Panama i fiesta

3 listopada Panama wyszła na ulicę, aby świętować Día de la Independencia, czyli „Dzień Niepodległości”. Uwielbiam taką ulicę, szczególnie latynoską. Tę jej żywotność, spontaniczność, bezład. Kiedy tańczy, wiwatuje, śle energię na prawo i lewo. Kiedy eksploduje namiętnościami. Zawsze mam to samo. Muszę poczuć jej rytm, temperaturę, cielesność; posmakować esencji; znaleźć się gdzieś w środku; ogarnąć ten mikrokosmos zdarzeń spojrzeniem, bądź obiektywem. Jestem oszołomiony. Wtedy czuję, że żyję. Jak na dłoni widzę, jakich ludzi ma ten kraj; jaką dysponują siłą, jakim charakterem; jak potrafią się bawić, bo szaleństwo zabawy demaskuje każdego.

Parady, marsze, choreografie przeróżne, huk bębnów, łoskot trąb, wszędzie tres colores panamskiej flagi, wszędzie w powietrzu smakowity zapach smażeniny, wszędzie policía. Tylko piwa nie sprzedają w to święto, zwłaszcza w rewirach, gdzie huczy główny festyn, tak oficjalnie dogadane; ani Balboa, ani Panamá, żadnego. Mundurowi pilnują. Ludzie piją wodę (która jest w cenie piwa, 1$) i coca colę. Taki porządek. Trzeba uszanować. A potem wrócić do siebie, do dzielnicy bez zakazów i tam już w barze za rogiem legalnie nadrobić, ile można. Bo wieczorem to już wszystko można…

Skąd ta panamska fiesta, skąd to uliczne fetowanie? Oto krótka historia dla zabieganych w internecie…

Najpierw Bolívar

114 lat wcześniej, 3 listopada 1903 roku Panama oddzieliła się od Kolumbii. Była jej zachodnią prowincją-departamentem od 1821 roku. Wcześniej wyszła spod panowania Hiszpanii, lecz nie stała się państwem niezależnym. Wielu jej obywateli pragnęło blasku Simóna Bolívara. Ten miał wizję. Dążył do utworzenia federacji państw powstałych z rozpadu hiszpańskiego imperium kolonialnego w Ameryce Południowej. Była to nadal wizja kusząca. Dlatego włączono Panamę w skład Wielkiej Kolumbii. Nie minęło dziesięć lat, jak doszło do pierwszej rebelii i próby secesji. Wziął się za to niejaki José Domingo Espinar przyjaciel i towarzysz broni Bolívara. Wcześniej cięli razem hiszpańskiego ciemiężyciela. Tyle, że Espinar urodził się w Ciudad de Panamá, był Mulatem i miał za sobą panamską, kolorową biedotę. Pomyślał o własnym kraju. Wolnym kraju. Udało mu się przejąć kontrolę nad miastem swego urodzenia i ogłosić niepodległość pod koniec 1830 roku. Wtedy jednak stracił dobrą passę.

Jego ambicji nie podzielali miejscowi biali bogacze. Przeczuwali, że nastaną rzezie na tle rasowym. Podobne miały miejsce przed trzema dekadami podczas rewolucji na Haiti. Nie poprali wywrotu. Wezwali na pomoc kolumbijskie wojska. Niecały rok później rebelię wygaszono. To była pierwsza nieudana próba. Nie poprzestano na niej. Po tym, jak Stany Zjednoczone wybudowały przecinającą Przesmyk Panamski linię kolejową Panama Railway, łączącą Atlantyk z Pacyfikiem, większość opłat za prowadzenie tego biznesu była odprowadzana do kolumbijskiej centrali – Bogoty. Stanowiło to konkretny powód, aby się zbuntować. Ponadto, podniesiono drastycznie podatki, co uderzyło w miejscowych ciułaczy. Za rewoltę wzięli się ponownie Mulaci. Nieskutecznie. Tym razem, przegrali z siłami kolumbijsko-amerykańskimi (Jankesi pilnowali neutralności w regionie).

Wpuszczeni w kanał

Potem padły marzenia Francuzów o połączeniu dwóch oceanów kanałem żeglownym. Projekt Ferdinanda de Lessepsa (jegomościa, którzy przeorał Egipt, dając światu Kanał Sueski) zbankrutował i skończył się tzw. „aferą panamską”: wkłady inwestorów były warte tyle, co psie gówno. Przekopywanie Przesmyku stanęło. Tropikalny klimat i zjadliwe moskity skutecznie wypunktowały budowniczych. Wstrzymało to również biznesy ulokowane wokół idei budowy kanału. Dotąd sute zyski przysłaniały prywaciarzom myślenie o rewolucji. Tą zajmowała, jak zawsze, głównie uboga i robotnicza brać. Tutaj przeważnie mulacka. Kapitaliści pilnowali swych majątków i nabijali kabzę. Kto im bronił?

Kiedy skończyło się zarabianie i zaczęło dziadowanie, zmienili orientację i chwycili za broń. Podczas kolumbijskiej wojny domowej zwanej Guerra de los Mil Días („Wojna tysiąca dni”), prali Kolumbijczyków, jak i gdzie się dało. Kiedy zaprzestano starć i nacjonaliści w miastach odpuścili, ludność wiejska walczyła dalej. Nietrudno się domyślić, że miała swojego lidera. Był nim dziarski młodzieniec Victoriano Lorenzo, w którego żyłach płynęła krew autochtonów z prowincji Coclé. Niestety, skończył tragicznie; schwytano go i rozstrzelano. Nie dożył czterdziestki. W annałach zapisał się, jako panamski bohater-męczennik.

(Nie)podległość…

Trzyletnią kolumbijską wojnę domową wygrali w 1902 roku konserwatyści. Panama zaś hołubiła liberałów. Wtedy jednak pogorszyło się na linii Stany Zjednoczone – Kolumbia. Najpierw oba państwa sygnowały traktat dający USA prawo do budowy kanału między-oceanicznego (po wspomnianej francuskiej klęsce) oraz użytkowania go w perspektywie 100 lat. Do wejścia w życie „paktu” potrzebna była jego ratyfikacja przez kolumbijski parlament. Tamtemu niezbyt się spieszyło. Tymczasem, zniecierpliwione USA, rządzone prze Theodore’a Roosevelt’a szukały alternatyw. Wśród Panamczyków, którzy im sprzyjali znaleźli swojego człowieka. Był nim Manuel Amador Guerrero. Najbardziej lobbował za niepodległością Panamy, uruchamiając machinę masowej agitacji.

2 listopada 1903 roku do położonego na karaibskim wybrzeżu portu Colón wpłynęły, bodajże  dwa, amerykańskie okręty wojenne. Dzień później Panama stała się krajem, jakby samodzielnym. Ponoć, jedyne ofiary tego przewrotu to przypadkowo zabity Chińczyk oraz osioł. Niepodległość ogłoszono 3 listopada w mieście Panama.

O „jakości” tego usamodzielnienia świadczył fakt, iż w rezultacie kolejnego traktatu (Hay–Bunau-Varilla) obszar Kanału Panamskiego przepisano na wieczne użytkowanie przez USA, a Panama stała się jankeskim protektoratem. Do czasu. Ale to już inna historia…

W każdym razie, Panamczycy celebrowali tę swoją niepodległość 3 listopada, od wczesnego ranka do późnej nocy…

I to jak celebrowali!

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *