Pociąg do Latynosów

Paul Theroux chciał koniecznie napisać kolejną książkę o przemieszaniu się, bo znowu go znudziło czytanie relacji podróżniczych ze sztampowych miejsc, czytanie o wydeptanych wcześniej atrakcjach, o zachwytach, jakie te atrakcje wywołują, itp. Dotarłeś tam, jesteś tam, wykąpany, odżywiony, z resztkami  jet lag’u w głowie i teraz opowiesz nam, co zrobiłeś, co zrobisz, dzień po dniu.

W porządku, ale jak tam trafiłeś, kolego? To mnie najbardziej intryguje.

Przecież to jest boleśnie odczuwana fizyczność, takie jeżdżenie po świecie długim i szerokim, w ciasnych zapyziałych busach, w dusznych, prześmierdłych wagonach, takie spanie pokotem, gdzieś na obszczanych poczekalniach, na parszywych materacach, to jest często ponad siły, to są niewygody okrutne, uciążliwości, to jest zwichnięta dupa, oczy przekrwione, stopy jak balerony, kostki w bąblach, obżarte przez robactwo latające, pełzające, jednodniowe, czy nieśmiertelne. Przecież to jest też tragedia spotkania współtowarzysza, jaki cię może zamordować nudą, któremu bilet kończy się tam, gdzie tobie, to jest ryzyko, że w kraju gdzie zaraz wjedziesz ludzie zrobią przewrót, albo cię nie polubią boś taki a nie inny i to nie twoja wina.

Albo całkiem w drugą stronę – wszystko potoczy się tak, jak trzeba i będziesz w tej podróży szczęśliwy, będziesz łapać oddech, jak nigdy przedtem i nikt się o tym szczęściu nie dowie, taka strata. Cała rzecz w tym, że znaczenie ma sama podróż i to, czego wtedy doświadczamy, tu tkwi esencja podróżowania, w drodze. „Docieranie”, jakie by ono nie było, jest przygodą pełniejszą niż „dotarcie”. To jakby próbuje udowodnić Theroux. Co więcej, on się garnie, aby jechać przez rozmaite grajdoły, pipidówy, wygwizdowy. Tam znajduje azyl.

„Chyba wtedy zacząłem rozumieć, dlaczego zawsze czułem się szczęśliwszy w zapadłych dziurach, dlaczego tak mnie urzekła obcość Santa Any, czemu szukałem niezwykłych zakątków Gwatemali i meksykańskich pustkowi. Może w tym kryła się przyczyna mojej potrzeby poszukiwania nieprzeniknionego magnetyzmu egzotyki: w najdzikszym miejscu wszyscy sprawiali wrażenie tak marginalnych, tymczasowych, niezręcznych, głodnych i zmęczonych, że jako podróżnik mogłem być anonimowy, albo nawet, paradoksalnie, pasować do całości w ten sam tymczasowy sposób”. 

Theroux napisał więc książkę „Stary Ekspres Patagoński” (1979) o pokonywaniu dystansu, o tym że jedzie z puntu A do punktu B, tyle że punkty te dzieli ogromna przestrzeń, wiele tysięcy kilometrów, bo jeden jest w Ameryce Północnej, w bostońskim metrze, pełnym ludzi zakutanych w zimowe palta, a drugi w Ameryce Południowej, na zapomnianym pustkowiu Patagonii, gdzie otępiały zawiadowca stacji daje pić przesłodzoną yerba mate. Kawał trasy przez mozaikową, szaloną geografię dwóch kontynentów; przez rozgrzaną pustynię, przez kipiący zielenią tropik, przez lodowate, posępne góry, i to wszystko po torach stuku puk, stuku puk, bo pisarz ten i podróżnik znany jest ze swego zamiłowania do wszelakich pociągów. Wcześniej przejechał nimi z Europy do Azji i z powrotem, o czym poinformował świat w swojej debiutanckiej powieści podróżniczej „Wielki bazar kolejowy” (1973).

Theroux udaje się w tę kolejną, daleką podróż sam, jak ma to w zwyczaju. Precyzyjnie wyjaśnia, dlaczego tak mu wygodniej. To są poniekąd cenne myśli.

„Podróż jest, w najlepszym razie, samotnym przedsięwzięciem: jeśli chcesz coś zobaczyć, zbadać, ocenić, musisz być sam, nieobarczony niczyim towarzystwem. Inni ludzie mogą cię zwieść; do twoich splątanych wrażeń dokładają własne; jeśli są w nastroju towarzyskim, zaciemniają ci widok, jeśli zaś są nudni, niszczą ciszę retorycznymi stwierdzeniami, zakłócając twoją koncentrację zdaniami: „Och, popatrz, pada” albo „Dużo tutaj drzew”.”

„W towarzystwie innych ludzi trudno wyraźnie widzieć lub myśleć. Nie tylko czuję się onieśmielony, ale – jeśli obok mnie ktoś głośno myśli – trudno mi zapanować nad przemyśleniami, niezbędnymi w procesie pisania. Inni ludzie odwracają moją uwagę, ale ja szukam nowych odkryć. Klarowność samotności jest niezbędna, by uchwycić wizję, choćby banalną; w takim prywatnym nastroju wydaje się wyjątkowa i godna uwagi. Kiedy czuję się podle, coś stymuluje mój umysł, sprawiając, że staje się niezwykle podatny na ulotne wrażenia. Później wrażenia te mogą zostać odrzucone lub skasowane, ale mogą też zostać potwierdzone i oczyszczone; tak czy owak miałem satysfakcję ukończenia całej sprawy w samotności.”

„Nie chciałem patrzeć na świat oczami innych ludzi. Kiedy pokażą ci coś, co już widziałeś, zdajesz sobie sprawę, że spostrzegłeś coś dość oczywistego; kiedy pokażą ci coś, co przegapiłeś, czujesz się oszukany, a prawdziwe oszustwo następuje wtedy, gdy pokazujesz to potem innym jako swoje własne odkrycie.”

Oczywiście, byłoby nazbyt romantyczne śmigać samotnie te niepoliczalne kilometry z północy na południe jednym, tytułowym ekspresem. Nie ma takiej linii kolejowej, dajmy na to, panamerykańskiej. Zresztą, w jako takim komforcie można sobie jechać pociągiem po krajach, w których akurat nie ma wojny domowej. A tak nie dało się z Nikaraguą, gdzie partyzanta ścierała się w owym czasie z rodziną Somozów. Theroux musiał ominąć krytyczne rewiry, czego bardzo żałował, choć do głowy by mu nie przyszło, aby się pchać między kule. Z Salwadoru przez Nikaraguę przeskoczył do Kostaryki. W Panamie, gdy się już napatrzył na sławetny Canal de Panamá i na tamtejszą biedę, to również musiał zapakować się w samolot i przelecieć do Kolumbii, bo przesmykiem Darién pociągi nie jeżdżą żadne, nawet „widmo”, „byle jakie” czy „złote”.

Kolumbijska ziemia przywitała go na wybrzeżu, w Barranquilli, w mieście, jakie tyle dobrego zrobiło dla Gabriela Garcíi Márqueza, i jakie już od roku niańczyło niejaką Shakirę Isabel Mebarak Ripoll, która kiedyś przekona świat, że „moje biodra nie kłamią”. Jednak Barranquilla nie przypadła autorowi do gustu, uciekł do Santa Marty, gdzie wreszcie ponownie ulokował się w pociągu, byle na południe, do Bogoty, potem do Cali i tak dalej, konsekwentnie do celu. W sumie, Theroux zobaczył z okien różnych pociągów (niektórych o poetyckich nazwach, jak La Estrella del Norte, czy Lagos del Sur) kraje takie jak: USA, Meksyk, Gwatemala, Salwador, Kostaryka, Kolumbia, Ekwador, Peru, Boliwia i Argentyna. Dotarł, gdzie miał dotrzeć, na skraj świata, swoje zrobił. Niewiele więcej było do zrobienia.

„Sama nicość, będąca dla nieustraszonego podróżnika początkiem, dla mnie oznaczała koniec. Oto przyjechałem do Patagonii, a kiedy przypomniałem sobie, że dotarłem tu z Bostonu, metrem, którym ludzie dojeżdżają do pracy, wybuchnąłem śmiechem”.

Cały Paul Theroux. Za to go dość lubię.

[„Stary Ekspres Patagoński”, Paul Theroux, Wyd. Czarne 2012]

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *