PANAMSKA PSYCHOZA

To nie może być kraj banalny, ta Panama. Ma coś więcej w pakiecie, niż sławetny Kanał i wspomnienia o groteskowym dyktatorze-generale, w dodatku zwanym, Cara de Piña, „Ananasową Gębą”. Czuć to od razu za lotniskiem Tocumen, gdy człowiek wyjdzie z terminalu i wciągnie do płuc tamtejsze powietrze; rozgrzane, wilgotne i szczęście przeniknie mu do krwi, do mózgu, do serca.

Frycowe

Bagażowy zjawia się nie wiadomo skąd, przechwytuje walizkę i dociąga ją do postoju taksówek. Łasi się, wyprasza napiwek, dame una propina. Ubrany jak dyrygent, niemalże wyfraczony, barwy pingwinie zachowane, włosy w żelu wykręcone w klucz wiolinowy. Mam dylemat. Nie dam facetowi w takim galowym łachu jednego dolara, nie będę chamem. Choć patrząc na kondycję naszych przyodziewków, można mieć wątpliwości, kto kogo powinien wesprzeć. To ile mam dać? Señor da dziesięć. Oglądam się za siebie. Uwolnił mnie od tej walizki na jakieś pięć metrów, niewiele więcej. Łatwy przelicznik. Dam ci pięć.

Zwariowałeś? To Kinga. Siedzi już w taksówce, z głową na karku. W środku klimatyzacja, łatwiej o chłodne kalkulacje. Daje się jeden i cześć. Nie wycofam się teraz. Nie wyrwę tamtemu zielonych z ręki. Należą mu się. Podszedł mnie koncertowo, ten „dyrygent”. Są rzeczy pewne, jak grawitacja. I frycowe jest po to, aby je zapłacić, zapomnieć i pognać w tropikalną noc.

Taksówkarz usłyszał od tamtego gdzie jedziemy; do jakiego hotelu, w jakiej dzielnicy. Weźmie tyle, ile dogadane, przynajmniej obiecał. Choć kawał chłopa z niego, mógłby się rozmyślić i zyskać na tym. Najpierw badawcza cisza. Rozglądamy się. Szofer kręci radiem i z wiadomości robi się salsa, co brzmi, jak buenas noches, jak nocne powitanie. A w nas te same odczucia, właśnie wywołane ze odrętwienia. Jedynie podróż potrafi je wybudzić do końca; pomieszanie ekscytacji z jakimś podskórnym napięciem, triumf ciekawości nad zmęczeniem. To zawsze wraca po lądowaniu w nowym miejscu, szczególnie po zmroku, gdy świata za oknem nie widać, gdy mówią o nim tylko zielone, odblaskowe drogowskazy: „PANAMA Centro”. „PAITILLA”. „CORREDOR SUR”.

Psychoza

Mogło się to wszystko zacząć lepiej, i wiele wskazywało na to, że tak będzie, lecz zaczęło się od złej strony. Taksówkarz źle zaczął. Pierwszy raz w Panamie? Pierwszy! Nie licząc tranzytu dwa lata wstecz. No, to musicie coś wiedzieć. Tam, gdzie macie hotel, jest un poco peligroso, trochę niebezpiecznie… Lepiej uważajcie, dzielnice bezpieczne to Centro, albo Casco Viejo.

Gdzie jest niebezpiecznie, w tej naszej dzielnicy, na pewno? No, w tej waszej…

Zaskoczenie. Człowiek wyłazi z samolotu po jedenastu godzinach lotu, rwie się to tej upragnionej parnoty, do tego ukochanego latynoskiego bałaganu po czym słyszy, że Panama się na niego zasadza. Czy to jest sprawiedliwe? Ten miły gość, który przed chwilą przestawił audycje radiową z gadania na muzykę, aby ewidentnie sprawić nam przyjemność, próbuje nas teraz wystraszyć. Czego on chce, bawi go to?

Skupmy się. Oni tak mają, ci Latynosi. Często wyolbrzymiają, dramatyzują. Dominikańczycy ostrzegają cię na wyrost, tenga cuidado, tenga mucho cuidado, uważaj, wszędzie uważaj, oczy wokół głowy. Podobnie Kolumbijczycy, tu nie chodź, tam nie chodź, pilnuj tego, tamtego. Pewnie chcą dobrze, ale przedobrzają. A tobie zaczyna się w głowie kotłować.

W porządku. Wobec tego, co mamy robić w tych szemranych rewirach; nie wychodzić w nocy, wychodzić tylko w dzień, o świcie, późnym popołudniem, kwadrans po szesnastej? A podczas sjesty? Ryzykować, nie ryzykować? Przeżyjemy jakoś, czy marne szanse?

Tam się w ogóle nie wychodzi i basta.

No, zdurniałem. Śpimy zatem w dzielnicy latających sztyletów. Takie miejsce starannie wybrałem? Ładnie. Równie dobrze, mógłbym wybrać San Miguelito, El Chorillo, Curundú, Río Abajo… Usłyszałbym to samo. Tylko, że miałoby to więcej sensu…

Strzały

Jeszcze w samolocie, kończyłem panamskie reportaże Krzysztofa Mroziewicza „Istmo. Biuletyn wiadomości dobrego i złego”.

Te gorsze newsy były takie, że w „dzielnicy Bella Vista […] strzela się z dwóch powodów: kiedy są czyjeś urodziny albo kiedy jest jakiś napad. […] Zwykła rzecz. Wszyscy mają tu broń. Trzeba tylko umieć rozróżnić strzały po głosie. Bywają nerwowe, nierytmiczne, odmierzane z dwóch kierunków, do siebie, z bliskiej odległości. Wtedy lepiej nie wychodzić z domu. […] Innym razem strzały są radosne, optymistyczne, przetykane muzyką; wtedy owszem możemy wyjść na spacer bez obawy, chyba że solenizant wypił już tak wiele –seco-, że nie może trafić nawet w powietrze.”*

Mroziewicz notował te rewelacje pod koniec… lat siedemdziesiątych, kiedy był stypendystą Uniwersytetu Panamskiego. Mieszkał w okolicy, przy Calle Uruguay. Nasz hotel stoi dokładnie w Bella Vista. Za moment tam dotrzemy. Czy po czterdziestu latach nadal grożą nam kanonady i zabłąkane kule?

Uściślijmy. Czy nie chodzi przypadkiem o inną dzielnicę, panie drogi taksówkarzu, niechże pan pomyśli sensownie, niechże pan odpuści. Tam, gdzie jedziemy nie ma zagrożeń, prawda?

Nieprawda, to jest zona roja, słuchajcie co mówię, to „czerwona strefa”, nie-bez-piecz-na! Patrzymy po sobie. Co on pieprzy? Nie, nie będzie żadnej paniki!

Macie tam już opłacone..? No, mamy! (Oczywiście, nie mieliśmy, ale coś nam kazało tak odpowiedzieć).

A, rozumiem… Był rozczarowany. Oj, bardzo. Niczego nie rozumiesz, człowieku, myśmy tu na wojnę nie przyjechali! Tego nie usłyszał, lecz wyłapał inne nasze myśli. To, gdzie do diabła możemy się zatrzymać i nie polec?

Tu powinniście spać, o tu, w centrum. Właśnie minęliśmy jeden z drapaczy chmur w Panama City przy Ave. Balboa, pewnie z apartamentami do wynajęcia. Tu jest normalnie, tranquilo, spokojnie, tu nocują turyści tacy, jak wy… To były jego ostatnie słowa, nie licząc oschłego pożegnania pod hotelem, naprawdę oschłego. Porządnie się nabzdyczył.

Cali i zdrowi

Wyrwaliśmy klamoty z bagażnika i pochyleni, aby uniknąć odstrzału, wpadliśmy na recepcję. Nie draśnięci. Kiedy urocza señorita spisywała dane z naszych paszportów, spytaliśmy mimochodem, czy tu, w okolicy jest bezpiecznie? Bo ponoć nie jest. Odpowiedziała krótko – jeszcze jest. Świetnie. Sprawa zamknięta.

Potem poszliśmy napić się do baru, lecz nie sprzedawano piwa, ani rumu, żadnych wyskokowych, bo trwały Zaduszki. Dali nam świeżego soku z marakui i papai. Za to, taksiarz cwaniak pewnie stracił prowizję, czy na co na tym był umówiony. Na bank chciał nas odstawić do innej noclegowni. Tyle, że nie zdążyliśmy wystarczająco stchórzyć. Strachy na lachy.

Następnego dnia z rana za oknem harmider, jakich mało. Żadnej obławy, strzelaniny, obrysowywania sylwetek na chodniku. Tylko papugi; małe, zielone, wariatki. Dały czadu. W środku miasta, całkiem bezpiecznego miasta. Poszliśmy napawać się zawieszeniem broni.

Ten felerny szofer był jedyną osobą, która zaszła nam za skórę w Panamie. Naprawdę, o dziwo, jedyną! Niefortunnie, trafił się na starcie.

* „Istmo. Biuletyn wiadomości dobrego i złego”, Krzysztof Mroziewicz, Wyd. MAW, Warszawa 1982.

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *