Planeta Guajira

Po łuszczącej się ramie okiennej w pokoju hotelowym snuł się gekon, leniwie i bez łowczego napięcia. Pewnie trawił insekty, jakie wcześniej upolował. Może w ten sposób oczyścił teren, dzięki czemu obudziłem się w dobrym stanie, niepokąsany.

Javier przyjechał po mnie fordem pickupem o świcie, o piątej, gdy zapiały pierwsze koguty, bo Ríohacha to czasem wioska, która wrosła w chaos karaibskiego miasteczka. Poprzedniego wieczoru wspominał, że z niego madrugador, czyli „ranny ptaszek”. Zresztą, wolał ruszyć jak najwcześniej, aby większość trasy pokonać w chłodzie, nie walcząc z piekielnym słońcem na półwyspie Guajira. Liczył, że w ciągu sześciu godzin dotrzemy do celu – do najbardziej na północ wysuniętego kawałka Ameryki Południowej, do Punta Gallinas. Kiedy wjechaliśmy na most, w notesie zapisałem nazwę rzeki – Río Ranchería, spodobała mi się, zapadała w pamięć, nie mogłem podejrzewać, że stanie się później „kluczem” do całego półwyspu: ta rzeka niepokojąco wysychała.

Javier zatrzymał samochód na poboczu, przy drewnianym ni to kiosku, ni szałasie. Wychynął z niego zaspany człowiek. Okazało się, że handlował benzyną przeszmuglowaną z Wenezueli. Przed kwadransem tankowaliśmy na normalnej stacji, teraz Javier dokupił kilka pełnych plastikowych kanistrów. Wrzucił je na pakę forda a tamtemu zapłacił. Ta wenezuelska bajura jest o niebo tańsza, amigo, trzeba sobie radzić – wyjaśnił. Spojrzałem przed siebie, już świtało. Wschodzące słońce rozcięło horyzont nieprawdopodobną feerią barw. Patrzyłem na to, jak na obraz malowany na żywo, tam w oddali. To było pokrzepiające, bo świt zawsze dodaje otuchy. Wychudzone kundle biegały środkiem drogi, sporo ryzykując. Natomiast jakieś dwieście metrów dalej stał policyjny patrol, jeden motor, dwóch policjantów. Nie interesowali się nami, mieli swoje sprawy.

Na trasie Ríohacha – Maicao w stronę granicy z Wenezuelą notowałem nazwy kolejnych comunidades, rodzinnych klanów Indian Wayuu: Cucurumana, Mayapo, Buayarumana. Gdybym je usłyszał, zamiast sczytywać z wyblakłych tablic na poboczu, pomyślałbym o sekretnych ziołach w spiżarni szamana, albo o świętych kwiatach zrywanych podczas pełni w amazońskiej dziczy. Dwie, może trzy takie nazwy wystarczyłby do pobudzenia wyobraźni, lecz było im tam znacznie więcej, były ich dziesiątki. Na jedynym znaczącym skrzyżowaniu w okolicy zjechaliśmy z drogi numer dziewięćdziesiąt, prowadzącej dalej na wschód do przejścia granicznego, kierując się na północ do miasta Uribia, „indiańskiej stolicy Kolumbii”, gdzie czekało nas uzupełnienie zapasów na lokalnym targowisku.

Na zwalistym nasypie, równolegle do szosy, którą teraz jechaliśmy ciągnęły się tory kolejowe. Pociąg towarowy woził tędy węgiel z kopalni „Cerrejon” w Dolnej Guajirze na wybrzeże, do Puerto Bolivar. Było coś niepokojącego w jego monstrualnej bezosobowości. Równie dobrze mógł nie istnieć. Toczył się w tym narastającym skwarze, jak w letargu.

W Uribii zjedliśmy śniadanie w jednym z barów. Mrukliwa Indianka Wayuu o kruczoczarnych, lśniących włosach podała nam gorące kukurydziane placki arepas, jajecznicę z pomidorami i cebulą oraz kawę. Rozchmurzyła się, gdy dostała więcej, niż wynikało z rachunku. W rogu siedziało czterech policjantów, jedli jakąś smażeninę, prawie nie rozmawiali. Pojechaliśmy na targ. W centrum miasta widziałem mężczyzn Wayuu zamiatających zakurzony skwer Plaza Colombia przaśnymi miotłami: syzyfowa praca, bo piasek wdzierał się wszędzie, był tutejszą „ziemią”, nie można go było zamieść. W sklepie – baraku, jaki utkwił na skraju bazarowego szaleństwa, stała olbrzymia lodówka. Javier wytargał z niej dwa worki lodu w kostkach, które wrzucił do termicznego styropianowego pudła. „Wiele lat później, stojąc naprzeciw plutonu egzekucyjnego, pułkownik Aureliano Buendia miał przypomnieć sobie to dalekie popołudnie, kiedy ojciec zabrał go z sobą do obozu Cyganów, żeby mu pokazać lód.” – pisał G. G.  Márquez w „Stu latach samotności”…

Kupiliśmy dodatkowe baniaki z wodą, napoje gazowane Pony malta oraz mnóstwo cukierków i ciastek dla indiańskich dzieciaków. Wezmę piwo na wieczór – mówię do Javiera – wypijemy leżąc w hamakach! Uśmiechnął się. Wziąłem całą zgrzewkę, czyli dwadzieścia cztery puszki cerveza Aguila. Kilka od razu włożyłem do lodu. Czterdzieści parę kilometrów za Uribią stanęliśmy przy szmaragdowym stawie, jaki mógł przypominać o dawnej tutejszej rzece. Brodziło tam stado różowych ptaków, które z odległości wyglądały jak flamingi. Wybudziły w nas, choćby na chwilę,  jakąś ornitologiczną pasję. Były to jednak warzęchy różowe (Platalea ajaja) z dziobami, jak łyżki do butów.

Gdyśmy około południa wjeżdżali w bezmierne przestrzenie półwyspu Guajira pomyślałem, że byłaby to jakaś wersja raju, gdyby na tych pustkowiach nie zamieszkał człowiek, biorąc na siebie to „rajskie” okrucieństwo. Dla obcego z zewnątrz, Guajira może być kalejdoskopem pejzaży, jakie potrafią wyciągnąć z duszy niejeden zachwyt. Jednak wystarczy spojrzeć na tych, którzy próbują tam przetrwać, aby odkryć, że oni w tej krainie marnieją, że to jest kraina zapomnienia. La Guajira – uwieczniona w realizmie magicznym powieści G.G. Márqueza istnieje naprawdę. Jest suchą, rozpaloną słońcem ojczyzną Indian Wayuu, największej etnicznej wspólnoty w Kolumbii. Poraża krajobrazami, lecz wyciska z człowieka ostatnie poty, wyciska z niego wszystko.

To są pełnoprawne Karaiby, ogromne karaibskie połacie, lecz daleko im do Karaibów, o jakich myślimy. To jest karaibska półpustynia z wiecznie wirującym pyłem; białym, żółtym, czerwonym, każdym. To jest okrutna geografia, jakby sawanna Kalahari pomieszana z meksykańską prerią i Saharą. Ostatni raz widziałem taką marność w haitańskim interiorze, takie opuszczenie i uderzającą „tymczasowość”… w stanie ciągłym. Guajira to kraj w kraju, o jakim nikt nie chce pamiętać, albo przypomina sobie o nim raz na jakiś czas, by wyczyścić sumienie, by wyciągnąć stamtąd głosy w kolejnych wyborach; lokalnych, czy innych. Bo przecież Guajira to wciąż Kolumbia, choć na uboczu tego kolumbijskiego świata. Planeta Guajira – czarująca i zarazem okrutna.

Na wijących się, jak wielkie żmije piaskowe szutrowych drogach Guajiry trafialiśmy z Javierem na dwa rodzaje blokad. Jednych pilnowali dorośli, drugich dzieci. Blokada to dwa drewniane słupy, wbite po obu stronach drogi. Między nimi przeciągnięty sznur, raz napięty, raz luźny, z jaskrawym „ostrzegawczym” trokiem, aby z daleka było widać, że trzeba zwolnić, zatrzymać się. Żadne to płonące, niewróżące niczego dobrego blokady, o jakich pisał Kapuściński z nigeryjskich szlaków, jakie zresztą Kapuściński forsował jeepem, by przeżyć. Dorośli chcieli za przejazd kolumbijskie pesos. Nie chcieli wenezuelskich boliwarów, choć Wenezuela tuż za miedzą. Raz brali co łaska, innym razem podawali konkretną sumę, negocjowali.

Dorosłych pilnujących „naszej blokady” było pięciu, ponoć pracowali od rana, cenili się: Monety same dajesz, to za mało, daj dziesięć tysięcy! Równali drogę, polepszali ją: łopatami, kilofami, czym się dało. Z miejsca na miejsce przenosili wiadrami grudy ziemi. W długich ubraniach, długich butach, pod tym żarem. Po deszczach droga miała być po ludzku przejezdna, wcześniej gdy napadało odcinek ten zmieniał się ponoć w „błotniste mydło”, nie do sforsowania. Był środek pory deszczowej, Juyapu. Niewiele na to wskazywało. Świat wokół wyglądał tak, jakby dalej spalał się w Jemial, w niepojętej suszy.

Javier dał robotnikom, ile zażądali, pamiętał, co się tu działo, że jeździło się naokoło, traciło czas. Wyznaczony poborca „myta” mruknął z aprobatą, zdjął blokadę i podszedł do swoich, zadowolony. Robotnicy mieli fajrant. Siedzieli pod drzewem, w cieniu, coś jedli, czymś się dzielili, z plastykowej butelki pili jakąś ciecz. Ostatni leżał na hamaku, sjestował. Cała piątka robotników miała indiańskie twarze, byli tutejsi, byli Wayuu, między sobą mówili w języku wayuunaiki. Wpatrywali się w nas do końca, bez zaciekawienia, raczej rutynowo. Nie były to złe spojrzenia, tylko nieruchome, zmęczone słońcem. Dostali swoje, mogliśmy jechać dalej. Za dwa dni dostaną resztę, gdy będziemy wracać.

Za to, dzieciaki indiańskie na blokadzie puszczały za cokolwiek. Już to, że udało im się zatrzymać dorosłych było wyczynem. Na moment też same doroślały. Podchodziły do auta z poważnymi minami „urzędników”. Nie wyciągały prosząco dłoni, tylko czekały, licząc na coś więcej. Javier wręczał im galletas, ciastka. Miał je pod ręką. Na każdej blokadzie po dwa, trzy opakowania, aby starczyło na kolejne przepustki. Dziękowały uśmiechem szczerym, wdzięcznym i od razu dzieliły słodkie łupy, znowu dziecinniały, przeszło im udawanie starszych. Kiedy wyczerpał się zapas ciastek, zostały monety, lecz pieniądze to najgorsza waluta dla dzieci, bezwartościowa, szczególnie gdzieś pośrodku niczego.

Nie zapomnę miny chłopca, może pięcio-, sześciolatka, miniatury mężczyzny, też Wayuu, który targał z mozołem dwa kanistry z wodą, od ich ciężaru napinały mu się ledwo zarysowane mięśnie. Spotkaliśmy go poza blokadą. Stanął przy wielkim kaktusie yosú, odstawił kanistry i wpatrywał się w nas badawczo. Javier zatrzymał auto. Podałem małemu przez okno napój Pony malta, jeszcze zimny, wyjęty z podręcznej lodówki. Chłopiec pojaśniał ze szczęścia. Przyszła mi do głowy myśl, że gdyby na wszystkich blokadach świata stały dzieci proszące o słodycze w zamian za przejazd, jak te w Guajirze, mielibyśmy z grubsza pokój. Ten indiański chłopiec był twarzą Guajiry, w której została nadzieja!

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *