Pietruszka śmierci

Poszło im o kolor skóry a zaczęło się od białego, czyli ode mnie. Miejsce akcji: znowu ciasna paka jakiejś terenowej fury, czas akcji: znowu „dominikańska mañana”. Dwóm, młodym mulatkom spodobała się moja skóra. Wymownie podziwiały, jaki jestem biały, i chciały tej bieli dotknąć, to im dałem, niech się zaznajomią. Czy zbliżenie kultur albo ras nie jest inicjowane czasem poprzez takie gesty? Dotykały mnie badawczo, jak okaz egzotycznej przyrody, przykładały swe przedramiona do moich, porównując je metodycznie i wtedy zawrzało, wtedy drażliwe mulatki nie bacząc na mnie, zaczęły się spierać, która z nich jest mniej czarna…

W efekcie, zbliżenie ras przeszło migiem w starcie na tle rasowym z mojego powodu ale bez mego udziału. Nieumyślnie wszcząłem konflikt, a teraz siedziałem skonfundowany, patrzyłem i słuchałem, jak dwie strony się jawnie napiętnują. Ja jestem jaśniejsza, ty jesteś ciemniejsza, bez wahania orzekła ta pierwsza, a właśnie, że ty, ripostowała ta druga.

I raczej tak głupawo i po dziecinnemu się spierały, lecz niezbicie na serio, w każdym razie w dużych emocjach i diabelsko hałaśliwie, i trwało to dobrych kilka minut. Kto widział latynoskie babki podczas konkretnej kłótni o cokolwiek, wie w czym rzecz. Obie przy tym zerkały na mnie, co rusz, rozeźlonym wzrokiem, jakby licząc, że którąś wesprę; jakby chciały, aby biały obcy stał się samozwańczym arbitrem w ich podwórkowym sporze, bo chyba najlepiej widzi, gdzie więcej czarnego a gdzie mniej.

Powiedz „pietruszka”!

Czy ja wiem, na moje oko, kolor skóry tych dziewczyn nie zdradzał różnic i tym samym, nie przysłużyłem się żadnej z nich, pozostałem chcąc nie chcąc, neutralny. Mało tego, mulatki były podobne do siebie, prędzej bym uwierzył, że są siostrami, bodaj z jednego ojca czy matki. Ale im co innego po głowie chodziło, nie przymierzając, starały się w mej obecności jakoś „wybielić”, chociaż trochę zapomnieć, że się różnią ode mnie, takiego ładnego bo białego.

Nade wszystko dziko pragnęły jedna drugą upokorzyć. No, ale Boże, patrz na moją rękę, widzisz, a patrz na swoją, no inna jest, ta nieprzerwanie cisnęła tamtą ale tamta nie odpuszczała. To wreszcie, aby te scysję przypieczętować, ta bardziej zapalczywa Dominikanka rzuciła ostro, że jeśli myślisz, że jesteś lepsza to dawaj, powiedz… „pietruszka”, no powiedz to! Di perejil! I tak ze trzy razy.

A tamta nie powiedziała, tylko zamilkła na moment, a mogła jeszcze atak odeprzeć, mogła powiedzieć, w przaśnym styl tej awantury, że chyba ty powiedz „pietruszka”, ale nie zrobiła tego, bo czuła już, że rywalka sama rezygnuje, choć czyni to nieco dziwnie, jakby z uśmieszkiem triumfu, bo przecież już dosadniej przygadać nie mogłam, tak dobre to było, myślała, to jej ostatnie przygadanie, z tym perejil. I wtedy, jak z bicza strzelił, nastąpił rozejm, co mnie zdumiało dokumentnie…

Niechybnie bowiem wyszło, że to, co powinno tu, wedle mej intuicji, zabrzmieć, jak najgorsza obraza, jak wyrok potępienia, jak coś po czym człowiek już tylko pęka z nerwów, i albo tłuc zaczyna drugiego, dzierżąc w dłoni but z koturnem, albo mu do reszty urąga i grozi zrobieniem kuku, zabrzmiało przewrotnie inaczej, ku memu zdziwieniu ewidentnie, jak nader trafny żart, o taki żart na koniec, który ma odmienić sytuację, dając zelżeć napięciu. I to właśnie słowo perejil, wywołane z taką emfazą w szczytowym momencie sporu, zamiast doszczętnie osłabić przynajmniej jedną z dziewczyn, podziałało na obie, jak wytrych do lepszego nastroju, bo ostatecznie obie się z tej „pietruszkowej puenty” obśmiały, aż do przesady i obie już na dobre broń zawiesiły, i były tak samo mulackie, jak przedtem, jak zawsze…

Innymi słowy, zadziorne Dominikanki, aktualnie wyraźnie uspokojone, pogodziły się, tak ze sobą, jak i z moją białością a własną karnację na powrót polubiły. W sumie, tak z mojej, białego strony patrząc, nie można jej było nie polubić; tej karnacji koloru laski cynamonu zanurzonej w dominikańskiej „małej czarnej”, przecież karnacji… rasowej.

Kobiety zajęły się swymi sprawami, jedna grzebała w błyszczącej mini torebce, a druga próbowała zabawiać dziecko, bo z dzieckiem jechała, o czym nie wspomniałem, podrzucała nim, jak lalką albo przekładała go z kolana na kolano, jakby to miało zapewnić maluchowi komfort podróżowania. A maluch ten, że tak go na moment wmieszamy do „gry w kolory”, miał skórę ciemniejszą od obydwu pań, tak, zdecydowanie ciemniejszą! To akurat było oczywiste, żeby nie powiedzieć, jasne. Potem Dominikanki już zupełnie się wyłączyły, zaczęły po swojemu nudzić o la vida real, o codzienności, o tipsach na przykład. Bo ichnie pstrokate szpony (czyli latynoski atawizm w nieco kiczowatym wydaniu) musiały być świeżo nałożone, dlatego trzeba je było obgadać, dlatego je sobie wzajemnie pokazywały i przynajmniej nie zazdrościły, jedna drugiej…

Zatem miały już co robić, a ja miałem już o czym myśleć, bo tak czy inaczej, „casus pietruszki”, dał mi porządnie do myślenia. Siedząc tam, na pace terenowego wozu, najpierw w zwykłej roli współpasażera a potem także, jako postronny świadek groteskowego poróżnienia dwóch dominikańskich mulatek w sprawie stężenia pigmentu w ich skórze i wreszcie widząc, w jaki sposób osiągnęły one wyż tej całej akcji darcia kotów, zrozumiałem, że mam do czynienia z niebywałym i ponurym paradoksem…

Aby ten paradoks wyjaśnić, wejdziemy niebawem w mrok karaibskiej przeszłości, we wspomnianą już na wstępie, erę dyktatury Trujillo, którą Karaiby zapamiętały dobitnie, i to w sumie erę nie tak odległą, a przynajmniej wciąż bliską w zbiorowej pamięci, bo nie można zapomnieć czegoś, co trwało trzydzieści lat, i odcisnęło swe piętno na wszystkim. Cofając się w tym historycznym czasie do roku 1937 wejdziemy na pogranicze (i tu: dosłownie i w przenośni) stosunków dominikańsko – haitańskich, bo w tym rzecz, i dotrzemy do perejil, tej niewróżącej nic dobrego „pietruszki”, która wtedy pomogła trujillowskim siepaczom uskutecznić krwawe żniwo a dzisiaj, po wielu dekadach, wciąż pozostaje niepokojąco dwuznaczna.

To jedno słowo, perejil, mówi tu, na Hispanioli więcej, niż każde inne, bo mówi o ciągle nad wyraz żywotnej, wzajemnej i w ostatecznym rozrachunku, fatalnej historii dwóch sąsiadów: Dominikany i Haiti…

Trujillo i rozkaż „do żniw!”

Jak uwiecznił niegdyś Jacques Stephen Alexis, haitański literat: „Tego dnia pod gwałtownym deszczem działy się tu rzeczy tak straszne, że w ustach czuło się smak popiołu, powietrze wciągane w płuca było gorzkie, wstyd zalewał serce, życie wydawało się odrażające. Nikt sobie nie wyobrażał, że takie potworności mogą zdarzyć się kiedykolwiek na dominikańskiej ziemi. Wszystko, co szlachetne, czyste i wielkie w duszy prostego, uczciwego ludu, zostało przez Szakala i jego zbirów wywleczone i tarzane w błocie wśród ulewnego deszczu. Dopóki istnieć będzie ta ziemia, zachowa ona ślady po kałużach bratniej krwi, a dzieci tutejsze w przyszłości będą pochylały głowy przed tymi plamami hańby…” (1)

Podobno Rafael Leónidas Trujillo był pijany, gdy tamtej pamiętnej nocy, w październiku roku 1937, wydał rozkaz ostatecznego rozwiązania „problemu haitańskiego”. Od chwili pojawienia się na wystawnym raucie, wydanym na jego cześć przez zamożną dominikańską matronę z Dajabón, nie rozstawał się z kieliszkiem. Niezbicie alkohol był mu potrzebny, i to jak nigdy przedtem, aby się znieczulić, aby już nie myśleć o tym całym paskudztwie, jakiego z narastającą odrazą doświadczał w ostatnich dniach, kiedy osobiście kierował inspekcją terenów przygranicznych.

Zaledwie dwa miesiące upłynęły od jego poprzedniej i – mimo że krajem już władał od siedmiu lat – dokładnie pierwszej wizyty w zachodniej Dominikanie. Trujillo cenił wszelkie wyjazdy w głąb wyspy i nawet dla klimatu zwykłej wsi chętnie opuszczał niespokojną stolicę, przemianowaną rok wcześniej na Ciudad Trujillo. Miał wówczas sposobność, aby nieco odetchnąć od bezustannej czujności, do jakiej był zmuszony z powodu nader aktywnych działań oponentów reżimu. Do przeczulonych uszu Szefa regularnie dochodziły informacje o możliwych próbach spiskowania przeciwko niemu, co w oczywisty sposób zakłócało mu codzienny rytm wykonywania obowiązków dyktatora. Musiał jednak istnieć naprawdę znaczący powód, aby Trujillo zostawił swoją kwaterę główną dla takich odległych miejsc, jak Dajabón. Odpowiednio wcześniej, nie inaczej, wysłał tam brygadę sprawdzonych tajniaków i ludzi z bronią, aby zajęli się eliminacją wszelkich możliwych zagrożeń, czyhających na jego życie.

Za pierwszym razem chodziło o lustrację postępów w rozpoczętej niedawno budowie Carretera Internacional. Wedle śmiałej wizji Trujillo miała to być rasowa autostrada, biegnąca równolegle do granicy, która połączy południe kraju z północą i tym samym wzmocni pozycję Dominikany w pasie przygranicznym. Obecnie wzywały sprawy równie ważne, a być może i ważniejsze, jakim bezwarunkowo należało się przyjrzeć z bliska, poznać i wysłuchać ludzi, którym te sprawy zatruwają byt i w razie konieczności właściwie zareagować. W efekcie, długa i wyczerpująca konna ekspedycja przy niepewnej, październikowej aurze znacznie pogorszyła nastrój Szefa.

Masowe skargi rozjuszonych rodaków, żyjących w pobliżu granicy z Haiti, od Pedernales przez Elías Piña po Dajabón nie były przesadne, teraz mógł je sam jeden potwierdzić, bo na własne oczy dojrzał, że znajdowały uzasadnienie w realiach. Gdzie Trujillo nie obrócił głowy, tam po drodze, widział roje Haitańczyków, jak przymuszeni pracowali przy wspomnianej Carretera Internacional, co go zdziwiło do żywego, jak pilnowali własnych, coraz liczniejszych domostw, byle jak utrzymywanych w obrębie folwarków albo doraźnie pobudowanych w szczerym polu, widział też ich połyskujące od potu, hebanowe plecy, i naraz wzdragał się, gdy tamci pochyleni, ramię w ramię karczowali w pełnym słońcu kępy buszu pod nowe zagony…

Oni, Szefie, nie uznają granicy, cichcem mijają tutejsze patrole, to po kiego tę cholerną granicę wzmacniałem, słałem tam gwardię i policję, tych nie brakuje Szefie, tych widać na każdym kroku, że czuwają, ale tamci tak nisko chodzą przy ziemi, że nie sposób ich zauważyć, a gdzie cło w takim razie, gdzie legalne papiery, nie mają żadnych, Szefie, to ich łapać, spisywać i deportować, instrukcje były jasne, i są wykonywane, Szefie, ale tamci nie chcą siedzieć u siebie, bo tam niczego nie ma, Haiti to bieda, dlatego idą tu do nas, albo wracają, jeden za drugim, przelewają się tu, jak wysoka woda i docierało do Szefa, że to prawda, i że panoszą się wszędzie, i po przedostaniu na stronę dominikańską większość od razu osiada, łapiąc się czegokolwiek ale reszta ciągnie dalej, w dominikański interior na wschód, a potem prosto do Santiago, do San Juan czy do Azua, do miast, które lada moment zadławią się obecnością Haitańczyków, gdzie na ulicach język nasz ginie w potokach ichniej barbarzyńskiej mowy, jakby z Afryki, ta zaraza pleni się szybko i rozchodzi po całym kraju, Szefie, takie są raporty, pisane nie dziś, nie wczoraj, ale już od dawna, znam te przeklęte raporty, i wiem, jak jest niestety, bo tak mówią, Szefie, ci, których spotkałeś tu, przy granicy, że im źle z powodu tamtych, to po kiego mnie wzywali do Port-au-Prince, po co robili ze mnie w Haiti wielkiego amigo, z jakim się idzie dogadać, chcę to wiedzieć, po kiego podpisywałem to, podpisywałem tamto, gówna warte klauzule, zafajdane poprawki, granica ma osiem lat, bo tyle ma, prawda, a śmierdzi, jakby jej nie było, z kim robiłem politykę rok czy dwa temu, z prezydentem ichnim, Vincentem, czy nieudacznikiem, którego dzika swołocz ma gdzieś wszelkie prawa, i najeżdża Dominikanę, mój kraj, który znowu muszę po swojemu zbawić, tak Szefie, ta swołocz gwałci naszą suwerenność, naszą wolność i nasze kobiety, z czego nie wiadomo co się rodzi, bo bardzo czarni to już nie my, to się musi skończyć, Szefie, bo kraju potem nie poznamy, ty, Stenio Vincent, ty sąsiedzie od siedmiu boleści, mógłby zagrzmieć Trujillo, puścić w eter całą swą żółć, no cośmy ustalili, że teraz masz to gdzieś, ty perfidny zaborco i nawet mógłby Vincentowi otwarcie pogrozić, gdyby ex-okupant Ameryka nie miała dobrze na oku całej Wyspy i nie doglądała swego wychowanka, dominikańskiego marines, tego raptusa Trujillo, czy czegoś tam nie mąci na tych Karaibach przypadkiem, a ten by chętnie namącił, i jeśli mnie słyszysz Vincent, pomówmy raz jeszcze, jak, no niech będzie, równy z równym, popatrz łaskawie na granicę swego kraju, a lepiej popatrz dalej, poza tę ziejącą dziurę, i każ się swoim najeźdźcom zabierać stąd rychło, albo sam im w końcu każę…

W kształtującej się ocenie Trujillo granica wytyczona w 1929 roku, po prawdzie za pomocą piór poprzednich prezydentów Dominikany i Haiti, Vásqueza i Borno nie spełniała swojej kluczowej funkcji. Nie potrafiła zastopować przepływu nielegalnych imigrantów, czyli w zasadzie nie była respektowana. Nie pomogły również aneksy, jakie w roku 1935 i 1936 podpisali Trujillo ze Stenio Vincentem, obecnym haitańskim przywódcą, mające zagwarantować wyraźnie oddzielenie jednego państwa od drugiego. Układ stanowiący granicę okazał się być może porozumieniem dobrym, tyle że jedynie na płaszczyźnie dyplomacji. To co zostało wykreślone na papierze, nijak się miało do rzeczywistości, w jakiej od kilku lat funkcjonowały „nowe” przygraniczne społeczności dominikańsko – haitańskie, wcześniej od dekad wymieszane, dwujęzyczne (tzw. arrayanos) i związane wspólnym handlem, przemytem i ogólnie mniej lub bardziej łaskawym losem. Dla nich niewiele się zmieniło, poza jednym. Pojawił się dylemat narodowościowy.

W rezultacie po stronie dominikańskiej znalazło się po pierwsze, wielu, de facto obcokrajowców, jacy nie przestali przecież mówić po kreolsku na żądanie, i po drugie wielu obywateli, mówiących w tym języku równie dobrze, jak po hiszpańsku, którzy mogli należeć tak samo do Haiti, jak i Dominikany, i to bez względu na kolor skóry, jaki niestety w nowych warunkach bytowych stanowił już silną bazę do identyfikacji przynależności, nie tyle rasowej, co narodowościowej, często identyfikacji zdawkowej, przez co po wielokroć do cna błędnej. Obaj panowie rządzący ewidentnie nie czuli konsekwencji tego, tak czy inaczej, zgubnego wdrożenia sztucznych granic. Trujillo wydawał się nie mieć o tym pojęcia, albo grał ignoranta celowo. W każdy razie, widział jedynie to, co miał przed oczami, a miał tam, u siebie, spory kawałek Haiti.

Jednak wielu Haitańczyków przybyło do jego kraju znacznie wcześniej, niekoniecznie z ostatnią falą nielegalnej imigracji. Przybyli jeszcze przed rokiem 1929, kiedy dominikańskie plantacje trzciny cukrowej, zarządzane przez wielkie amerykańskie cukrownie, szukały taniej siły roboczej. Dla rzeszy bezrobotnych mieszkańców Haiti ogromne areały tego słodkiego badyla po sąsiedzku, szczególnie we wschodniej Dominikanie, stanowiły niejako ziemię obiecaną, do której należało dotrzeć. Poza tym na światowym rynku cukru, panowała hossa, co po uwzględnieniu sezonowości zbiorów, i tak gwarantowało ciągłość pracy. Potem nastąpił pamiętny czarny-październikowy-czwartek na Nowojorskiej Giełdzie a wraz z nim krach roku 1929 i w rezultacie kryzys, jaki niechlubnie „pokrył” praktycznie całą dekadę lat trzydziestych.

Ceny cukru runęły niemal do samego dna a Haitańscy macheteros przestali być potrzebni na plantacjach. Nie widząc jasnej przyszłości we własnej ojczyźnie, nie zamierzali tam wracać. Zamiast tego decydowali się pozostać w Dominikanie i bądź to próbowali szukać czegoś, co im zapewni przetrwanie w inny sposób, bądź żyjąc na krawędzi ludzkiej godności, jedynie czekali na to, co przyniesie los. Dla wielu z nich los zgotował potem koszmar…

Szef, przemierzając konno zachodnią Dominikanę, nieprzerwanie wysłuchiwał: co wieczór, i po nocach – mądrości koniunkturalnych „doradców”, „analityków sytuacji”, czy innych okazjonalnych „radykałów” spośród popleczników, jacy tworzyli jego świtę w czasie inspekcji, a za dnia – niezliczonych lamentów bezradnych rolników i właścicieli podupadłych rancz oraz innych majątków, i był zaskoczony do reszty, że to właśnie bydła prawie w ogóle nie mógł dostrzec, za to widział w dolinach nietknięte połacie zielonej trawy, gdzie są stada, pytam, Dominikana żyje z bydła, bo oni Szefie, rozkradają, co nasze, i krów nie idzie się już doliczyć, bo one znikają tak, jak tamci się pojawiają, zajmują naszą ziemię, aby tu mieszkać, i naszym kosztem mają z tej ziemi więcej, no i pracują tam, gdzie my już pracować nie możemy, bo nie ma jak…

Umysł Szefa, podsycony świeżym ogniem podłych reminiscencji, wciąż kipiał dlatego w Dajabón Trujillo gasił go rumem, nie marnując kolejek. Zanim jednak grupa inspektorów wjechała do tego miasta, ostatniego celu ich roboczej ekspedycji, by później zakończyć dzień na suto zakrapianym bankiecie, Trujillo zarządził dodatkowy postój na łonie natury, nieopodal brzegu Río Masacre.

Rzeka, mimo swej nazwy, należała do łagodniejszych w kraju, i raczej od zawsze sprzyjała masowym przeprawom wpław. Nie wciągała ofiar w bezdenną otchłań, bo nawet w porze deszczowej była na to zbyt płytka, nie zabijała rwącym nurtem, tylko niezmiennie toczyła swe niewinne wody po ziemiach prowincji Dajabón , aż do Zatoki Manzanillo, gdzie wpadała do Atlantyku. Jej koryto na kilku odcinkach niemal idealnie pokrywało się z granicą, jaką osiem lat wcześniej uzgodniono, aby formalnie oddzielić od siebie państwa Haiti i Dominikanę. W czasach kolonialnych Río Masacre spłynęła krwią osadników, dlatego ochrzczono ją potem tak „zabójczo”. Zanim, na mocy Układu z Aranjuez, oficjalnie uznano w 1777 roku francuską kolonię Saint Domingue w obrębie Hispanioli, Francuzi i Hiszpanie żyli na krawędzi wojny.

Pierwsi z nich przepychali nieoficjalne granice w głąb terytorium sąsiada, gdyż brakowało im obszarów produkcyjnych dla pomnażania zamorskiego bogactwa. Drugim przede wszystkim zależało na tym, aby sukcesywnie wyeliminować obecność tych pierwszych na Wyspie. W 1728 roku, nad brzegiem Guatapana, rzeki o imieniu pochodzącym z języka Taino, Indian wybitych jeszcze za Kolumba u zarania konkwisty, hiszpańscy soldados zmasakrowali trzydziestu francuskich piratów – zwanych boucaniers. Wtedy rzeka zabarwiła się na czerwono i na cześć zabitych zyskała nowe miano.

O tym historycznym incydencie, przypomniał sobie Trujillo, gdy w mętnym, piaskowym brodzie dojrzał haitańskie dzieciaki, taplające się w zapomnieniu, co rusz besztane, pewnie przez matkę, wyżymającą górę prania.

Tymczasem zza wzgórza wyszło trzech dorosłych mężczyzn z maczetami w dłoni, powłócząc nogami, jakby po skończonej pracy w skwarze południa. Różnili się kolorem skóry. Pierwszy był niezbicie Mulatem, pozostali czarni, jak smoła. Wbrew zmęczeniu ochoczo gawędzili. Mówili po kreolsku, a gdy Mulatowi zdarzyło się wtrącić co nieco po hiszpańsku, reagowali w tym właśnie języku. Jeden z czarnych, gdy stanął na brzegu od razu porzucił narzędzie i wskakując do wody, zbliżył się do rozweselonej dziatwy. Był im wyraźnie bliski, być może, jako ojciec albo starszy brat. Drugi czarny zauważył Trujillo w polowym mundurze, stojącego w cieniu drzewa i odruchowo ścisnął rękojeść maczety. Raczej nie mógł rozpoznać dominikańskiego Wodza, za to mimo odległości poczuł na sobie jego świdrujące spojrzenie. Pozostał jednak niewzruszony…Ou byen?, spytał go Mulat, czy dobrze z nim, sí, todo bien, że tak, odparł mu tamten…

To przez tę cholerną rzekę, pomyślał rozsierdzony Trujillo, łykając rum, i zagryzając kawałkiem langusty, tak łatwo się tutaj dostają, lepiej niech dobrze zapamiętają jej nazwę, i dalej agresywnie cedził, choć raczej do samego siebie, ogrodzimy ją, albo nie, w diabły wysuszymy, zasypiemy i postawimy mur, zatkamy to wszystko betonem, szczur nie przejdzie przez Río Masacre

Prymitywne zalewnie robaka z rozmysłem nie pasowało do jego stylu, chyba że robak ten spuchł do rozmiarów Haitańczyka. Wódz raczej wymownie gardził pijatykami, kiedy łatwo o kompromitację, i różne głupstwa, których nie tolerował, ganiąc wszelkie przejawy degrengolady. Jeśli gustował w alkoholu, to bardziej w koniakach najlepszego sortu, i to w niewielkiej ilości. Nierzadko wychodził z bankietów, nim podano mocniejsze trunki, zostawiając towarzystwo samopas. Słynął za to z upodobania do uciech cielesnych innego rodzaju, najchętniej z młódkami, które niecnie wykorzystywał, wzmagając swą reputację „Kozła”.

Jednak tamtego wieczora Trujillo miał wypić sporo, i to dokładnie czystego, dominikańskiego rumu, słodkiego, łagodnego, zawsze dobrego, ale jakże zdradliwego, i wlewał go w siebie jakby szukał wzmocnienia przed tym, co go nieodzownie czekało, i to jeszcze tej nocy, i pił wraz ze swoimi oficerami podczas fety wieńczącej trudy przygranicznej wizytacji. Niedługo potem Zbawca Ojczyzny był już gotowy i zrobił to, co musiał zrobić, aby ratować Dominikańską Republikę przed inwazją „afrykańskich hord”. Dał wojskowym przyzwolenie na rozpoczęcie El Corte, czyli „żniw”, bo taki alias szybko zyskała operacja, która miała jeden tylko cel: metodycznie zgładzić wszystkich Haitańczyków w Dominikanie. Życie mieli zachować jedynie ci, których na plantacjach zatrudniały amerykańskie kompanie cukrownicze…

W niezmiennie miłej atmosferze tamtej uroczystości w Dajabón Trujillo miał powiedzieć do zgromadzonych: „Dowiedziałem się o tym, że Haitańczycy okradają tutejszych rolników z żywności oraz bydła. Wam, obywatele Dominikany, którzy skarżycie się na te grabieże popełnione przez Haitańczyków, mieszkających pośród was, odpowiadam – ja ten problem rozwiążę! Zresztą, działania w tym celu już się rozpoczęły. Około trzystu Haitańczyków zabito w Bánice. Rozwiązanie będzie kontynuowane!”(3) I tutaj uderzył pięścią w stół…

Chwilowe napięcie, wywołane przemową Szefa nie zakłóciło dalszego ucztowania a nawet je wzmogło.

Regularne masakry rozpoczęły się o północy…

Perejil – to słowo zabijało

Mówi Cocozumba, Dominikańczyk, z powieści „Generał Słońce”: „W samym tylko Dajabón, powiadają ludziska, wymordowanych jest blisko dziesięć tysięcy… W naszych stronach każdy boi się gadać, ale na pewno będzie tego u nas tysiące i setki… Kiedym jeszcze ścinał trzcinę, znałem Haitańczyków. Och, może z nich i zawadiaki, ale ludzie „całą gębą”. Nigdy nikomu nie wadzą… I jego także znałem… Trujilla, znaczy się… Matkę ma uczciwą kobiecinę a sam taki hultaj… Teraz jest generalissimusem, prezydentem i Bóg wie, czym jeszcze… Wstyd dla nas wszystkich. Złodziej i dziwkarz… żeby tak na zimno wymordować dziesiątki tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieciaków. Trzeba mieć ostatnią kurwę za matkę chrzestną, a za ojca brudnego wieprza, żeby coś takiego wymyślić i zrobić…”(1)

Przede wszystkim w ruch miały pójść maczety, a nie kule. Poza tym noże, łopaty i kilofy oraz pozostałe narzędzia, które mogły hurtowo i skutecznie zastąpić broń palną. Nie z oszczędności lecz z wyrachowania, dla zatarcia śladów. Dominikańczycy są z natury raczej rozrzutni, poza tym, Trujillo uważał, iż na wroga amunicji się nie szczędzi. A wrogiem numer jeden byli wtedy Haitańczycy, których w końcu należało się pozbyć. I zapewne plan ich metodycznej eksterminacji na terytorium Republiki Dominikańskiej byłby zrealizowany szybciej i sprawniej, gdyby normalnie użyto karabinów, z ogniem a nie tylko z bagnetem, co zostało jasno przykazane. Chodziło bowiem o stworzenie pozorów, o zadanie, jak najwięcej ran kłutych, głębokich, śmiertelnych, za pomocą każdego dostępnego, ostrego żelastwa.

Wiadomo, że kule zostawia ten, kto strzela, a w państwie notorycznie reżimowym z reguły strzela wojsko, albo milicje i bojówki na usługach bezpieki. Nie mówiąc o zwykłych kryminalistach, wspieranych po cichu przez reżim, dobrze uzbrojonych i złączonych w siejące pogrom szwadrony śmierci. Gdyby więc jakiekolwiek przecieki o masowej rzezi, z udziałem zarówno regularnych oddziałów wojskowych, jak i paramilitarnych wyszyły poza Dominikanę, czego się obawiano, wywołałby to od razu międzynarodowe reakcje i pogrążyło dyktaturę w oczach świata. Toteż dla zagwarantowania sobie niejako „linii obrony” Trujillo zarządził, aby rzeź wyglądała na spontaniczny chłopski zryw, tak jakby zdesperowani dominikańscy chłopi wzięli sprawy w swoje ręce, i sami zajęli się „problemem haitańskim” na swym terenie, masakrując sprawców swej niedoli, bez jakiejkolwiek wiedzy i przyzwolenia władz.

I to wtedy Trujillo pomyślał o żniwach tak, jak się o nich myśli na Karaibach od zawsze. Pomyślał o plantacji, o trzcinie cukrowej, o pracującym tam niegdyś czarnym niewolniku, a teraz Haitańczyku, i wreszcie o narzędziu bez którego trzciny się nie zetnie, o maczecie, której Haitańczyk na co dzień używa. Potem w głowie Trujillo zrodziła się alegoryczna wizja jego własnych, krwawych żniw, nazwanych później, nie inaczej – El Corte, i tak plantacja stała się Dominikaną, trzcina cukrowa Haitańczykiem, a maczeta w końcu trafiła we właściwe dłonie…

W ciągu trzydziestu sześciu godzin od momentu wydania przez Trujillo w Dajabón rozkazu zgładzenia Haitańczyków, horror masowego zabijania ogarnął niemal cały kraj, od zachodu po jego wschodnią cześć, z Półwyspem Samaná włącznie. Przeważającą liczbę wstrząsających zbrodni popełniono jednak na obszarach przygranicznych oraz w przyległym do nich regionie El Cibao, gdzie w samym Santiago de los Caballeros, drugim co do wielkości mieście Dominikany, w bestialski sposób stracono ponad tysiąc Haitańczyków, ucinając im głowy. Dokonali tego „działający w przebraniu” rządowi gwardziści. Sfory rozpitych tanim rumem i rozjuszonych żołnierzy wpadały raptem do siedzib Haitańczyków, po czym natychmiast mordowali wszystkich, jednego po drugim, całe rodziny, ścinano dzieci na oczach matek, żony na oczach mężów, w powietrzu nieprzerwanie świstały maczety a krew zalewała bruki, uwalniając duszący, miedziany odór śmierci.

Ale nie zawsze zabijano Haitańczyków od razu tam, gdzie zostali schwytani podczas obławy. Sugerowano im wtedy, że jeszcze na pewno pożyją, a jedyne co ich czeka, to bezwarunkowe wydalenie z Dominikany. Nieco uspokojeni tym, że jakimś cudem ominęło ich najgorsze, bez większych podejrzeń poddawali się procedurom deportacyjnym, zainicjowanym przez wojsko i straż graniczną. Okazało się to jednak ponurą fikcją, dzięki której Trujillo i jego poplecznicy mieli zyskać dodatkowe alibi. Po wykonaniu papierkowej roboty, kiedy już dominikańskie władze miały wyraźny dowód na to, że nielegalni imigranci zostali, nie inaczej, jak po ludzku i w zgodzie w prawem wysłani z powrotem do Haiti, przystąpiono do dalszych kroków. Wszystkich, wcześniej spisanych Haitańczyków zabierano w odludne miejsca i pod osłoną nocy masakrowano do ostatniego. Ich ciała przewożono następnie na wybrzeże, w okolice Montecristi, a tam wrzucone do Atlantyku, miały być doszczętnie rozerwane przez ławice rekinów.

Podobno, kurz przygranicznych dróg, którymi organizowano transport w kierunku oceanu, mieszał się ze strumieniami krwi, wyciekającej z ciężarówek, wypełnionych makabryczną zawartością. Wiele z tej krwi spłynęło do pobliskiej Río Masacre, gdzie łączyła się z krwią innych Haitańczyków, zabitych tu w czasie rozpaczliwej próby ucieczki wpław. Po raz drugi w historii nurt rzeki nabrał szkarłatnej barwy a jej nazwa stała się sugestywnie wzmocnionym symbolem tragedii.

Jacques Stephen Alexis pisze:

„Rzucili się ku nim gwardziści i zaczęli wyrywać im z rąk narzędzia pracy – maczety. Popychani ze wszystkich stron, ludzie zbili się w ciasną gromadę. Nikt nie miał już wątpliwości: byli w pułapce. Oficer kazał wystąpić wszystkim obywatelom Dominikany. Mówił ostrym tonem. Nie było innej rady. Należało posłuchać, aby nie dawać pretekstu do wystąpień pijanej bandzie żołdaków, która poruszała się niby bestia groźna, wyjąca, z ogłupiałą gębą rozjaśnioną dzikim zadowoleniem z własnego okrucieństwa. Waląc kolbami, żołnierze oddzielili od reszty grupę Dominikańczyków, zebraną na brzegu drogi. Oficer w otoczeniu kilku żołnierzy wygłosił krótkie przemówienie. Potem kazano Dominikańczykom przedefilować; każdy przechodząc obok oficera musiał wymówić słowo: perejil…”(1)

To hiszpańskie słowo – perejil – czyli powszechnie znana „pietruszka”, stało się synonimem czystki etnicznej, wyroku, jaki Trujillo wydał na Haitańczyków w październikową noc, roku 1937.

W ciągu tamtych dramatycznych dni, wielokrotnie dochodziło do sytuacji, w których rozpanoszeni wszędzie mordercy, stając oko w oko ze swą potencjalną ofiarą, osaczoną gdzieś na ulicy albo nawet w szczerym polu, nie byli w stanie od razu ocenić, czy to obywatel Haiti, czy Dominikany. Niepewność dotyczyła koloru skóry. Dominikańczycy bywają zwykle Mulatami ale i pośród Haitańczyków występuje wielu równie jasnych. Z kolei Haitańczycy bywają zwykle czarni, ale i pośród Dominikańczyków występuje wielu im podobnych.

Chwilowy dylemat gwardzisty czy najemnika z uniesioną maczetą, sprowadzał się więc, z jednej strony do ryzyka nieopatrznego zabicia rodaka, czy rodaczki, a z drugiej – do ryzyka niezabicia Haitańczyka czy Haitanki. Innymi słowy, musiała istnieć jakaś prosta i skuteczna metoda trafnej klasyfikacji przynależności narodowościowej u podejrzanych Mulatów, schwytanych między czarnymi oraz podejrzanych czarnych, schwytanych między Mulatami. Problem raczej nie istniał w trakcie pustoszenia okolic, znanych głównie ze skupisk haitańskich domostw. Wtedy bez wahania ścinano każdego, za porządkiem, bo każdy wyglądał na czarnego Haitańczyka i nikt nie myślał o czarnych Dominikańczykach, mimo, że tacy się przecież zdarzali. Poza tym druzgotano mieszane, haitańsko-dominikańskie małżeństwa, jakich także nie brakowało, np. w zachodniej Dominikanie; ginął zatem mąż Haitańczyk, ginęła żona Haitanka, a rozpoznanych Dominikańczyków, gwałtownie owdowiałych puszczano wolno.

Trujillo ze swymi aparatczykami przewidział zawczasu „kłopotliwą” kwestię właściwego rozróżniania, kto jest kim i szybko znalazł dla niej rozwiązanie. W dalszej kolejności wojskowi egzekutorzy otrzymali jasne pouczenie, jak mają zadziałać, kiedy braknie im pewności przy selekcji kandydatów do zabicia. Co więcej, każdy z żołdaków, biorących udział w łapankach, oprócz maczety miał ze sobą nosić… witkę pietruszki, i korzystać z niej w razie konieczności, w dość kuriozalny sposób. Siepacze Trujillo stosowali ponurą „magię”, tak zwanego szyboletu, czyli znaku rozpoznawczego, słowa-klucza, które zawierało specyficzną dla konkretnego języka głoskę, jakiej cudzoziemiec, obcy albo wróg nie potrafił poprawnie wymówić…

Szybolet czyli co?

Szybolet (z hebr. szibbōlet, „kłos”) wywodzi się z Biblii i jest o nim mowa w dwunastym rozdziale Księgi Sędziów, traktującym o wojnie między Efraimem a Gileadem, którą przegrały plemiona Efraimitów. Ci z Efraimitów, którym udało się przetrwać, próbowali podszyć się pod swych wrogów, przekroczyć rzekę Jordan i wrócić na własne terytoria. Zostali jednak zdemaskowani i zabici. Zdradził ich błąd przy wymawianiu głoski „sz”…

[Sdz 12,5-6] 5 Następnie Gileadczycy odcięli Efraimitom drogę do brodów Jordanu, a gdy zbiegowie z Efraima mówili: «Pozwól mi przejść», Gileadczycy zadawali pytanie: «Czy jesteś Efraimitą?» – A kiedy odpowiadał: «Nie», 6 wówczas nakazywali mu: «Wymówże więc Szibbolet». Jeśli rzekł: Sibbolet – a inaczej nie mógł wymówić – chwytali go i zabijali u brodu Jordanu. Tak zginęło przy tej sposobności czterdzieści dwa tysiące Efraimitów.

Szybolet po japońsku

Z kolei w czasie II wojny światowej na Pacyfiku wielu japońskich szpiegów starało przedostać się do jankeskich baz, udając członków filipińskiego lub amerykańskiego personelu. Na nich również czekał szybolet. Aby nie wpuścić wroga w swoje szeregi, każdy podejrzany musiał zaliczyć „lingwistyczny test”. Japończykom serwowano wyraz lollapalooza, podobno amerykański kolokwializm, z którego wymówieniem mieli problemy obcokrajowcy, nawet od lat używający american-english. Dla Japończyków lollapalooza, była nie do przejścia. W Japonii z reguły „l”, wymawia się jak „r”. Wystarczy obejrzeć klasyczne thrillery z tego kraju z udziałem gumowatych monstrów, które rozpychają się między wieżowcami. Wśród nich, nie inaczej, bryluje Godzirra. Zatem, gdy tylko amerykański wartownik, w odpowiedzi na zadany test, usłyszał – rorra… – od razu otwierał ogień…

Perejil, czyli szybolet dyktatora Trujillo

W języku hiszpańskim, w Dominikanie, takim testem-szyboletem, przeciwko haitańskim imigrantom było słowo perejil. I tutaj podobnie, pozytywny wynik testu oznaczał życie, negatywny – natychmiastową śmierć. Kiedy gwardziści Trujillo nie wiedzieli, z kim mają do czynienia, sprawdzali to w dwojaki sposób. Albo potrząsali przed oczami zatrwożonego nieszczęśnika wiechciem pietruszki i pytali ¿Qué es esto?, co to jest, albo od razu kazali mu powiedzieć „pietruszka”, ¡Di perejil!. Los człowieka w obu przypadkach zależał od tego, czy prawidłowo wymówił słowo perejil, lub czy w ogóle je wymówił…

Haitańczyk, który przecież mógł hiszpańskiego nie znać nic a nic, ale jakoś pojął, że dominikańskiemu oprawcy, ściskającemu maczetę, chodzi o nazwę warzywa, nie kombinował, tylko machinalnie odpowiadał po swojemu, pewnie po kreolsku – pèsi. I został ścięty. Inny Haitańczyk, który mówił już trochę po hiszpańsku, i być może nawet wiedział, że chodzi o perejil, i tak w odpowiedzi użył kreolskiego, bo tylko na to go było stać w ogromnym stresie i panice. Został ścięty. Kolejny Haitańczyk, który rozumiał hiszpański, bo przebywał w Dominikanie od dawna, albo wcześniej mieszkał w rejonie przygranicznym po stronie Haiti i mówił po hiszpańsku równie dobrze, jak po kreolsku, bez problemu mógł więc, czy to powtórzyć – „pietruszka” – za gwardzistą , czy też dać właściwą odpowiedź, w języku, w jakim tamten zadał pytanie. I odpowiedź dał. Po czym został ścięty. Niefortunnie, w słowie perejil (wym. perehil) zgubiła go głoska „r”.

Haitańczycy, mówiąc po hiszpańsku z kreolskim akcentem, nie radzą sobie z charakterystycznym, drżącym brzmieniem tej właśnie głoski. Spotykając w Dominikanie imigrantów z Haiti, szczególnie w Santo Domingo, i z długą praktyką na obczyźnie, nie zawsze od początku miałem pewność, że to oni. Bywało, że mylił mnie kolor ich skóry. Wystarczyło jednak, że użyli przy mnie hiszpańskiego, i to całkiem poprawnego, a nie miałem już wątpliwości. W 1937 roku Haitańczyk tracił życie, ponieważ w czujnych uszach żandarma, zamiast perejil, wybrzmiewało coś wyraźnie płaskiego, coś pomiędzy „pe-he-żil” a „pe-we-żil”. O niezwłocznym wykonaniu wyroku decydowały w zasadzie dwie pierwsze sylaby…

Warto jeszcze nieco przeanalizować lingwistycznie, tę śmiercionośną komendę żandarmów, ¡Di perejil!, czyli „Powiedz «pietruszka»!” W dominikańskim wariancie języka hiszpańskiego ta wykrzyknikowa fraza mogłaby zyskać, co najmniej trzy różne brzmienia, w zależności od regionu kraju. Jeśli pytanie padło na zachód od Santiago de los Caballeros, gdzieś w Dolinie Cibao, gdzie masakry miały intensywny przebieg, ofiary mogły raczej usłyszeć ¡Di peiejil! (wym. pejehil). Występuje tu dość popularna zamiana „r” na „i”. Dlatego na przykład w Santiago słychać, poi favoi zamiast por favor („proszę”), albo mi amoi zamiast mi amor („miłości moja”).

Jeśli potencjalnego Haitańczyka osaczono w ulicznym zaułku Santo Domingo, albo w okolicach dominikańskiej stolicy, to pewnie usłyszał ¡Di pelejil! (wym. pelehil). W tej części kraju powszechnie zamienia się „r” na „l”, i można wyłapać, że por favor brzmi, jak pol favol, a mi amor, jak mi amol. Chyba, że powie to ktoś, kto akurat odwiedził stołeczne miasto, przyjeżdżając z El Cibao…

Z kolei podczas obław w południowo-zachodniej Dominikanie, Haitańczyk byłby zmuszony powtórzyć ¡Di perejir! (wym. perehir). Tutaj „l” przechodzi w „r”, czyli odwrotnie niż w Santo Dominigo…

Jacques Stephen Alexis pisze:

„Porucznik rzucił nowy rozkaz, aby pobudzić do działania swoich ludzi, którzy teraz, w obliczu rzezi, stracili poprzedni ferwor. Własnoręcznie, jednym dźgnięciem sztyletu w serce, dobijał rannych, potem odwracał trupy nogą. Podkomendni wzięli przykład z dowódcy. Któryś z robotników uniósł się wsparty na boku i ryknął ile sił w płucach: – Mordercy! Mordercy! Słowa zamarły mu w gardle. Dobił go sztylet oficera. Ale już inny, jakiś rudzielec trzymający się za rozszarpany brzuch, zaczął krzyczeć: Perejil! Perejil! Perejil! Czyżby to był obywatel Dominikany? Porucznik podszedł bliżej, zamierzył się, i nieszczęśnik znieruchomiał na zawsze…”(1)

Nietrudno sobie wyobrazić, że tego rodzaju zróżnicowanie językowego akcentu w relatywnie niewielkim kraju, szczególnie w tamtym dniach terroru i zmasowanego napięcia, w czasie popłochu i powszechnej trwogi, mogło przełożyć się na skutki, jakie bezpośrednio i dobitnie odczuli, zarówno Haitańczycy, mordowani systematycznie, oraz Dominikańczycy, których mordowano przez pomyłkę, ale i z premedytacją, w celu zgładzenia niewygodnych świadków masakry, jakiej mogli dać potem świadectwo…

Mówi Hilarion, Haitańczyk, z powieści „Generał Słońce”:

„…To, co nam zrobili złego… nie mogę ci przysiąc, że zapomnę, nie potrafiłbym chyba nigdy… Ale jeśli z życiem ujdziemy, nigdy nie pominę okazji, żeby powiedzieć, jak wiele niektórzy Dominikańczycy zrobili, aby nas ratować…”(1)

Masowe mordy trwały tydzień, od 2 do 8 października 1937 roku, kiedy sam Trujillo oficjalnie nakazał je wstrzymać. Nieoficjalnie, trwały o wiele dłużej… Wtedy też porzucono maczety a załadowano karabiny, i kontynuowano czystki w sposób bardziej „wydajny”. Szacunki, co do ofiar są bardzo różne. Źródła podają, że zginęło od 15 to 35 tysięcy Haitańczyków…

Nie potrafili wymówić poprawnie – perejil

Dwie młode mulatki, Dominikanki, jakie spotkałem jadąc na pace terenowego wozu i które mnie poniekąd (nieświadomie) zainspirowały do przybliżenia tutaj mrocznego wycinka dominikańsko-haitańskiej historii, wymawiały perejil bezbłędnie, jednocześnie otwarcie drwiąc z tego, co ponad siedemdziesiąt lat wstecz stanowiło efemeryczną granicę między życiem a śmiercią. Wygląda na to, że granica ta wciąż istnieje, tyle że dzisiaj perejil już nie zabija dosłownie, za to niejednokrotnie dzieli mikroświat Hispanioli na lepszych i gorszych…

Być może warto znać tę opowieść o perejil’u i przypomnieć ją sobie podczas wojaży po Dominikanie, obserwując ulicznego handlarza, Haitańczyka, który sprzedaje świeże mango, na przykład tuż przy starówce w Santo Domingo, albo konwersując z obnośnym sprzedawcą czegokolwiek, również Haitańczykiem, na którejś z dominikańskich plaż. Gdy się okaże, że nasz, dajmy na to, francuski a ich angielski są nijakie przy próbach dogadania się, zagadajmy po hiszpańsku, być może znają. I wtedy na pewno powiedzą coś z kreolskim akcentem…


(1) Cytaty pochodzą z powieści: Jacques Stephen Alexis „Generał Słońce”, w tłumaczeniu Małgorzaty Hołyńskiej, wydanej nakładem wydawnictwa Czytelnik w 1958 roku.

(2) Fragment opisu spojrzenia Trujillo pochodzi z powieści: Mario Vargas Llosa „Święto Kozła”, w tłumaczeniu Danuty Rycerz, wydanej nakładem wydawnictwa Dom Wydawniczy REBIS w 2003 roku.

(3) Sparafrazowana wypowiedź Trujillo (w tłumaczeniu własnym) pochodzi z: Michele Wucker „Why the cocks fight. Dominicans, Haitians and the struggle for Hispaniola”, Hill and Wang 1999.

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *