Kolumb z załogą, aby przeczekać wichurę i obejrzeć zaćmienie księżyca; później wzięli się za nią łajdacy wszelakiego sortu, barbarzyńcy, kolonizatorzy i prymitywne indywidua, którzy szczuli psami, ponoć wielkimi mastiffami, miejscowych kacyków dla rozrywki; potem rodzina satrapy Rafaela L. Trujillo rozcapierzyła swe macki nad tą nieskończoną palmiarnią; dalej kolumbijscy przemytnicy wodowali tam swoje paczuszki ze „śniegiem” i w końcu zjawili się turyści w masie nie do ogarnięcia. Taka ewolucja.

Wybrzeże Morza Karaibskiego, palmy, plaża, wyspa Saona.
Typowa pocztówka z Saony.
Wyspa Saona, wybrzeże, plaża, Morze Karaibskie, Dominikana.
Palmy. Dużo palm.
Zbawienna Saona

W sumie, dobrze Dominikanie, że ma tę Saonę pod sobą, że ta wyspa daje się tak drenować do cna każdego dnia. Dzięki temu, wiele innych rewirów w tym oszałamiającym kraju pozostanie długo poza zasięgiem miażdżącej wszystko bezmyślnej turystyki, jakże potrzebnej do zbawienia ludzkości. Saona jest skutecznym lekarstwem na to. Jest samarytanką, rzec można. Miłosiernie daje się zadeptywać, okrajać, oszpecać; odsłania nowe kawałki plaż, stawia kolejne „karmniki” pod palmową strzechą. I chwała jej za to poświęcenie.

Pojechaliśmy tam z moją Szaloną Ekipą, jak inni – na finalne harce, na rum-bibę totalną, na wygłupy taneczne na katamaranie, na cyrkowe sesje zdjęciowe; pojechaliśmy tam, aby przekonać się, co do jednego; że to, co najlepsze już nas spotkało w Dominikanie. Z dala od Saony…

Wyspa Saona, Dominikana. Plaża, palmy, bieg do Morza Karaibskiego.
Sporty wodne.
Plaża na wyspie Saona, dziesiątki leżaków.
Leżeć każdy może. Trochę lepiej, lub trochę gorzej.
Chiński paw

Zrobił to. Ten okrutny Chińczyk z Massachusetts. Albo ten Amerykanin w skórze Chińczyka. Wszystko jedno. Zrobił to. Na łodzi – lancha rapida. Na szybkiej łodzi. Prującej z Bayahibe na wyspę Saona. Dwa siedzenia ode mnie. Dzieliła nas tylko jego żona. Amerykanka w skórze Chinki. Z Massachusetts. Z lewej strony miałem Chilijkę. Oto nasz rząd. Cała czwórka. Przed Chilijką w rzędzie poprzedzającym siedziała jej koleżanka. Chyba pasowało im bardziej siedzieć obok siebie. Najpierw poczułem kwaśny odór. Jakby porzygał się berbeć. Nie patrz tam, a przeżyjesz, oddychaj skromniej. Przeżyłeś to nie raz. Rzygały przy tobie objedzone chipsami dzieci w ciasnym dominikańskim busie, rzygał współpasażer podczas turbulencji w samolocie, wąchałeś dojrzały owoc noni o zapachu rzygów zmieszanych z miodem… Myśl o czymś przyjemnym. O zaczarowanym ogrodzie, o kapciach dziadka pachnących cygarami, o białych gołąbkach niosących pokój, o wielkim lukrowanym torcie, który popijesz wodą po kiszonych ogórkach. Myśl o lepszym świecie, to poskromisz chińskiego pawia.

Szybka łódź, lancha rapida, wyspa Saona, Morze Karaibskie.
Lancha rápida, czyli szybka łódź.
Po rewolucji

Kątem oka widzę, że Chińczyk gmera przy pasku, przy rozporku, słychać zip, ściąga spodnie. Co za ulga. Sprząta po rewolucji. Będzie po wszystkim. Wtedy łódź hamuje. Nie dobija do brzegu. Tylko rzuca kotwicę na środku czegoś, co przypomina wielki seledynowy basen kawałek od lądu. Woda sięga w nim do pasa. To Piscina Natural. Kto nie zna tego „basenu”, choć zapłacił za wypad na Saonę tego wyrolowano. Padły instrukcje. Można się kąpać, żłopać rum w pokładowym barze i wyginać się do zdjęć, ile wlezie.

Ledwo zdążyłem podnieść się z własnego siedzenia, Chińczyk przemknął mi przed nosem z plugawym zawiniątkiem w dłoniach. Jego żona spojrzała na mnie zażenowana, jakby wiedziała znacznie więcej o tym, co się zdarzyło. Dla mnie sprawa była zamknięta. Chwyciłem oparcie na siedzeniu przede mną, aby się podeprzeć przy luzowaniu bermudów, pod którymi nosiłem kąpielówki. I znowu poczułem atomowy podmuch rzygowin, ale ciut inny, bardziej niepokojący. Skąd dochodził? Przecież skutki katastrofy zostały złagodzone. Wcale nie. Najgorsze dopiero nadchodziło. Miałem coś na dłoniach. Coś jakby w kolorze rdzy. Czegoś dotknąłem. Chyba na tym oparciu. Powąchałem odruchowo. I dostałem po gębie lewym sierpowym. Padłem na deski. Ktoś wcisnął mi paluchy w nozdrza i przeciągnął z rogu do rogu, jak w lucha libre – meksykańskiej rozwałce pod publiczkę. Słyszałem odliczanie. To nie były rzygowiny. To było, moi drodzy, gówno. Rzadkie.

Chińczyk nawalił

Poleciałem prosić o ratunek, błagać o mokre, pachnące wybawieniem chusteczki osobę, która zawsze miała je w pogotowiu. Dyskretnie podzieliłem się swoją tragedią. Chciałbym usłyszeć, że przesadzam, że jestem przewrażliwiony, czy coś w ty stylu. „Weź dwie”, usłyszałem. Wtedy pojąłem. Nie było odwrotu, to się zadziało naprawdę. W panice przetarłem dłoń ze sto razy, potem oparcie siedzenia ze dwadzieścia razy i wskoczyłem do „basenu”, aby zatopić ten horror. Woda była wspaniała. Kapitan lał obficie rum z pokładu. Wystarczyło podejść pod burtę i wyciągnąć proszalnie dłoń. Było przyjemnie. Naprawdę przyjemnie. Rodzina i przyjaciele w pobliżu. Byłem w raju, co tu gadać. Wtedy zjawił się diabeł. Zobaczyłem okrutnego Chińczyka z Massachusetts, jak na stronie pierze gorączkowo swoje spodnie. Chwilę później wykręca z mozołem swoje… gacie. W tym cudownym „naturalnym basenie”! Wyobrażacie to sobie? W porządku. Wyobraźcie to sobie, gdy będziecie tam następnym razem.

Już wiedziałem, że za… Chiny nie wrócę na tę łódź, nie usiądę tam… Jednak w końcu przemogłem się. I wtedy zdarzył się cud. Wróciła dobra energia. Z pomocą przyszła Chilijka. Ta w moich rzędzie. Będzie tak. Ona zostanie tu, ja przesiądę się do przodu, jej koleżanka zajmie moje miejsce. Zgadliście! Siedziałem z przodu, nim zdążyła powiedzieć muchas gracias.

Bar na katamaranie. wyspa Saona - Bayahibe
Rum wyszedł, została mamajuana

Dalej było znacznie lepiej. Na tej wyspie Saonie. A najlepiej w drodze powrotnej do Bayahibe –  na katamaranie. Działo się. W barze i na „pokładzie tanecznym” kocioł. Imprezowali z nami Wenezuelczycy, Kolumbijczycy, Brazylijczycy, Portugalczycy i oczywiście, Dominikańczycy. Gorącej krwi nie brakowało. Kompletny odjazd na rumowym rauszu.

Taki to był finał naszej dominikańskiej wyprawy, której opisywanie zacząłem, jak widać, od dupy strony…

Katamaran u brzegów wyspy Saona.
Katamaran imprezowy.

Aleja wspomnień

Pojechaliśmy z Kingą do Dominikany w 2006 roku, bo tak się złożyło. Miała być Kuba. Potem była. Ale wówczas trafiło na Dominikanę. I tak już zostało. To był szczęśliwy traf. Szczęki nam spadały na klapki, gdyśmy się włóczyli po tym kraju, gdyśmy sycili nim oczy. Taki to kraj! W 2007 roku poleciałem tam działać, jako fotoreportero. Szwendałem  się po ulicach Santo Domingo. Tak sobie wymyśliłem. I bakcyl dominikański zasadził się na mnie, dopadł mnie, przejął nade mną kontrolę. Zostałem wkręcony w czasoprzestrzenną spiralę o nazwie „Dominikana”. Nie ma znaczenia, czy widzę rok 2007, czy dajmy na to, 2010, 2014, 2017, bo i tak wszystko układa się w jakąś całość. Jak w nieliniowym montażu u Quentina Tarantino. To jest kawał mego życia, nie tylko podróżniczego. Za kilka dni skończę w tej „mojej” Dominikanie 40 lat. Niech to diabli! Ale dalej mi się chce…

Droga przyszłości

Wtedy nie wiedziałem, że aleją Máxima Gómeza spacerował niegdyś codziennie wieczorową porą dyktator Rafael Leónidas Trujillo Molina, bo lekarze mu ponoć powiedzieli, że to dobre na serce. Gdyśmy w 2006 roku przyjechali z Kingą z Sosúa do Santo Domingo i wysiedli na terminalu autobusowym Caribe Tours, poszliśmy najpierw aleją 27 de Febrero; zalaną słońcem, chaotyczną, owładniętą kakofonią dźwięków, rozjeżdżaną wehikułami wszelakiego sortu i kondycji.

Do głowy by mi nie przyszło, że rok później będę śmigał tą stołeczną arterią regularnie w zapchanych do szczętu carros públicos; że jej wschodnią cześć od Plaza de la Bandera po aleję Churchilla przejdę pieszo kilkakrotnie; że cztery lata później dam się tam wyprowadzić w pole wytrawnemu oszustowi, co opisałem w „Anatomii szwindlu”; że w sąsiedzkim Centro Olímpico Juan Pablo Duarte poznam fantastycznych młodocianych adeptów baseballu i sfotografuję ich podczas treningów; że w barze na skrzyżowaniu z aleją Dr. Fernanda Artura Defilló dostanę prawie każdego dnia na śniadanie „swoje” empanadas oraz „swój” sok z marakui – dopiero co zmiksowany, nie za słodki; że jedenaście lat później poprowadzę tamtędy, używając na przemian własnej orientacji i GPS-u, zagubionego kierowcę mini busa, który znał ponoć stolicę, lecz sprawiał wrażenie, jakby ostatnio był tam w dzieciństwie, z babcią na lodach kokosowych.

Aleja 27 de Febrero będzie mi się potem kojarzyć z podróżami po samej Dominikanie, bo ze wspomnianego terminalu Caribe Tours wielokrotnie ruszałem gdzieś w kraj; na zachód, czy na północ, od Barahony po Sánchez. Gdy tylko dostałem w kasie biało-żółty bilet, a raczej podwójny paragon w kolorystyce flagi Watykanu, i odczytałem z niego, jak się zwała kasjerka (co nieraz było czymś tak cudownie brzmiącym, jak Guadalupe Natera Vasquez), łapałem jeszcze przed odjazdem gorącą, słodką i diablo mocną kawę, „wyciskaną” z termosów do plastykowych „naparstków”. Wtedy byłem gotów podróżować dokądkolwiek, po tej kawie właśnie, Café Santo Domingo, najlepszej na świecie.

Santo Domingo, Avenida 27 de Febrero / Avenida Máximo Gómez.
Młodość. Skrzyżowanie alei 27 de Febrero z Aleją Máxima Gómeza. 12 lat wstecz, 2006 rok.
Jeździec pomylony

Przy pomniku tego „dominikańskiego Kościuszki” Máxima Gómeza, który trafił z ojczystego kraju do obcego, aby się o niego bić, przepłynął z wyspy na wyspę, aby walczyć o niepodległość Kuby, przy tej statui bohatera, który dosiada rumaka bełtającego powietrze przednimi kopytami, herosa wskazującego dłonią na wyprostowanym jak strzała ramieniu jedyny słuszny kierunek „wolność”, tam skręciliśmy z Kingą w poświęconą mu aleję, wiodącą w dół, jakieś trzy kilometry, aż do samego nabrzeża Morza Karaibskiego, do bulwaru Malecón, zwanego aleją Jerzego Waszyngtona.

To wszystko prawda poza jednym. Na rączym koniu siedzi ktoś inny. Nie Máximo Gómez. Ktoś równie zasłużony, lecz nie on. Siedzi José de San Martín; argentyński generał, bohater narodowy Argentyńczyków, Chilijczyków i Peruwiańczyków, zasłużony przywódca walk wyzwoleńczych w Ameryce Południowej i towarzysz broni Simóna Bolívara. Doczekał się chwały oraz… ignorancji. Taki nagłówek sprzed lat w najstarszym dominikańskim dzienniku „Listín Diario”: Monumento a don José de San Martín es usado como urinario. Z grubsza, posąg w randze pisuaru. Co więcej, sam Gómez wyjechał pierwotnie na Kubę nie dlatego, że chciał. Wyjechał, bo musiał. Przegrał we własnym kraju. Dopiero z czasem to przejrzałem…

Władca maczet

Kim był więc Máximo Gómez? Na pewno postacią nietuzinkową. Przyszedł na świat w miasteczku Baní, w zachodniej Dominikanie. Tam, skąd pochodzi najsłynniejsze dominikańskie mangoel banilejo; gdzie rokrocznie urządzane są mangowe dożynki. Zapamiętano go, jako wybitnego dowódcę wojsk kubańskich w trakcie wojny o niepodległość tego kraju. Wcześniej, jako nastolatek bronił Dominikany przez inwazją wojsk cesarza Haiti – Faustyna I. Haitańczycy sromotnie przegrali. Potem zaciągnął się do armii hiszpańskiej. Przeszkolono go za oceanem, w Saragossie.

Kiedy Hiszpania przegrała walkę o odzyskanie utraconej kolonii i wycofała się z wyspy, Gómez wyemigrował na Kubę. Oczywiście, w niesławie. Tam jednak przejrzał na oczy, przestał służyć w wojsku hiszpańskim i przystąpił do kubańskiego ruchu wyzwoleńczego. Pokazał powstańcom taktykę, zwaną „szarża maczet”. Uzbrojeni w te narzędzia piechurzy nacierali na wroga, wycinając go do nogi. Coś, jak kościuszkowscy kosynierzy w trakcie insurekcji.

Do krwawej kampanii doszło w Guantanamo, gdzie plantatorzy dostali wycisk, choć chroniły ich oddziały Hiszpanów. W przerwach między walkami, Gómez dorabiał za granicą. m.in. przy budowie Kanału Panamskiego. Z czasem przyjął najwyższy stopień wojskowy – generalissimusa armii kubańskiej. Układał coraz skuteczniejsze strategie bitew powstańczych. Niektóre budziły w nim mieszane uczucia, np. podpalanie hektarów trzciny cukrowej. Cechowała go niezłomność, nie kłaniał się kulom. Jedna z nich trafiła go w szyję. Rana po wyleczeniu zamieniła się w trwałą dziurę. Zatykał ją kawałkiem wełny a szyję obwiązywał chustką.

Odrzucił hiszpańską propozycję wspólnej batalii przeciwko siłom Stanów Zjednoczonych. Kuba uzyskała częściową niepodległość w 1898 roku, pod protektoratem USA. Gómez nie przyjął nominacji na prezydenta. Podobno uznał, że jako Dominikańczyk z krwi i kości nie powinien być formalnym przywódcą Kubańczyków. Zresztą, polityka nie była jego żywiołem. Do rodzinnego kraju nie wrócił. Zmarł w Hawanie, gdzie pochowano go na tamtejszym Cmentarzu Kolumba. Na hawańskim bulwarze Malecón stoi teraz pomnik ku chwale Dominikańczyka.

W Santo Domingo również stanął. Tyle, że nie tam, gdzie mi się wcześniej wydawało. Nieco dalej, choć w pobliżu. Na skrzyżowaniu alei 27 de Febrero z Máximo Gómez trzeba skręcić w prawo, nie w lewo, i dojść do kolejnego skrzyżowania; z aleją Johna F. Kennedy’ego. Tam znajdziemy posąg bohatera, o którym mowa. Teoretycznie powinien dzierżyć w dłoni szablę, nieodłączny atrybut bojownika-wyzwoliciela. Niestety, dzierży powietrze, bo szabla regularnie znika. Za sprawą rabusiów.

Aleja zdarzeń

Zeszliśmy z Kingą aleją Máximo Gómeza podobnie, jak schodził dyktator, maszerując „szybkim krokiem w otoczeniu ministrów, doradców, generałów, adiutantów, dworaków idących w naznaczonej szacunkiem odległości, z czujnym spojrzeniem, z nadzieją w sercu, wypatrujących choćby jednego gestu, jednego ruchu, skinienia, które pozwoliłoby zbliżyć się do Szefa, wysłuchać go, zasłużyć sobie na rozmowę, chociażby miało się w niej kryć oskarżenie” („Święto Kozła”, M.V. Llosa).

Wtedy nawet nie pomyślałem, że rok później zatrzymają mnie w tamtej okolicy mundurowi, wylegitymują i łagodną perswazją wymuszą skasowanie zdjęć, które kilkanaście minut wcześniej zrobiłem pod konsulatem Stanów Zjednoczonych; nie podejrzewałem, że dwa lata później i dwa spojrzenia od miejsca tego zatrzymania, w ambasadzie Watykanu zamieszka nuncjusz apostolski o nazwisku niechybnie podobnym do mojego, którego świat zapamięta później, jako głównego obwinionego w dominikańskiej aferze pedofilskiej; nie mogłem przewidzieć, że Jorge, którego zresztą dopiero miałem poznać, poprosi mnie o sfotografowanie wielkiej dziury w ziemi, czyli placu budowy pierwszej linii metra w Santo Domingo, biegnącej dokładnie pod aleją Máxima Gómeza.

Metro Santo Domingo, budowa, rok 2007
Jeden z budowniczych pierwszej linii metra w Santo Domingo.
Metro Santo Domingo, budowa, rok 2007
Dziura w ziemi, która zamieni się później w stację metra Estación Joaquín Balaguer.
El Macho

Potem skręciliśmy z Kingą w lewo, aby wysadzaną smukłymi palmami nadmorską promenadą dotrzeć do obelisku El Macho, zwanego tak przewrotnie przez rubasznych Dominikańczyków, ze względu na jego falliczny kształt i będącego dość wierną kopią pomniku Waszyngtona z Nation Mall w amerykańskiej stolicy. Pod tym obeliskiem dyktator kończył spacer. W perspektywie miał choćby wyszukane nocne rozrywki takie, jak schadzki z nieletnimi dzierlatkami, które kazał sprowadzać swym akolitom do ekstrawaganckiej rezydencji Casa de Caoba w swoim rodzinnym mieście San Cristóbal, leżącym nieopodal stolicy.

Malecón w Santo Domingo, w tle El Obelisco Macho.
Obsadzony palmami Malecón w Santo Domingo. W tle El Obelisco Macho, 2006 rok.
El Obelisco Macho, 2014, Mural poświęcony siostrom Mirabal.
El Obelisco Macho w nowej szacie z 2014 roku. Zjawiskowy, eksplodujący kolorami mural poświęcony dominikańskim heroinom – siostrom Mirabal.

Aleję Máxima Gómeza przemierzałem wielokrotnie, z góry do dołu i na odwrót. Przeważnie na piechotę. Nieraz metrem, albo wskakując do carros públicos. Poświęciłem jej sporo czasu i potu. Fotografowałem jej życie w różnych okresach; od 2006 roku do dzisiaj… Często lądowałem w miejscu, gdzie krzyżuje się z aleją Independencia.

Wrażenia miałem podobne, jak Urania Cabral z cytowanej tu już powieści Llosy.

„Węchem rejestruje tyle różnych zapachów, że można to porównać do natężenia hałasu atakującego jej słuch. Spaliny wydobywające się z rur wydechowych autobusów, które kopcą dymem unoszącym się wprost na przechodniów, smród smażonego tłuszczu dobiegający ze straganu, na którym skwierczą dwie patelnie, gdzie sprzedają jedzenie i napoje, no i ten zapach – ciężki, nieokreślony, tropikalny fetor żywicy, gnijących zarośli, spoconych ciał, powietrza nasyconego zwierzęcymi, roślinnymi i ludzkimi zapachami, które konserwowane przez słońce, wolniej się rozkładają i ulatniają. Ta gorąca woń porusza jakąś intymna strunę w jej pamięci i przywraca czasy dzieciństwa […]”

Skrzyżowanie alei Máximo Gómez z aleja Independencia, Santo Domingo.
Każdy pcha swój wózek…
Skrzyżowanie alei Máximo Gómez z aleja Independencia, Santo Domingo.
Kolporterki dziennika „El Caribe” (tu logo z 2007 roku) i sprzedawczyni kart telefonicznych Orange.
Aleja wspomnień, aleja Máximo Gómez, Santo Domingo, Dominikana.
W oczekiwaniu na zielone światło…
Pucybut, Santo Domingo, Avenida Máximo Gómez.
Macho – pucybut.
Haitańscy robotnicy, Avenida Máximo Gómez, Santo Domingo.
Roześmiani haitańscy robotnicy…
Avenida Máximo Gómez, Santo Domingo.
Palacio de Bellas Artes, Pałac Sztuk Pięknych w renowacji…
Avenida Máximo Gómez, Santo Domingo.
Autobus szkolny. Jeden za drugim.
Avenida Máximo Gómez, Santo Domingo.
Funkcjonariusz nieistniejącej już „miejskiej drogówki” AMET – La Autoridad Metropolitana de Transporte, zastąpionej w 2017 przez nowe służby, zwane DIGESETT – Generalną Dyrekcją Bezpieczeństwa i Transportu Drogowego.

Nieopodal stacji metra Estación Joaquín Balaguer, czyli tej która w 2007 roku była bezładnym placem budowy, wyląduję razem z Kingą w połowie marca. Spotkamy się z Claudią, z którą w lipcu ubiegłego roku dzieliłem ścianę w „Centrum Obrazu” na starówce w Santo Domingo, na której wisiały nasze fotografie podczas wystawy „Everyday Dominican Republic – Miradas Cotidianas”.

I tak to się toczy. Od dwunastu lat. Daje o sobie znać, co i rusz. Dominikańskie uzależnienie…

*Cytowane teksty pochodzą z powieści „Święto Kozła”, Mario Vargas Llosa, wyd. Znak, Kraków 2016 

Javier był kimś

Za pieniądze klienta wszystko idzie załatwić. Javier tak mawiał. Lubił to powtarzać. Był obrotny. Zresztą, jak wielu Dominikańczyków. No, to załatw mi chłopie duże mango, czasem go przedrzeźniałem. Wtedy mrużył oczy i cedził, że może skombinować „coś do palenia”, albo dziewczynki. Nie jestem el frutero, ripostował, tych od owoców masz na ulicy. Trzeba myśleć o rzeczach, które dają zarobić jakieś sensowne pesos a nie o bzdurach, które zabierają czas. Tego uczył Javier. Czasem mi się chłop przypomina. Niegdyś mieszkałem w Santo Domingo w dystrykcie Bella Vista, w hotelu o tej samej nazwie. Ulokował mnie w nim po znajomości Jorge, redaktor dziennika, z którym wtedy współpracowałem, jako samozwańczy (foto)reporter. Javier był tam boyem, chłopakiem od wszystkiego. Dla mnie był boyem rasowym, był Kimś.

Cristina

Hotel „Bella Vista” traktowałem, jako bazę wypadową. Częściej mnie w nim nie było, niż byłem, co oczywiste, lecz za każdym razem z uciechą tam powracałem; czy to z dziennych misji w Santo Domingo, czy z kilkudniowych wypadów w dominikański interior. Zajmowałem tani pokój z wiatrakiem na suficie i z widokiem na mangowiec. W mini chłodziarce trzymałem podstawowe zapasy: piwo, owoce i maść na wszystko. Właścicielką hotelu była Cristina. Do pracy podjeżdżała białym jeepem i z marszu brała się do rządzenia. Miałem w zwyczaju „meldować” jej, gdzie wybieram się danego dnia; szczególnie informowałem ją o wyjazdach dłuższych na zachód, gdzieś pod granicę z Haiti, albo na północ: do Puerto Plata, Río San Juan, czy Samaná. Przywykła do tych moich briefingów. Nie mogłem ich zaprzestać. Nie chciałem, by snuła najgorsze domysły, gdy ktoś ze służby doniesie jej, że moje łóżko stoi nieruszane od trzech, czy czterech dni.

Mangowiec rosnący w ogrodzie, Dominikana
Dojrzewające mango-zwisy.
Ulica karmiąca

Większość z posiadanych pesos, poupychanych gdzieś po kieszeniach, przepuszczałem w pobliżu. Wszystko miałem tam pod ręką. Dominikańska ulica jest samowystarczalna i codziennie kusi tym samym, w tych samych punktach, o tej samej porze. Jeśli mały biznes jest na kółkach, to i tak podjedzie tam, gdzie poprzednio. W Dominikanie można się spokojnie do czegoś przyzwyczaić i potem z tego przyzwyczajenia do woli czerpać korzyści. Gdy od „swojego” sprzedawcy empanadas usłyszałem: estoy operando aqui, „tu jestem, tu działam, tu operuję!”, byłem szczęśliwy, wiedząc, że jutro, pojutrze czy za tydzień nic się nie zmieni, i dostanę te swoje frykasy tam, gdzie zawsze.

El frutero, czyli sprzedawca owoców na ulicy w Santo Domingo, Dominikana.
Wózek owocowy.
Karaibskie śniadanie, w pobliżu hotelu Bella Vista, Santo Domingo
Karaibskie śniadanie mistrzów. Od lewej kawał papai, ananasa, sok z marakui, 3 empanadas. I kawa. Café dominicano. Jak narkotyk.

To samo, jeśli chodzi o każdą inną rzecz, najsłodszą kawę na świecie, jugos naturales, owoce, tostones, piwo, losy na loterię, używane komórki, karty telefoniczne, gazety, jakieś breloki, jakieś baterie, fosforyzujące lody, słodkości z gwajawy, czy co tam jeszcze. Swoje obchody ulicy robiłem przeważnie wcześnie rano, kupując wszystko, co mi się nawinęło i z czego mogłem skompletować własną wersję karaibskiego śniadania.

Piwo z Javierem

Za to późnym popołudniem niewiele już jadłem, raczej wpadałem do colmado by posiedzieć, posłuchać bachaty i wypić piwo albo dwa, albo trzy. Decydowała pojemność butelki, jaką spragniony wydobyłem na chybił trafił z arktycznych czeluści firmowej lodówki Presidente. Taka lodówka to podstawowy mebel w każdym spożywczaku, czy barze w Dominikanie, od Santo Domingo po odległe grajdoły.

Piwo Presidente w Santo Domingo, Dominikana
„Prezydent” nabity w butelkę.

Piwo kupowałem dla siebie i dla Javiera. Bywało, że dzieliłem z nim momenty przyjemnego rauszu po całodziennym kieracie. Potem on wracał do swoich na przedmieścia, w mało-turystyczne rewiry zwane Km. 9, a ja do pokoju i do komputera, oblepionego kolonią cyber-mrówek. Javier nie był zwykłym boyem hotelowym, był prawą ręką Cristiny, co oznaczało, że robił wszystko. Nobilitacja i frustracja w jednym.

Kiedy uparłem się, aby mieć w pokoju hotelowym caja fuerte, czyli sejf, Javier powiedział, że to nie ma sensu. Szybko dowiedziałem się, w czym rzecz. Poszliśmy do innego pokoju z sejfem. Javier zatrzasnął go, po czym otworzył bez klucza i większego wysiłku, jak Sztukmistrz z Lublina. Dałem sobie spokój.

Macho i jego koszula

Często widywałem go, ubranego w guayaberę, karaibską koszulę z czterema kieszeniami. Najpewniej pochodzi z Meksyku, albo z Kuby. Mnie podoba się jej kubańskie pochodzenie. Chłopak miał dziewczynę. Na randki zakładał elegancką koszulę z dwoma kieszeniami. Upychał w nich owoce gwajawy, dla wsparcia miłości witaminą. Jeden owoc dla siebie, drugi dla wybranki. Wreszcie stało się. Dostał zaproszenie do domu przyszłych teściów. Nie mógł tam iść z pustymi rękami. Znowu pomyślał o gwajawach. Tylko teraz miał do zabrania cztery sztuki. A tylko dwie kieszenie. Wtedy sprytna matula doszyła mu jeszcze dwie na dole. I tak zrodziła się pełna guayabera! Fantastyczna historia, czyż nie?

Dominikańczycy mają dla niej własną nazwę – chacabana. Ponoć Javier odziedziczył tę koszulę po dziadku. Chwaliłem ją za każdym razem, gdy w niej przychodził. Była pięknie skrojona, w kolorze kremowym, z podwójnym haftem z przodu, bez oznak znoszenia. Można powiedzieć, krawiecki majstersztyk. Zakonotowałem, że Javier nosił ją chętnie, niejako dumy z rodzinnej pamiątki. Dzisiaj młodzi Latynosi raczej nie przepadają za zbyt staroświeckim krojem chacabany. Za to Javier wyglądał w niej bardzo gustownie, prawdę mówiąc, zazdrościłem mu tej koszuli i tej prezencji.

Relaks po oględzinach

Muchacho zasuwał na trzy etaty i nieraz ciężko było go wyciągnąć z roboty do baru o sensownej porze, zważywszy na to, że musiał jeszcze jakoś dotrzeć do domu na krańcu świata. Wtedy, z moją pomocą, bar przychodził do niego. Javier na to zasługiwał. Najbardziej podłe obowiązki wykonywał popołudniami. Przede wszystkim ogarniał bałagan po gościach, którzy zdążyli opuścić hotel. Wietrzył zapotniałe komnaty, wciąż zalatujące mieszaniną sexo y amor. Do czarnego worka w rozmiarze lubianym przez medycynę sądową ładował wymęczoną pościel, notorycznie czymś zabrudzoną; pełna galeria podejrzanych wymazów, z krwią włącznie. Sam widziałem, bo Javier dopuszczał mnie do oględzin. Ze wszystkich tych okrutnych plam dało się wyczytać najświeższą historię cielesnych zmagań, gwałtownych miłości, czy miłosnych gwałtów, no jakichś niemożliwych kopulacji, kulminacji, jakichś no nie wiem, boleści…

Kiedy Javier robił swoje, ja siedziałem u siebie, przeglądając ostatni urobek zdjęciowy. Czekałem na telefon od niego. W końcu dzwonił, podając mi numer pokoju, do którego miałem się udać z tym, co najlepsze. Brałem z lodówki butelki z „Prezydentem”, wciąż zmrożone, jak igloo i gnałem tam, gdzie mnie wzywał. Chyba nie było takiego pokoju w Buena Viście, którego byśmy nie zamienili na tymczasowy bar.

Władca noży

Innym zadaniem Javiera, zwłaszcza o poranku, było doglądanie kuchni. Poganiał tam kucharza i jego asystenta, obiboka. Nie za wiele mieli obaj do roboty, lecz to nie oznaczało, że mogli siedzieć bezczynnie. W międzyczasie zauważyłem u mego przyjaciela słabość do kuchennego osprzętu. Wyraźnie cenił noże. Wielokrotnie kciukiem szacował ich ostrość, jak rzeźnik przed jatką. W jego zachowaniu było coś niepokojąco naturalnego. Mieć go po swojej stronie – oto reguła przetrwania!

Kiedy któregoś dnia wybrał nóż formatu maczety, przeżegnawszy się w duchu, pomyślałem, że oto Javier podjął właśnie jakieś kluczowe decyzje w swoim zapracowanym życiu. Zbiegło się to z przyjazdem Cristiny do hotelu. On jednak wykorzystał połyskujące ostrze noża w roli podręcznego lusterka. Przeglądając się w nim z bliska, badał stan uzębienia. Było to bardzo charakterne. Bo Javier charakter miał.

Najlepiej odnajdywał się w trzeciej ze swoich hotelowych ról – w roli recepcjonisty: witającego, rozliczającego i żegnającego gości. Witał serdecznie i żegnał, bo musiał, za to rozliczać uwielbiał. Był przy tym irytująco skrupulatny. Kiedy nieraz z czymś zalegałem, dobrze o tym wiedział i przystępował do windykacji. Szelma jeden, wolał zapomnieć, ile to piwa razem wypiliśmy. Na mój koszt! Ale cóż, mając świeżo w pamięci jego przymiarkę do roli „władcy noży”, wolałem płacić. Jeśli chodziło o forsę, Cristina mogła na niego liczyć. A nie wyglądał na skarbnika. Raczej na kogoś, kto regularnie przyjmuje zlecenia mokrej roboty i przeliczając pesos, albo „zielone”, po prostu przelicza zainkasowane wadium.

Chłopak z „dzielni”

Powierzchowność Javiera stawiała go raczej wśród osobników przestępczej konduity. Umówmy się, nie jest to typowy wymóg dla kandydata na recepcjonistę. Jednak Cristina myślała inaczej. Albo po prostu miała nosa, zatrudniając go w hotelu. Ten domniemany brutal z obrzeżnych barrios, o jakich Márquez pisał – „dzielnice psich bójek”, ten śniady macho z blizną pod okiem, potrafił być elokwentny, do żywego zabawny i na swój sposób spolegliwy. Javier – delikwent chodzący krokiem „praskiego cwaniaka”, był barwną namiastką tego najprawdziwszego Santo Domingo – chaotycznego i lubieżnego, do którego być może, co bardziej rozbudzony turysta chciałby dotrzeć, by je zobaczyć na własne oczy, dotknąć, posmakować, tj. po ludzku poznać, lecz tkwiące w nim obawy (poniekąd uzasadnione) trzymają go na dystans. Wtedy Javier mógł sprawę ułatwić.

Wnosił do hotelu aurę tych właśnie rewirów latynoskiego molocha, gdzie wstaje się o świcie za głosem bojowego koguta i stawia diabelską kawę na ogniu, gdzie słucha się radia na cały regulator, gdzie ryk motorów walczy o eter z dudniącym reggaetonem, czy bachatą, gdzie czuć spaliny wymieszane z wonią przejrzałych owoców, mydlin wylewanych do rynsztoka i jedzenia smażonego na ulicy, gdzie w ciągu dnia żyje się tak, by jakoś przeżyć, gdzie kombinuje się pesos, jak tylko można, bo w końcu jest rodzina, bo rosną długi, gdzie zawsze znajduje się czas na domino i baseball, na tipsy i papiloty, na piwo, jeśli nie na rum, gdzie zawsze jest kogo obgadać, czy zbesztać po uszy, gdzie chicos, gangsterzy z MTV, opuszczają jeansy tak nisko, że im widać przecinek z tyłu, gdzie chicas, dziewuchy gangsterów z MTV, podciągają legginsy tak wysoko, że im widać przecinek z przodu, gdzie amorów wszelakich nigdy dość w tym lepkim, jak syrop powietrzu, gdzie jęki miłości nie gorszą sąsiadów tylko aktywizują, i gdzie się w końcu to całe towarzystwo z inwentarzem wszelakim kładzie spać bez świadomości, że gdzieś tam istnieje jakiś przyjezdny, turysta, słowem obcy, któremu by trzeba jakoś uatrakcyjnić wycieczkę czy ogólnie zrobić dobrze. W rewirze Javiera obcy musiałyby na swoje pięć minut zasłużyć.

Javier bałamut

Natomiast w hotelu Bella Vista od razu liczono się z Javierem. Był gwiazdą i tyle. Przyjezdni podskórnie wyczuwali, że miał w sobie jakiś autentyczny kawał życia, blisko którego warto pobyć chociaż przez moment. Dlatego lgnęli do niego, zamęczając chłopaka w recepcji, na korytarzu, na patio. Szczególnie osaczały go białe turystki z Ameryki, czy Europy. Latały do tropików solo, wyraźnie wyposzczone. Kręciły się przy Javierze, zagadując go w spanglishu.

Javier, mimo że zawalony robotą, korzystał ze swego uroku, ile mógł. Odpowiadał na zaczepki. Był przystojnym draniem, trzeba mu to oddać. Rozgrywał te całe ksiuty po swojemu, niby od niechcenia, urabiając panny, jedną po drugiej. Nie wiem, czy on te wszystkie przelotne znajomości sprowadzał do oczywistego finału. Niewykluczone. Tak czy inaczej, był południowcem i południowa krew się w nim kotłowała. Raczej nie przepuszczał okazji. Z natury lubił zdrowo pochędożyć. I lubił o tym poopowiadać z detalami.

Javier „dobra rada”

Bywały noce, gdy zdarzało mi się w zupełnym negliżu przeleżeć pod buczącym wiatrakiem od zmierzchu do świtu, bo inaczej się nie dało, parność mnie gnębiła, ratowałem się, jak mogłem. Raz zapomniałem zaryglować drzwi, no i wreszcie zasnąłem. Rano wpadł znienacka do pokoju Javier i mnie przyfilował w adamowej odsłonie, dopiero oczy przecierałem po przebudzeniu. Zmieszany chwyciłem za piernaty, by się nimi owinąć, jak to robią aktorzy na filmach, gdy mają przejść po seksie z łóżka do garderoby i wybełkotałem jakoś tak, że „Javier, dzisiaj nie, por favor!”. Drań ten, kogut jeden co bierze wszystko, co się rusza, zaśmiał się podejrzanie, a mi chodziło o usługę sprzątania pokoju, że „dzisiaj nie”.

Kiedyś, stojąc przy recepcji, narzekałem na zmienność czerwcowej pogody. Wtedy mnie Javier uświadomił, hultajsko szczerząc zęby: „są takie rzeczy, amigo, które robisz przy słońcu i przy deszczu„. Lubował się w rozwijaniu tej życiowej sentencji, bezczelnie bazując na własnym, donżuańskim doświadczeniu. Wyjawiając mi swoje sypialniano – łóżkowe albo kuchenno – stołowe sekrety ars amandi, zarazem udawał buchaltera, rewidował rachunki gości i wklepywał je do komputera jednym paluchem.

Dr Javier zaskoczony 

Raz udało mi się Javiera zaskoczyć własnym popisem rubaszności. Któregoś popołudnia poszliśmy obaj do sklepu elektrycznego za rogiem. Cristina wysłała chłopaka po żarówki. A ja mu towarzyszyłem. Na miejscu poleciałem wzrokiem ku półce, gdzie kłębiła się jakaś drobnica, w tym wyjątkowo absorbujące różowawe niby zaślepki. W ich kształcie było coś bezwstydnie anatomicznego, a szło o anatomię kobiecą. Musiał to potwierdzić „dr Javier”. Wziąłem jedną taką „zaślepkę” i podsunąłem mu po nos, pytając z udawaną powagą, co też mu to-to przypomina. Ten, dławiąc się ze śmiechu wypalił: tú estás loco, amigo!, że szalony jestem. Jakby przyznał, że większy ze mnie zbereźnik od niego. Cóż, wypadało potraktować to, jako komplement.

Na koniec wspomnę, że Javiera poznałem w dość osobliwych okolicznościach. Muchacho w stroju recepcjonisty wymiatał psie bobki na parkingu przed hotelem „Bella Vista”. Stałem obok, oparty o palmę i patrzyłem, jak mu idzie. Obchodził się z nimi, jak z pralinami, które nieszczęśliwie pospadały na zakurzoną podłogę. Brał je na szufelkę i ostrożnie przenosił do śmietnika. Zlitowałem się nad nim, demonstrując łatwiejszą metodę – „futbolową”; wykopałem to gówno na aut. Po czym zaprosiłem chłopaka na kawę. Jakby nie było, kawa i praliny świetnie się dopełniają. Tak poznałem Javiera. Nie widziałem go jedenaście lat. Nigdy go potem nie spotkałem. Został w mej pamięci.

Flamboyant

Minęła wówczas druga tropikalna noc w Dominikanie, znacznie dłuższa od pierwszej, zaledwie dwugodzinnej, tuż po przylocie z Europy; po przyjeździe z lotniska do miasta. Dopiero po tej drugiej nocy funkcjonowałem normalnie. Był czerwiec 2007 roku. I duszny poranek w Santo Domingo. Przetarłem oczy i wyszedłem na świat. Chwyciłem w pobliskim colmado kawę i świeże empanadas, rozejrzałem się po okolicy. Wtedy zobaczyłem to drzewo rosnące kilkadziesiąt kroków od hotelu, gdzie miałem nocować przez kolejne tygodnie. Rosło na jednej z posesji, zagarnąwszy dla siebie większość ogrodu.

To był Delonix regiaeksplodujący szaloną czerwienią flamboyán dominicano, albo flamboyant, malinche, poinciana, zwany też ognistym drzewem, albo płomieniem Afryki, gdyż ma ponoć rodowód madagaskarski. Kiedyś widziałem to drzewo na obrazie jakiegoś malarza-prymitywisty; dominikańskiego, bądź haitańskiego Nikifora. Teraz miałem je przed sobą, w pełni rozkwitu. Pamiętam radość, podniecenie, niemalże śpiew duszy. Znowu tam byłem – w Dominikanie! Przez wiele miesięcy diablica nie dawała mi spokoju. Opętała mnie, kazała wracać. I wróciłem. Nadal wracam. Po jeszcze. Nie potrafię inaczej…

Miły gość

Pamiętam noc przyjazdu. Tamten człowiek otworzył drzwi, wpuścił mnie do środka i główkował co zrobić. Najpierw zapisał coś szybko w zeszycie, nie wiadomo co. Nie chciał niczego. Paszportu, dolarów, czy pesos. Parafek na jakichś kwitkach. Nie chciał. Bo niczego nie rozumiał. Tylko się uśmiechał. Jakiego człowieka stać na uśmiech w porze, o jakiej powinien przewracać się na drugi bok w łóżku? Swoim, cudzym, jakimkolwiek. Ja też nie rozumiałem, co do mnie mówił. Zresztą, on mówił niewiele. Ani trochę po hiszpańsku. Używał swojego języka – kreolskiego.

Mnie także pozostał jedynie grymas uśmiechu. Chodziło o to, żebym poszedł spać. O nic więcej. Jeśli ktoś sugeruje ci, abyś to zrobił, to pewnie nie nadajesz się do niczego innego. Rano potwierdzimy rezerwację, zapłacę ile tam trzeba, gdzieś podpiszę. Tego chciał tamten, tak podejrzewałem. To był Haitańczyk. Choć nie u siebie, wydawał się zadomowiony. W bejsbolowej czapce stołecznej drużyny Tigres del Licey. Miły gość. Witał mnie o czwartej nad ranem w hotelu „Bella Vista”.

Klucz na gębę

Dostałem klucz. Na gębę. Bez niczego. Za szczerość. Za wory pod oczami. Za bełkot utrudzonego wędrowca. Wyglądało to tak, jakbym wszedł z ulicy, padł na pierwsze lepsze wyrko i nikomu to nie wadziło. Podziękowałem i poczłapałem do pokoju o numerze wypalonym na kawału drewna przytroczonego do klucza. Tam było gęste, jak krochmal i nagrzane powietrze. Kiedy wszedłem do pokoju, zderzyłem się ze ścianą gorąca. Włączyłem światło i natychmiast wiatrak na suficie, aby rozgonił tę zabójczą duchotę.

Kilka minut później łapałem już normalny oddech. Szybko przywykłem. Mnie taka parnota nie wadzi, lubię taką wilgoć. Dopiero w tropiku czuję, że oba płuca mam zatrudnione na pełnym etacie. Wielu słania się na nogach, oddychając „nawilgłą watą”, jak to ujął Krzysztof Mroziewicz w „Fideladzie”. A mnie te tropikalne opary, paradoksalnie, energetyzują. Choć nie wtedy. Bo szybko zasnąłem. Wymordowany po podróży. Nie musiałem wspomagać się alkoholem przez zaśnięciem w tropiku, o czym instruował Kapuściński w „Wojnie futbolowej”. Padłem, jak dziecko. I spałem twardo, choć krótko. Nie wiem, czy śniłem o czymkolwiek. Być może. Za to, obudziłem się dziwnie wypoczęty i gotowy na nowe wyzwania. A czekało mnie ich co niemiara.

La cucaracha

W łazience zabrakło wody. Prysznic milczał. Pewnie zbyt wcześnie zabrałem się za mycie. Jeszcze nie czas na wodę w rurze. Wyjrzałem przez okno. Kiedy spałem musiała przejść obfita burza. Powiało lżejszym luftem. Podwórko zamiatał ten sam Haitańczyk, który kilka godzin wcześnie pełnił rolę zgubionego recepcjonisty. Ileż liści zaległo na patio! W deszczu pospadały z drzew, przeważnie figowców. Leżały wszędzie. Na kamiennej mozaice, na białych, żeliwnych stołach i krzesłach. Spojrzałem na najbliższe drzewo. Miało niewielkie owoce, które nadal dojrzewały. Owoce w kształcie, jakby bladozielonych, gładkich jąder. Drzewo było wielkie, rozłożyste. To był mangowiec.

Za nim, nieco dalej na dachu, krzątała się starsza kobieta w luźnej koszuli nocnej, w turbanie z ręcznika. Wieszała prześcieradła na sznurku, choć ledwie wzeszło słońce. Chwilę wcześniej słyszałem spóźnione pianie koguta. I za nim ujadanie psa. Jeden drugiemu dokazywał. „Zamknij dziób, a ty stul pysk!” Wiatrak łopotał na mniejszych obrotach, a ja leżałem pod nim w szczątkowej garderobie, co potem często praktykowałem. Chyba, że skazano mnie na klimatyzację. Wtedy czułem się bardziej, jak półtusza wieprzowa rzucona w odmęty chłodni.

Myjąc zęby zauważyłem karalucha wielkości ciasteczka, spacerującego po zasłonie prysznicowej. Wyglądał, jak mini zabawka nakręcana kluczykiem. Nie zrobiłem mu krzywdy. I wzajemnie. Potem spotkałem go ponownie. Widać, dane nam było dzielić rewiry w pokoju hotelowym. Nie wiem, czy po mnie łaził, gdy spałem, czy dobierał się do resztek bananów, jakie mi zostały po podróży. Tak, przywiozłem banany z powrotem do macierzy! Prawdę mówiąc, wciąż ledwo dojrzałe.

Niewykluczone, że karaczan znaczył teren po swojemu. Dowodów na to nie miałem. Jednak w czasie porannej kąpieli, kiedy widziałem, jak zuchwale grasuje w mojej obecności, nie wzbudził we mnie odrazy. Nie rwałem się, aby go zgładzić, choćby mokrym klapkiem. Szkoda mi było robala. Karaluch, czy nie to jednak jakiś współlokator. La cucaracha, la cucaracha…

Dominikański smak

Kiedy zszedłem po schodach do głównego holu, nie zostałem tam znajomego Haitańczyka. Na recepcji siedziała señorita z ugładzonymi włosami i w garsonce, wklepując coś do komputera, przekładając segregatory. Przywitała mnie, uśmiechnęła się i wróciła do tego, co ją zajmowało. Po chwili, pewnie gdy skończyła to co było ważniejsze, zainteresowała się mną ponownie. Zagaiła skąd jestem, ile zostanę w Dominikanie, jakie mam plany? Odpowiadałem jej na bieżąco. Wreszcie rzuciłem, że w kraju gdzie mieszkam pada zimą śnieg. To zawsze robi wrażenie na ludziach, którzy namiastki tej „atrakcji” zaznają jedynie przy otwieraniu zamrażalki.

Coś tam jeszcze dopytywała, lecz musiałem jej przerwać. Poczułem głód. W pobliżu była garkuchnia, gdzie można było zamówić cokolwiek na wynos. Wziąłem to, co mi posmakowało, gdy poprzednio byłem w Dominikanie. Smażone platanosy i sok z marakui. A coś do tego?, pytała recepcjonistka. Mięsa żadnego nie chcesz? Smażonego kurczaka, albo pollo guisado, tj. kurczaka duszonego. Nie chciałem. Być może pomyślała, że ja nie wiem, w czym rzecz, i nieświadomy upieram się, aby wsuwać same „zapychacze”, coś jakby nasze ziemniaki. Jednak nie miałem ochoty na więcej.

W końcu uległa, zadzwoniła gdzie trzeba i po kilkunastu minutach dostałem swoje platanosy. To był smak pierwszej dominikańskiej podróży. Sprzed półtora roku. Nie do podrobienia. Rozkoszowałem się nim. Ku uciesze, ale i zdziwieniu recepcjonistki…

Dziewczyna z balkonu

Potem przyjechał człowiek, który w nocy załatwił mi transport z lotniska. Pracował dla znanej francuskiej firmy. Był ekspatem. Zabrał mnie na strzeżone osiedle, w zachodnim Santo Domingo, gdzieś za parkiem Mirador del Sur, blisko portu Haina. Mieszkał tam z żoną, która rzadko wychodziła z mieszkania w wieżowcu, bo się bała. Wysiadywała godzinami na balkonie, patrząc na ocean, wypatrując błyskawic na horyzoncie i czekając na męża. Czasem, z duszą na ramieniu, wybiegała po drobne zakupy do sklepu.

Szybko wracała, płoszona seriami piropos, czyli niewybrednymi komplementami, rzucanymi w nią przez dominikańskich machos. Nawet ich nie rozumiała, ale przerażały ją syki, cmokania, gwizdy i pohukiwania. Chyba z rok przesiedziała na tym balkonie. Co tydzień, bodajże w czwartki, czekała na wejście tankowca do portu. Jeśli nie wpływał, albo spóźniał się, wówczas jej mąż miał problem z brakiem paliwa na stacji. No, wiesz, mieszkamy na wyspie! Tak, poniekąd słusznie, streściła swoje obserwacje.

Tam gdzie flamboyant

Oboje byli bardzo życzliwi. Nakarmili mnie rybą mahi-mahi, dotrzymali towarzystwa podczas paru weekendów, przewieźli późnym wieczorem wzdłuż Malecónu. Pamiętam, że utknęliśmy w korku blisko jakiegoś nocnego klubu. Dudniąca muzyka, tłum przyklejony do wejścia z oślepiającym neonem, wszędzie walające się puste butelki po rumie.

Rozglądałem się z tylnego siedzenia, chłonąc ten cały chaos fiesty zamotanej w parne, wilgotne powietrze. Kiedy opuściłem szybę, od razu podeszła jedna z chicas z wiadomą ofertą. Uwiesiła się okna, wdzięcząc się, prężąc, strosząc pióra. Chodziło o masaż. Un buen masaje, mi amor. Od razu uściśliła jaki, mrugając porozumiewawczo. Tyle się dowiedziałem. W końcu ruszyliśmy dalej.

W nietaniej restauracji na Plaza de España, gdzie mnie zaproszono, zdawałem moim towarzyszom relacje z wypadów w głąb kraju. Robili wielkie oczy, gdy mówiłem im, że dwa dni wstecz popijałem piwo gdzieś pod granicą z Haiti, albo tropiłem tam iguany. Oni, jeśli opuszczali Santo Domingo, brali na cel przeważnie okolice Punta Cana, albo Bayahibe. Chcieli mieć plażę, relaks, bufet all-inclusive, grillowaną langustę, takie przyjemności. Niezbyt się do tego paliłem. No, może poza langustą, której bym nie odmówił. Poza tym, roznosiła mnie energia, nie do zużycia nad hotelowym basenem. Potem straciliśmy kontakt, jakoś tak. Każdy miał swoje sprawy.

Mnie ciągnęło do tych ognistych, czerwcowych flamboyantów. Gdziekolwiek rosły, tryskało z nich życie. Do życia mnie ciągnęło.

Flamboyant, Parque Mirador del Sur, Santo Domingo
Flamboyán w swoim pełnym ogniu – u wejścia do parku Mirador del Sur. Na koniu generał Antonio Duvergé. Urodzony w Portoryko dominikański wojskowy z francuskimi korzeniami. Aktywny bojownik o niepodległość Dominikany.

Tubylcy z parku

Kiedy żegnali nas, stanąwszy w równych odstępach na skraju wzniesienia z pomarańczowo-ceglastej gliny, wyglądali raczej tak, jakby dopiero co wyszli nas witać. Jakby za moment miały zejść się dwa światy, jakby historia miała ruszyć od nowa. Tę ostatnią scenę zapamiętałem najmocniej. Niewykluczone, że wyobraźnia dołożyła swoje. Jeśli czas miałby się zatrzymać, to właśnie wtedy, gdy patrzyłem na tych ludzi, w których ostało się jakieś dawne dostojeństwo. Ten kadr mógłby pochodzić z filmów „Misja”, „Apocalypto”, albo „Kolumb Odkrywca”… Nie ma tu jeszcze nieuchronnej, zgubnej przyszłości. Na razie jest enigma, obustronna ciekawość, są emocje; mniej lub bardziej skrywane. Reszta była teatrem… Już to wiedzieliśmy, siedząc w czółnie, którym mieliśmy wkrótce odpłynąć. Teatrem dobrze wyreżyserowanym, ogranym. Teatrem potrzebnym, jak się okazało…

Ryj tapira

Umówmy się. To był żaden wysiłek. Dostać się do wioski tych skromnych ludzi zwanych Emberá. W ich rzeczne rewiry Parku Narodowego Chagres. I popatrzeć, jak żyją, jak sobie radzą, jak ukradkiem ziewają na widok kolejnej fali turystów. Oczywiście, można by nadać temu ton dramatyczny. Nawrzucać przechwałek pioniera, etnologa, który popadł w obłęd, albo prawie ducha wyzionął próbując przedrzeć się do dzikich plemion, które białego człowieka znają co najwyżej ze zdjęć na ulotkach, rozrzucanych czasem przez aeroplany. Można by nazmyślać, nawydziwiać, tak wypunktować trudności, że zwykłemu zjadaczowi chleba, który mdleje w fotelu oglądając „Azja Express”, odechce się wszystkiego.

Człowieku, wykitujesz po pierwszych stu metrach, odwodnisz się, narobisz w portki ze strachu. Gęsta, malaryczna dżungla. Żmije, jaguary i ropuchy trucicielki w gotowości. Stopy spleśniałe w butach. Mrówki w koszuli. Brak wody, brak nadziei, brak jacuzzi. Za to, tubylec z fryzurą pazia królewskiego przed tobą. Raczej nie wegetarianin. Ze wszystkim na wierzchu, z dmuchawką przy ustach wycelowaną w ciebie. Trzy razy nie trafia. Może dlatego, że się modlisz.

Tubylec myśli. Pewnie bóstwo „stamtąd”. Paskudne, jak ryj tapira, blade takie, ale strzały się go nie imają. Trzeba okazać respekt, zabrać do wioski. Niech starszyzna oceni, co dalej; niech dzieciaki się obśmieją, niech szaman przypomni sobie, kogo ostatnio wzywał z zaświatów. Autochton opuszcza dmuchawkę, kłania ci się, odwzajemniasz mu się niepewnie.

Z boku, z krzaków wychodzi kumpel tamtego, bez wrogości. Też cały goły i pokryty granatowym, zmatowiałym tatuażem, jakby wczoraj wylał na siebie kałamarz atramentu. Stoi z żywym tukanem na ramieniu. Z martwym pekari u stóp. Polowanie skończone. Masz szczęście. Żyjesz. Siedzisz teraz w pirodze, podłużnej i wąskiej, lecz stabilnej.

Do wioski tylko trzy dni drogi w górę rzeki. Masz co jeść, bo dali ci tilapię z maniokiem, masz co pić. Nie pogadasz za wiele z łaskawcami, bo oni po swojemu a ty z tego ni w ząb. Próbujesz wyciągnąć od nich co nieco na migi, stąd wiesz, ile będziecie płynąć. Niewiele się dzieje. Spoglądasz leniwie w nieskończoną puszczę po obu stronach rzeki. W końcu zasypiasz…

Krokodyle spojrzenie
Rzeka Chagres, członek wspólnoty Emberá wypatruje mielizn.
Napływ innej kultury…
Emberá, silnik suzuki, rzeka Chagres, Panama.
Señor Suzuki.

Raptem wyrywa cię z uśpienia tęgi jazgot, czujesz spaliny. To silnik suzuki, uczepiony rufy twego luksusowego kanu. Steruje nim mężczyzna z grupy etnicznej Emberá. Odziany w przepaskę na biodra zrobioną z ceramicznych koralików i szarfę guayuco zakrywającą płeć. Na dziobie, oparty o długą tyczkę, czuwa pomocnik sternika, wypatruje mielizn. W podobnej garderobie. Pejzaż przed tobą będzie naznaczony jego pośladkami na każdym zdjęciu.

A ty masz na sobie pomarańczowy kapok, bo kazali zabezpieczyć się po bożemu. Kanu pruje kilkanaście minut, po czym zwalnia, podpływa do szuwarów rosnących wzdłuż brzegu rzeki Chagres, tej samej, która zasila sztuczne jezioro Gatún niezbędne w eksploatacji Kanału Panamskiego. Nie od razu dostrzegasz nieruchome ślepia, wystające znad mętnej wody, wpatrujące się w ciebie. Cocodrilo, słyszysz. Krokodyl. Czyżby pora karmienia? Mężczyzna śmieje się z żartu.

Krokodyl w rzece Chagres.
Przyczajony krokodyl ukryty szok.
Emberá, członek wspólnoty szykuje kanu do drogi, rzeka Chagres, Panama.
Grunt to mieć dobre plecy.
Port Corotú, przystań dla kanu, rzeka Chagres, Panama.
Wszystkie pirogi do nogi.
Komitet powitalny

W położonej na wzgórzu wiosce, dokąd od rzeki prowadzą ścieżki z ubitej, czerwonej gliny spotykasz jego pobratymców, ludzi do rany przyłóż. Witają cię z takim namaszczeniem, jakbyś przybył zza wielkiej wody, a ty ledwo dwie godziny wcześniej opuściłeś Panama City. Minibusem. Najpierw była droga asfaltowa, potem szutrowa, na końcu keja dla smukłych piraguas w Puerto Corotú nad jeziorem Alajuela. Obszar parku rozciąga się między prowincjami Panamá i Colón, na północ od panamskiej stolicami i na wschód od Kanału Panamskiego.

W komitecie powitalnym don Melio Tócamo, lider społeczności w osadzie Tusípono Emberá oraz kobiety – młodsze i starsze o długich, czarnych włosach, przypominające urodą te z polinezyjskich obrazów Gauguina. Słychać muzykę; bębny, piszczałki, marakasy i drewnianą „tarkę” zwaną guacharaca, pocieraną rytmicznie niby „widelczykiem”. Męska kapela inicjuje spotkanie popisowym numerem. Po uściskach dłoni muzykanci i część kobiet mają fajrant. Lider prowadzi do chaty zastawionej ławkami na krótki wykład o historii, kulturze i zwyczajach Emberá.

Emberá, kapela we wspólnocie Tusípono Emberá , rzeka Chagres, Panama
Orkiestra dęta, lecz nie nadęta.
Kobiety Emberá, osada Tusípono, rzeka Chagres, Panama.
„Na piersi zwieszał się olbrzymi, sięgający aż do połowy brzucha naszyjnik z wielu warstw różnych monet. Przeważały dwudziestopięcocentówki, ale trafiały się i srebrne” [„Z wizytą u panamskich Indian”, Andrzej Myrcha, Wyd. Czytelnik, Warszawa 1979]
Paru Paru, obraz, malarz Paul Gauguin, Polinezja Francuska.
W rzeczywistości, tam nad rzeką Chagres, kobiety Emberá. A tutaj, na płótnie, też kobiety. Uchwycone przez Paula Gauguina gdzieś w Polinezji Francuskiej. Takie podobieństwo. Takie skojarzenia.
Paru Paru, Paul Gauguin – 1892 Źrodło: http://www.the-athenaeum.org
Skąd przyszliśmy? Kim jesteśmy? Dokąd idziemy?

Staje przed mapą Panamy, chwyta wskaźnik. Tu mieszkamy, a stąd przyszliśmy: zaznacza rewiry, graniczącej z Kolumbią, wschodniej prowincji Darién, z wydzielonym obecnie regionem autonomicznym Emberá-Wounaan. Zdziwiło mnie, że nie wyczytałem tego w doskonałej książce dr Andrzeja Myrchy – „Z wizytą u panamskich Indian”. Nie widziałem tych wiosek na jego poglądowej mapce etnicznych ludów Panamy. Dlaczego nie napisał, że plemiona Emberá (znane jako Chocó) zasiedlały, poza wilgotnym gąszczem Darién, również tereny w bliskim zasięgu Panama City? Później zrozumiałem, w czym rzecz…

Z wizytą u panamskich Indian, Andrzej Myrcha, Panama.
Zawsze cieszy mnie, gdy wyłowię taką perełkę z otchłani biblioteki. Andrzej Myrcha (1939-1997), napisał to w dacie, kiedy dopiero uczyłem się chodzić i parafrazując G. G. Márqueza, w mojej głowie „wiele rzeczy nie miało nazwy i mówiąc o nich trzeba było wskazywać palcem”. Do lektury, być może już zapomnianej, siadam po niemal czterech dekadach. I ta lektura mnie wciąga: wiedzą autora, jego pasją i jakże wielką chęcią zrozumienia człowieka. Tego Innego. O jakim zawsze mówił, choćby Kapuściński. I to jest napisane w tym nieodżałowanym duchu Arkadego Fiedlera. Przygoda. Karma dla wyobraźni. Może podpowiedź dla podróżnika z otwartą głową. To są wyśmienicie zanotowane refleksje autora zachwyconego światem Południa. Takiej literaturze należy się rewitalizacja. Bo zaraz takiej literatury zabraknie. Panie Andrzeju, ta książka „wróciła” do Panamy!

Pod koniec lat siedemdziesiątych, kiedy książka powstała, do wspólnot tych nie jeździło się na wycieczki poznawcze. Wiodły one żywot w jako takim oderwaniu od cywilizacji, korzystając z dziczy w rozlewiskach rzeki Chagres. Ponoć, nietrudno było stanąć wtedy oko w oko z królem tamtejszej puszczy – jaguarem. Zresztą, Emberá dopiero co przenieśli się z różnych powodów z odległej Darién. Wielu bało się kolumbijskiej partyzantki, szmuglerów oraz wszelkiej maści podejrzanych typów, jacy swobodnie korzystali z pozbawionej kontroli, dzikiej granicy kolumbijsko-panamskiej.

Chcieli urządzić się w nowym, bezpiecznym miejscu, co im się poniekąd udało. Z powodzeniem rozwijali dawne aktywności: polowania, rybołówstwo i rolnictwo. Sytuacja zmieniła się w połowie lat osiemdziesiątych XX wieku. Wówczas rząd Panamy ogłosił, że obszar obejmujący m.in. terytoria należące do Emberá stanie się parkiem narodowym (Parque Nacional Chagres).

Wioska Emberá, rzeka Chagres, Panama.
We wsi jakby sjesta.
Wioska Emberá, przystań dla kanu, rzeka Chagres, Panama.
Dłubanki.
Witamy turystów

Wpłynęło to znacząco na ich tradycyjną egzystencję. Nadeszły restrykcje. Z racji tego, że teren parku znajdował się teraz pod ochroną, musieli ograniczyć myślistwo oraz karczowanie dżungli, co wiązało się z przyhamowaniem niektórych upraw. Ponadto, stanęli niejako w obliczu ultimatum: możecie zostać, lecz w zamian wpuścicie do siebie turystów. Ze wszystkimi konsekwencjami, jakie to ze sobą niesie. Innymi słowy, Emberá goszczą w swoich comunidades grupy wycieczkowiczów, ponieważ nie mają innego wyjścia. Tym równoważą ekonomię własnego przetrwania.

Robią to jednak tak, aby przyjezdni czuli się u nich dobrze. Przynajmniej, starają się. To mili ludzie, uczynni, opanowani. Idealnie pasuje do nich hiszpańskie określenie humildespokorni. Jasne, zdarzają się tacy, którzy nie kryją znużenia, ostentacyjnie dłubią w nosie, uśmiechu nie odwzajemnią, mają ten cyrk głęboko gdzieś. Chyba trudno się temu dziwić. Codzienne zabawianie turystów, zapewnianie im podobnych rozrywek prowadzi do rutyny, która zobojętnia.

Emberá, członek osady Tusípono steruje kanu, rzeka Chagres, Panama.
Rzeka turystów.
Pokazujemy to, co mamy

Tak, czy inaczej Emberá poradzili sobie z adaptacją do nowych warunków. Co więcej, skutecznie rozwijają tzw. świadomość ekologiczną, co daje jakieś gwarancje, że masowy przepływ obcych przez ich rewiry nie zrujnuje bogatej przyrody. Si no hay bosque, nosotros somos personas muertas* – miał powiedzieć lider innej wspólnoty. „Bez lasu jesteśmy martwi.” Cała prawda.

Rękodzieło Emberá, osada Tusípono, nad rzeką Chagres, Panama.
Wyplatanka.

Z kolei lider Melio Tócamo kontynuuje opowieść o prostym życiu w zgodzie z matką naturą. Jesteśmy samowystarczalni. Takie rzeczy robimy z włókien palmy chunga. I prezentuje różne wyplatanki: koszyki, szkatułki, tace. Niektóre z nich kolorowe. To naturalne barwniki. Ten czerwony to achiote. Wymieszany z łojem zwierzęcym dobry na mazidło do odstraszania moskitów. Jedna z najstarszych kobiet w społeczności dodaje swoje trzy grosze. Nie mówi po hiszpańsku, tylko w swoim narzeczu, lider wszystko tłumaczy.

Chodzi o pichcenie potraw. I typowe zaplecze kuchenne. Mamy gliniane podium. Na nim trzy grube belki. Ułożone tak, że tworzą trójnóg, który jest podporą dla garnka. Pod nim tli się ogień. Kiedy wewnętrzne końcówki belek zwęglą się, rozpadną, wtedy podsuwa się ku środkowi resztę „zdrowego” drewna i tak dalej. Wygląda to, jakby dopalały się trzy gigantyczne cygara na wielkiej popielniczce. Po wykładzie, kto ma ochotę, idzie zwiedzać wioskę. Mamy tu normalne toalety, dodaje lider, całkiem poważnie.

Achiote, jeszcze nie dojrzałe owoce z nasionami, osada Tusípono nad rzeką Chagres, Panama.
Achiote. Po polsku arnota właściwa. Ponoć nazwę gatunkową, Bixa orellana, nadano roślinie na cześć konkwistadora i podróżnika Francisco de Orellana, który jako pierwszy przepłynął Amazonką z Andów do Atlantyku. Z jej nasion pozyskuje się naturalny pomarańczowo-czerwony pigment zwany annatto. Obecnie, oznaczany symbolem E160B, jest wykorzystywany szeroko w przemyśle spożywczym, albo kosmetycznym. Owocem achiote jest kilkucentymetrowa, kasztano-podobna torebka, tylko węższa i bardziej spłaszczona, pokryta sztywnymi włoskami. Owoce niedojrzałe są zielone, jak te na zdjęciu. Te najbardziej dojrzałe mają kolor czerwonawy, pękają na dwie części, uwalniając mnóstwo drobnych, czerwonych nasion. Niejadalnych. Ponoć biali, którzy najechali nowe ziemie i zobaczyli tam tubylców wysmarowanych maścią z achiote, nazwali ich „czerwnonoskórzy”.
Osada Tusípono, dom na palach, nad rzeką Chagres, Panama
Typowa, ustawiona na palach, chata w osadzie Emberá. Nie ma ścian. Dach kryty strzechą palmową. Z przodu, przystawiona do chaty pochyła bala, z głębokimi wycięciami imitującymi schody. Ponoć, na noc jest odwracana (wycięciami do wewnątrz), aby do środka nie wspięły się nieporządne stworzenia.
Osada Tusípono Emberá, kobiety przygotowują posiłek, Panama.
Starsze kobiety Emberá w spódnicach, zwanych parumas. Jedna z nich szykuje posiłek, krojąc dojrzałego ananasa.

Możesz zajrzeć, gdzie chcesz, do jednego czy drugiego domostwa, pospacerować wśród bananowców. Czasem dojrzysz papaje, mangowiec i drzewa limonowe. Gonisz po trawnikach wielkie, nakrapiane jaszczurki, rozdajesz małym zasmarkańcom cukierki, oglądasz rękodzieło; jakieś naszyjniki, czy „łapacze snów”, jakieś połyskujące żółwie, ropuchy, małpy, węże, albo ptaki wyrzeźbione w drewnie cocobolo. Potem proszą cię na obiad, na smażoną rybę i „platanosy”, podane w tutce z liścia rośliny zwanej bijao. Jesz dłońmi. Poprawiasz kawałkiem soczystego ananasa. Po posiłku chwila sjesty.

Tatuaż na kilka dni

Po niej czas na tatuaż. Tymczasowy. Po dziesięciu dniach zniknie. Patrzysz na swoje ramię, albo na przegub i co widzisz? Jakieś zacieki, wątłe esy floresy, blade bohomazy. Lecz następnego dnia te sine mazaje zmieniają się w granatowe dziełka sztuki. Wszystko to sprawka naturalnego barwnika pochodzącego z popularnego w Ameryce Południowej i na Karaibach, drzewa Genipa americana, znanego bardziej jako jagua.

Z soku niedojrzałych owoców jaguy powstaje tusz używany, jako farba do ciała. Wywołuje na ludzkiej skórze łagodną reakcję chemiczną, sprawiając, że ciemnieje ona po kilkunastu godzinach od malowania. Później warstwy skóry stopniowo złuszczają się i po upływie półtora tygodnia po tatuażu nie ma śladu. Podobną cechę nietrwałości ma henna znana w Indiach, na Bliskim Wschodzie, czy w północnej Afryce. Wykorzystywana tam choćby do upiększania kobiecych twarzy, dłoni i stóp.

Jednak zaletą malunków z jaguy, wymyślonych przez rdzenne plemiona amazońskie jest to, że swym kolorem dość wiernie imitują prawdziwy tatuaż. Czego nie można powiedzieć o np. czerwonawo-brązowej hennie. To idealna opcja dla tych, którzy chcieliby najpierw „wypróbować” wymarzoną dziarę, zanim zrobią ją sobie na stałe. Tubylcy z Amazonii odkryli, że pokrycie tatuażem z jaguy całego ciała od stóp do głów chroni ich przed insektami w dżungli.

Ponoć napar z kory Genipa americana poskramia rzeżączkę. Natomiast kompot z dojrzałych owoców działa moczopędnie. Co być może pozwoli odeprzeć atak niesławnej rybki zwanej candirú. Według licznych legend pochodzących z selwy to stworzenie wielkości cienkiego gwoździka lubi wpłynąć do narządów płciowych kąpiących się w rzece mężczyzn i kobiet. Fakt to czy mit, candirú sieje popłoch wśród miejscowych nad Orinoko i Amazonką. Nie można tego olać, lepiej potraktować moczem, w czym pomaga jagua.

Tatuaż z jagua, Osada Tusípono Emberá nad rzeką Chagres, Panama.
Sztuka tatuażu jagua. Artysta wyrysowuje tuszem rozmaite, geometryczne wzory. Używa do tego jakby powiększonej „wykałaczki”, o tępym zakończeniu.
Tańce wężykiem

W kulminacyjnym punkcie wizyty główny gospodarz osady, wspomniany już Melio Tócamo, zaprosił gości na pokazy taneczne. Pod dachem przestronnej wiaty, krytej liśćmi palmowymi, na klepisku z rdzawej ziemi miały zatańczyć kobiety. Señor Tócamo dopełnił roli konferansjera. Najpierw zapowiedział „taniec kolibra”. Kobiety odziane w fantazyjne, wzorzyste spódnice, zwane parumas, przystrojone naszyjnikami z… monet i wiankami z kwiatów hibiskusa, biegały, drobiły, truchtały wężykiem po okręgu, raz zginając się, raz prostując w rytm muzyki bębnów i piszczałek. Po otrzymanych brawach były gotowe na bis.

Wtedy lider zapowiedział „taniec motyla”. I ponownie, te same kobiety odziane w fantazyjne, wzorzyste spódnice, zwane parumas, przystrojone naszyjnikami z… monet i wiankami z kwiatów hibiskusa, biegały, drobiły, truchtały wężykiem po okręgu, raz zginając się, raz prostując w rytm muzyki bębnów i piszczałek…

Zapewne, tylko wytrawny etnograf, mógłby rzeczowo uwypuklić subtelne różnice między pierwszym tańcem a drugim. Nawet jeśli każdy z nich honorował w rzeczywistości coś innego; czy to wydłubanie nowego czółna, czy postawienie nowej chaty, oczy zwykłego widza-dyletanta widziały to samo, niestety. Ten najbardziej kolorowy (i to dosłownie!) element folkloru Emberá, okazał się w moim odczuciu najsłabszy ze wszystkich zaprezentowanych podczas wizyty. Wyzuty z czegoś autentycznego, pozbawiony jakieś pierwotnej energii, radości. Okazał się po prostu zwykłą, niejako cepelią. Nie szkodzi.

Cała reszta była warta poznania. Chcieliśmy odwiedzić wspólnotę Emberá w Panamie. Planowaliśmy to. Opłaciło się. Taki rodzaj etnoturystyki ma sens, tak czy inaczej. Zresztą, tubylcy z parku pragną tego, czego chce każdy człowiek. Godnego przetrwania…

Tusípono Emberá, taniec kobiet, taniec motyla i koliba, Panama
„Taniec kolibra”, albo „taniec motyla”. Albo dwa w jednym.
Tusípono Emberá, taniec, kacyk z napierśnikiem z wizerunkiem jaguara, Panama
Mężczyźni i kobiety Emberá tańczą w parach. Señor w niebiesko-zielono-pomarańczowej przepasce to lider osady Melio Tócamo. Señor w naszyjniku z żółtą głową jaguara to kacyk wszystkich wspólnot leżących nad rzeką Chagres.
Tybylcy, Tusípono Emberá, jeden z członków społeczności, przygląda się odpływającym turystom, rzeka Chagres, Panama.
Pożegnanie.

* Źródło: https://www.veintemundos.com/magazines/19-fr (dostęp 08.02.2018 r.)

Wpuszczeni w kanał

Okej, w porządku. Mnóstwo tam turystów. Czasem tłumy. Każdego dnia. Z różnych krajów, różnych ras; Amerykanie, Azjaci, także Polacy. Każdy ze sprzętem do filmowania, fotografowania; przegląd nowinek technicznych, albo eksponatów muzealnych. Tam klasyczna Leica, tu kamera Sony wielkości dużego palca u stopy, przeważnie w użyciu smartphone. Co „fotoreporter”, to bardziej oddany sprawie dokumentowania; z jęzorem na wierzchu, z rozdziawioną gębą, w emocjach, albo zatracony w szaleństwie selfie. Byle uchwycić, jak najwięcej wszystkim co jest pod ręką.

Ale kanał!

Ludziska przyjeżdżają tam hotelowymi busami, żółtymi taksówkami, albo transportem publicznym, a konkretnie linią Albrook – Miraflores za ćwierć dolara. Bywają tacy, którym pasuje przyjść pieszo. Potem płacą piętnaście dolarów za wejście, wjeżdżają na taras widokowy i gapią się w stalowe bestie przeciskające się przez śluzy tego sławetnego Kanału Panamskiego; śluzy wypełnione milionami litrów wody w kolorze cappuccino, działające z precyzją zegarka szwajcarskiego od przeszło stu lat.

Kanał Panamski, tłumy odwiedzających.
Kanał… mediów społecznościowych.

Niektórym braknie szczęścia. Tacy wyjdą rozczarowani, gdyż niczego nie zobaczyli; żadnej małej, dużej, czy wielgachnej łajby; płynącej może z Singapuru, Hongkongu, może z San Francisco. Wiadomo, byłoby lepiej, gdyby tej masy gapiów tam nie było; gdyby jeden o drugiego nie ocierał się co i rusz, gdyby jeden drugiemu nie pakował się w kadr, z łepetyną, z rękami, ze wszystkim, psując zdjęcie za zdjęciem. Było by przyjemnie stanąć na tym tarasie w kameralnym gronie, bez ścisku, bez rejwachu i popatrzeć w spokoju na prawie trzystu metrowe kontenerowce, niemal muskające swymi burtami brzegi śluz; na te łajby rozmaitych flot handlowych załadowane po brzegi tysiącami kolorowych kontenerów, co przywodzi na myśl, jakieś gigantyczne klocki lego.

Byłoby idealnie, gdyby te tłumy nagle zniknęły, albo choć na chwilę stanęły w bezruchu, „na pauzie”, jak w „Matrixie”. Ale jest inaczej.

Mimo wszystko warto wybrać się do śluz Miraflores, zacisnąć zęby, rozepchać się trochę łokciami, znaleźć swoje miejsce „na widowni”. I popatrzeć, jak działa to cudo inżynierii śródlądowej, ta duma kraju leżącego na styku obu Ameryk, ten fascynujący Canal de Panamá. To zawsze niesamowite wrażenie, kiedy megatonowy statek jest podnoszony na oczach człowieka, jak gumowa kaczuszka w wannie.

Działa śluzy Miraflores, Kanał Panamski, Panama.
Statek „Nord Mumbai”, pływający pod banderą Singapuru, wpływa do pierwszej komory śluzy Miraflores. Za sobą zostawił Zatokę Panamską i Puente de las Américas, czyli „Most Ameryk”. Poziom wody podnosi się. Po wyrównaniu poziomów między komorami 1 i 2, otwierają się skrzydła wrót. „Nord Mumbai” przepływa do drugiej komory. Wrota za nim zamykają się. Podnosi się poziom wody w komorze 2. Po tych operacjach statek znajduje się 16,5 metra wyżej n.p.m. Teraz pokona małe jezioro Miraflores i dotrze do jednokomorowej śluzy Pedro Miguel, gdzie zostanie podniesiony o kolejne 9,5 metra n.p.m. Razem daje to 26 m.n.p.m, co jest maksymalną wysokością, na jaką są podnoszone statki w śluzach Kanału Panamskiego. Na tej wysokości znajduje się sztuczne jezioro Gatún, stanowiące główny odcinek Kanału na długości prawie 33 km. Całkowita długość kanału to 80 km.
Francuski łącznik… dwóch oceanów

Przesmyk Panamski, czyli najwęższy pas lądu łączący Amerykę Północną z Południową czekał od wieków, aby przecięto go kanałem wodnym. Było mu to pisane. Już autochtoni przed Kolumbem kombinowali, jak go wykorzystać do przerzutu ludzi i dóbr między jedną wielką wodą a drugą, czyli obecnie między Zatoką Panamską a Morzem Karaibskim, tj. z grubsza, między Pacyfikiem a Atlantykiem. Potem, kiedy hiszpańscy konkwistadorzy rozpanoszyli się w Nowym Świecie, chcieli aby ich statki wyładowane zrabowanym prekolumbijskim złotem pływały na skróty, szczególnie z Peru do Hiszpanii.

Skończyło się na koncypowaniu, badaniu gruntu (dosłownie i w przenośni), oraz dywagacjach na temat szans i zagrożeń, jakie stwarza posiadanie takiego strategicznego wynalazku. W epoce kolonialnej, kiedy na oceanach, czy nowych lądach ścierały się różne europejskie mocarstwa miało to znaczenie. Jedni bali się, ze drudzy przejmą ich osiągnięcia za pomocą muszkietów i armat. W rezultacie, na przestrzeni stuleci ambitnego projektu nie wdrożono. Głównie z powodów politycznych i zapewne z braku technologii, która mogłaby podołać inżynieryjnym wyzwaniom.

Koncepcję budowy kanału odgrzebano dopiero z nadejściem XIX wieku, kiedy niejaki Alexander von Humboldt, światowej sławy badacz zasugerował, że ma to sens. Za robotę zabierano się bez skutku przez kolejnych kilkadziesiąt lat. Wreszcie znalazł się człowiek z głową na karku, świadomy postępu technologicznego i potrafiący gadać do rzeczy z ludźmi, którzy ściskają grubą forsę. Ponadto miał doświadczenie w kopaniu kanałów. Był nim Francuz Ferdinand de Lesseps, ojciec-budowniczy Kanału Sueskiego. Chciał kolejnego „ojcostwa”, kolejnego sukcesu, tym razem na innym kontynencie. Myślał, że skoro udało mu się przekopać Egipt na poziomie morza bez użycia śluz wodnych, powtórzy ten manewr w Przesmyku Panamskim. Przeliczył się. Kluczowe założenia projektu okazały się błędne, co potem katastrofalnie wpłynęło na rozwój wypadków.

Kanał Panamski, Śluza Miraflores
Zatrzaśnięte wrota śluzy Miraflores między 1 a 2 drugą komorą. Ich charakterystyczny kształt litery „V”, przypominający dziób kadłuba statku, redukuje napór wody. Do wypełnienia komory śluzy, które następuje w ciągu 8 minut, potrzebna 100 milionów litrów wody. Średnio na transfer pojedynczej jednostki zużywanych jest 196 milionów litrów wody.
Statek Kinfisher, Kanał Panamski
Kiedy statek znajdzie się w komorze śluzy, jego tranzyt jest kontrolowany za pomocą elektrycznych lokomotyw zwanych „mułami” (hiszp. mulas). Poruszają się one po szynach na szczytach bocznych ścian komór. Ułatwiają one m.in skuteczne hamowanie statków. W przypadku największych jednostek po obu stronach dziobu wspomaganie zapewniają 2 „muły” i po obu stronach rufy 2 „muły. Łącznie 8 „mułów”.
Muły (mulas), czyli elektryczne lokomotywy koordynujące tranzyt statków w Kanale Panamskim.
Działanie „mułów” musi być niezwykle precyzyjne, gdyż odległość burty największych statków od ściany śluzy z każdej strony wynosi nieco ponad pół metra.

Zawczasu próbowano przekonać Lesspes’a, żeby zrewidował swój pierwotny zamysł. Jednym z oponentów był inżynier Gustave Eiffel. Sugerowano, że topografia Panamy wymaga całkiem odmiennego podejścia i aplikowanie tam „formuły sueskiej” nie przyniesie pozytywnych efektów. Niesłychane, jakim ignorantem pozostał w tej kwestii Lesseps. W każdym razie, nie ugiął się. Zresztą, cieszył się powszechną estymą, miał siłę przebicia i dar zjednywania mocodawców, zarówno polityków, jak i biznesmenów-przemysłowców, którzy mogli zainwestować w interes.

Najpierw idea potem afera

Założono spółkę Compagnie universelle du canal interocéanique de Panama, wyemitowano akcje, zebrano milionowe fundusze we frankach i przystąpiono do dzieła w 1880 roku. Wtedy zabójczy klimat panamskiego interioru dał o sobie znać. Epidemie malarii i żółtej febry dziesiątkowały robotników. Wielu trafiło na leżącą w Zatoce Panamskiej wyspę Taboga, gdzie działał szpital chorób tropikalnych. Wśród nich był malarz Paul Gauguin, który parę lat później na drugim krańcu świata namaluje polinezyjskie obrazy w oszałamiających kolorach.

Nieprzystępny teren budowy pochłaniał ogromne środki, znacznie większe, niż wcześniej szacowano. Zużyto monstrualne ilości dynamitu; skalista gleba i wysoka wilgotność powietrza rujnowały maszynerię. Prace obsuwały się dramatycznie. Wkrótce odkryto, że budowa nie zamknie się w kosztach obiecywanych przez Lesspes’a. Kiedy te rewelacje trafiły do opinii publicznej akcje spółki poleciały na łeb, na szyję. Aby ratować przedsięwzięcie od strony, zarówno wizerunkowej, jak i przede wszystkim finansowej wymyślono szereg intryg za przyzwoleniem wyższych instancji. Zaangażowani w to byli dziennikarze, politycy, ponoć także członkowie francuskiego parlamentu. Wszystkich obdarowano łapówkami.

Połączone siły miały jeden cel. Za wszelką cenę zatrzymać starych inwestorów oraz pozyskać nowych. To znaczy, wyciągnąć od nich tyle szmalu, ile się da. Korupcyjna spirala podkręciła działania, które chytrze doprowadziły do tego, że pieniądze na kontynuację „panamskiego marzenia” Lesspes’a wyłożyli zwykli zjadacze chleba, drobni ciułacze. Omamionych było setki tysięcy. Nierzadko zainwestowali w niepewną przyszłość oszczędności swojego życia. Niestety, ich wsparcie finansowe nie uratowało budowy kanału. Compagnie Lesspes’a zbankrutowała w 1889 roku powodując kolosalne straty wszystkich swoich akcjonariuszy. „Niedzielni spekulanci” zostali, nie przymierzając, wpuszczeni w kanał. Zdarzenie to przeszło do historii, jako „afera panamska”.

Jankesi mają Kanał

Francuzi nie dawali za wygraną, przynajmniej przez jakiś czas. Zarządzanie tym, co zostało ze spółki Lesspes’a przejął w swoje ręce naczelny inżynier prac budowlanych w Panamie, niejaki Philippe-Jean Bunau-Varilla. Zależało mu na tym, aby przy konstrukcji kanału użyto śluz, których nie brał pod uwagę jego poprzednik. Jednak, „z pustego i Salomon nie naleje”. Podstawowym problemem wciąż pozostawały pieniądze. Bunau-Varilla ich nie posiadał. Dlatego zwrócił się o pomoc finansową do rządu Stanów Zjednoczonych.

W międzyczasie, tj. 3 listopada 1903 roku Panama ogłosiła niepodległość, odrywając się od Kolumbii. Bunau-Varilla został przedstawicielem pełnomocnym nowego państwa. Dwa tygodnie później spotkał się wraz z ówczesnym sekretarzem stanu USA Johnem Miltonem Hayem. Podpisali umowę, która przyznała Jankesom obszar nazwany potem Strefą Kanału Panamskiego. Jeszcze nie wybrzmiały salwy radości Panamczyków z powodu usamodzielnienia a już USA zyskały wieczyste prawo do budowy, a następnie eksploatacji i ochrony kanału oraz administrowania nim.

W 1904 roku wznowiono prace konstrukcyjne wedle projektu ze śluzami. Dziesięć lat później, 15 sierpnia 1914 roku, otwarto z pompą Kanał Panamski. Pierwszym statkiem, który przepłynął tamtędy oficjalnie był amerykański parowiec „Ancón”, który przejął nazwę od wzgórza Cerro Ancón, nad którym powiewa dzisiaj panamska bandera, ponoć o rozmiarach boiska do koszykówki…

Śluza Miraflores, w tle śluza Cocolí, Kanał Panamski
W 2016 roku, po dziewięciu latach budowy, oddano do użytku dwa nowe komplety śluz: po stronie Pacyfiku – Cocolí (na zdjęciu, w tle, korzystający ze tej śluzy wycieczkowiec), po stronie Morza Karaibskiego (Atlantyku) – Agua Clara. Tym samym, dotychczasowy Kanał został poszerzony i pogłębiony. Pozwala to na obsługę jednostek o szerokości do 49 m i długości do 366 metrów, tworzących standard zwany Neo Panamax. Dotąd standardem, dla śluz Miraflores, Pedro Miguel (Pacyfik) i Gatún (Alantyk) były jednostki zwane Panamax o długości do 289,56 m i szerokości do 32,31 m.
Statek opuszcza śluzy Miraflores w Kanale Panamskim.
Statek „Glorious Fuji”, pływający pod banderą panamską, opuszcza śluzy Miraflores. Pokona niewielkie jezioro Miraflores i potem wpłynie do śluzy Pedro Miguel widocznej w tle.

Na koniec błyskawiczna przeprawa Kanałem Panamskim, od Pacyfiku do Atlantyku… Doskonale widać tutaj, jak działają kolejne śluzy; najpierw Miraflores, potem Pedro Miguel i na końcu Gatún.

Dawcy wody

Pamiętam dzień nad słonym, jak morze jeziorem Enriquillo w południowo-zachodniej Dominikanie. Słońce paliło, ledwo żyłem. Kilka godzin lawirowania w suchym buszu między iguanami. Fotografowałem te pocieszne bestyjki, „dominikańskie smoki” z każdej strony. Legwany nosorogie nie uciekają sprzed obiektywu. Sjestują, snują się leniwie pomiędzy chaszczami, parkują pod kaktusami, grzeją się na wapiennym żwirze, żują jakieś zielska. Mają fotografa głęboko w… ogonie. Szczególnie, jeśli ten działa dyskretnie, nie płoszy ich, nie drażni. Wtedy każdy robi swoje, natura i człowiek nie wadzą sobie nawzajem. Na jednym zdjęciu uwieczniłem niebieskooką piękność, iguanę, w jakiej się zakochałem…

Legwan nosorogi z błękitnymi oczami, Dominikana.
Niebieskooki okaz legwana nosorogiego (Cyclura cornuta).
Pragnienie

Nie miałem niczego do picia. Pragnienie dało znać o sobie nagle i dobitnie. Kiedy człowieka pochłania robota, która w dodatku sprawia mu frajdę, zapomina o reszcie. Sięgnąłem do plecaka po butelkę z wodą, lecz nie zostało tam ani kropli. Nie od razu zakręciło mi się w głowie. Dopiero potem, gdy zorientowałem się, że na pustkowiu nie ma nikogo poza mną. W jakimś mirażu dojrzałem człowieka w mundurze; stróża parku, może żołnierza pogranicznika, bo do Haiti stamtąd blisko. Podbiegłem do niego, prosząc o wodę. Faktycznie, to był żołnierz. Niestety, nie miał wody. Uśmiechnął się lekko. Z grymasu na jego twarzy wyczytałem coś w rodzaju „wybacz przyjacielu”. Czekał na kogoś, kto przyjedzie zmienić go na posterunku; może za godzinę, może za dwie. Musiał wytrzymać. Ja też musiałem, choć wolałbym mieć to z głowy; wychłeptałbym całe źródło. Tylko gdzie takie znaleźć? W pobliżu jedynie zasolone w cholerę bajoro o powierzchni 375 km².

Słone jezioro Enriquillo, łódź.
Jezioro Enriquillo. Słone.

Wyszedłem na szosę prowadzącą do La Descubierta. Pomyślałem, że złapię cokolwiek „na stopa”, podjadę do miasteczka, wejdę do pierwszego colmado i rzucę się na lodówkę z piwem Presidente. Ciągle oblizywałem zaschnięte wargi, ocierałem pot z czoła. Wzbierała we mnie jakaś podskórna panika. Żadne auto nie jechało do La Descubierta. W drugą stronę też nie. Dlaczego? Czy nie minęła już pora sjesty? Siadłem na zakurzonym poboczu i czekałem. Przypomniała mi się bielusieńka kozia czaszka, widziana kilka dni wcześniej pod Pedernales. Nadawała się na indiański totem, wystarczyło by ją nadziać na jakiś palik. Czasem takie wspomnienia, wracające znienacka, mogą podpowiedzieć przyszłość; choć nie uśmiechało mi podzielenie losu tamtego pechowego stworzenia.

Ratownicy wodni

Już chyba na krawędzi majaków dojrzałem pick-up sunący w moim kierunku. Wyszedłem na drogę, pod prąd, gotowy na czołówkę. Pick-up wyhamował, szofer wychylił się i bez żadnej irytacji spytał, w czym rzecz. Nie jechał sam, w środku siedziała kobieta i dwójka dzieciaków; dziewczynka z chłopcem, pewnie rodzeństwo. Podszczypywali się, szturchali, wtem chłopiec głośno pierdnął; dziewczynka zachichotała i zasłoniła nos. Kobieta przeprosiła, choć nie wyglądała na zawstydzoną; nic zdrożnego przecież. Od razu spytałem o wodę. Co za szczęście! Mieli ją, mieli dużo wody; kilka butelek w przenośnej lodowce, wyłożonej kostkami lodu.

Okolice jeziora Enriquillo w południowo-zachodniej Dominikanie.
Kierunek – La Descubierta.

Chwyciłem jedną i wydoiłem w kilka sekund. Sięgnąłem do kieszeni spodni, aby wysupłać jakieś pesos i zapłacić tym łaskawym ludziom za uratowanie mi życia, lecz pan-głowa-rodziny machnął ręką, że mnie muszę tego robić. Toma, toma amigo mío, zachęcał mnie, abym jeszcze wypił. Podziękowałem. Kobieta spytała skąd jestem, to jej powiedziałem. Chłopiec próbował wsadzić dziewczynce palec do nosa, potem do ucha, lecz tej udało się uniknąć tortur. Wtedy spojrzał złowrogo na mnie, jak na przyczynę swojej nudy i znowu pierdnął. Roześmialiśmy się. Podziękowałem im, życząc buenas tardes, dobrego popołudnia. Odjechali.

Wodotrysk

Napojony odzyskałem wcześniejszy wigor, chociaż niewiele miałem już do zrobienia w okolicy. Pomyślałem, że dotrę do La Descubierta i tam złapię „guaguę” do Santo Domingo. Przy okazji, zjem coś; trochę fasoli z ryżem, może mango na deser. Usłyszałem za sobą odgłos silnika. To była czerwona terenówka. Jechała tam, gdzie ja chciałem dojść. Zatrzymałem ją. Tym razem trafił mi się ojciec z synem, młodszy pomniejszona kopia starszego, jeden drugiego by się nie wyparł. Usiadłem obok chłopca.

Suchoi, busz, południowo-zachodnia Dominikana.
Sucho, sucho, busz. Żar leje się z nieba…

Podgryzał chipsy z „platanosów”, dopiero otworzył paczkę. Liczyłem na to, że mnie poczęstuje. Ale przeliczyłem się. Jego mina mówiła wszystko: „są moje!”. W radio leciały newsy, po nich muzyka, chyba merengue. Ojciec podkręcił głośność i zaczął kiwać się na boki. Zerknął na mnie badawczo. Nie pozostałem obojętny na te rytmy i rozbujałem się po swojemu. Wtedy poczułem, że coś jest nie tak; że mam całą dupę mokrą. Okazało się, że nie posikałem się ze szczęścia. To ten dzieciak, pochłaniający chipsy z błogością na twarzy, siedział koło mnie w gaciach ociekających wodą. Jakoś mi to wcześniej umknęło. Kąpał się w rzece, usłyszałem. Ach, tak. No, i teraz sobie podjada w najlepsze. Niech je. Wiadomo, że woda wyciąga.

A mnie tej wody najpierw brakowało, a potem dostałem ją w nadmiarze. Taki jest tamten niemożliwy świat południa. Nie uznaje kompromisu: albo zero, albo cała naprzód.

Galerię dominikańskich iguan możecie obejrzeć tutaj…

Smoki z Dominikany

Czy Wschód, czy Zachód – zawsze Południe…