Polska dusza latino

Julitę Osińską, znaną również jako @polacaviajera, mega pozytywną dziewczynę i podróżniczkę poznałem najpierw wirtualnie, na Instagramie… przy dominikańskim piwie Presidente w listopadzie 2016 roku. Tak to często działa. Opublikujesz post, który obudzi w kimś dobre wspomnienia; albo przeniesie w pożądany podróżniczy młyn, w miejsca skąd dusza wracać nie chce, gdzie dusza czuje się najlepiej…

Julita pokochała Amerykę Łacińską i wzięła się za latynoskie marzenia pełną parą. Widziała Argentynę, widziała Kubę, widziała wiele innych rewirów, między tymi krajami: w Ameryce Południowej, Północnej; na Karaibach.

Opowie nam o swoich inspirujących wojażach po lądzie południowoamerykańskim…

Naszą bohaterkę, mieszkającą na co dzień w Barcelonie, spotkaliśmy z Kingą na żywo w Warszawie, latem 2020 (pandemicznego) roku. Przy paru mojitos, w karaibsko-żoliborskim barze Boogaloo Beach Bar, zrodziła się idea tego materiału…

„Mówi się, że w przypadku silnych objawów choroby wysokościowej należy zjechać w dół, ale jak to zrobić kiedy znajdujesz się na altiplano, czyli na płaskowyżu, gdzie nie da się zjechać na niższą wysokość!? To był bardzo trudny moment dla nas wszystkich, absolutnie nie spodziewaliśmy się tak silnych objawów i nie byliśmy przygotowani na taki przebieg zdarzeń.”

Z wielką przyjemnością, w aurze czystej przygody (z czołem spoconym i oddechem zapartym) zapraszam na…

 

…Rozmowę z Julitą Osińską…

Caribeya: Jak to się stało, że znalazłaś się pośrodku największej pustyni solnej świata Salar de Uyuni w Boliwii, w dodatku siedząc na dachu polskiego Żuka i trzymając polską flagę?

Julita Osińska: To było przeznaczenie! A przynajmniej tak lubię to tłumaczyć. O odwiedzeniu Salar de Uyuni, jak i w ogóle kontynentu południowoamerykańskiego, marzyłam już od czasów liceum. Uczęszczałam do klasy dwujęzycznej z hiszpańskim i szalenie zafascynowałam się kulturą Ameryki Łacińskiej. Już wtedy pojawił się pomysł podróży po Ameryce Południowej, ale wiedziałam, że chcę tam jechać na dłużej niż kilka tygodni, dlatego zdecydowałam się poczekać. Na studiach pomysł na dobre zadomowił się w mojej głowie i zdecydowałam, że to będzie idealny plan na tzw. gap year między licencjatem a magisterką. Wiedziałam, że jeśli nie zrobię tego wtedy, to być może już nigdy nie będę miała okazji na tak długą podróż.

Ostatni semestr studiów spędzałam na Erasmusie w Barcelonie i to właśnie wtedy powstał wstępny plan: bronię pracę licencjacką w lipcu, jadę na pół roku do pracy na Wyspy Kanaryjskie i odkładam pieniądze, by w lutym 2016 r. ruszyć w 6-miesięczną podróż. Miałam jechać sama, odwiedzić znajomych w Argentynie, Brazylii, Kolumbii i Meksyku, myślałam też o jakimś wolontariacie (co w rezultacie zrealizowałam), a skończyło się na 3-miesięcznej podróży z ekipą Żukiem Przez Świat. Jak do tego doszło? W zasadzie wszystko za sprawą… jednego postu, na który wpadłam pewnego popołudnia przewijając feed na Facebooku.

Ekipa szukała 2 osób, które zechciałyby dołączyć do wyprawy po Ameryce Południowej polskim Żukiem… w lutym 2016!!! Nie mogłam uwierzyć własnym oczom, od razu zgłębiłam temat, przeczytałam wymogi „rekrutacji” i po chwili wysmarowałam długiego maila pełnego ekscytacji i niedowierzania, że robią taki świetny projekt i do tego wyprawa ma odbyć się dokładnie w terminie, kiedy ja sama planowałam znaleźć się po drugiej stronie Atlantyku. Umówiliśmy się na rozmowę przez Skype (byłam wtedy na Gran Canarii) no i zwyczajnie zaiskrzyło. Zaczęły się przygotowania i 3 miesiące później wylądowałam w Argentynie, by przeżyć podróż życia z grupą osób, których kompletnie nie znałam!

Zacznijmy więc opowieść o tej południowoamerykańskiej odysei. Wylądowałaś w „Boskim Buenos” i co było dalej?

Dla nas „Boskie Buenos” nie okazało się zbyt łaskawe. Żuka wysłaliśmy do Ameryki Południowej w kontenerze na statku, który miał dotrzeć do Argentyny kilka dni po naszym przylocie. Założenie było takie, że w argentyńskiej stolicy spędzimy 7-10 dni i później ruszymy już w trasę. Jednak firma spedycyjna, która miała załatwić wszystkie formalności dotyczące odbioru Żuka, wystawiła nam rachunek na 8 tys. dolarów, krótko mówiąc zażyczyła sobie kwotę niemal 3 razy wyższą niż ta, której się spodziewaliśmy! Przed wyjazdem zrobiliśmy bardzo dokładne rozeznanie i koszty nie powinny były przekroczyć 3 tys. dolarów. Staliśmy się ofiarami korupcji, która niestety w Ameryce Łacińskiej ma się całkiem dobrze.

Nie chcąc się poddać bez walki, nie zgodziliśmy się na zapłacenie „łapówki” i rozpoczęliśmy szalenie skomplikowany proces wyciągania Żuka z najbardziej skorumpowanego portu Ameryki Południowej na własną rękę. Z pomocą przyszli nam Polacy mieszkający w Buenos Aires, znajomi Rafała Sonika (polski przedsiębiorca i kierowca rajdowy – przyp. red.), który był tam stałym bywalcem ze względu na rajd Dakar i którego ekipa Żuka poznała kilka lat wcześniej w Maroko. Jesteśmy im dozgonnie wdzięczni, bo uratowali naszą wyprawę, która bez ich pomocy prawdopodobnie by się nie odbyła.

Jak to jednak bywa w podróży (i w życiu), nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dzięki tym problemom, spędziliśmy miesiąc u naszego argentyńskiego gospodarza Juana, na prowincji miasta Buenos Aires, miejscu zupełnie nieturystycznym, gdzie mieliśmy okazję uczestniczyć i poznawać kulisy codziennego życia Argentyńczyków. Oni pokazywali nam swoje zwyczaje, jak wspólne picie yerba mate, słynne asados (argentyński grill), lepienie empanadas, czy jedzenie lodów o północy.

Nie chcieliśmy być dłużni, więc chwyciliśmy butelkę po winie i zabraliśmy się za wałkowanie ciasta i lepienie pierogów oraz pieczenie (przesłodzonej) szarlotki (śmiech). Nie zabrakło oczywiście degustacji tradycyjnych trunków, z jednej strony popularny w Argentynie fernet (gorzka ziołowa wódka), a z drugiej przywieziona przez nas polska wódka. Nasza obecność wywoływała również zaciekawienie wśród sąsiadów, którzy z początku myśleli, że jesteśmy studentami na wymianie. Wyprowadziliśmy ich z błędu, a gdy w końcu Żuk zajechał przed dom Juana, sąsiedzi cieszyli się i świętowali ten sukces razem z nami.

Potem rajd tym niebieskim Żukiem na… niebieskiej benzynie po argentyńskich bezdrożach i… trzęsienie ziemi w Chile..?

Tak jest, potem zaczęła się prawdziwa przygoda! Pierwsze noclegi na dziko w pięknych okolicznościach przyrody i setki przejechanych kilometrów bez ani jednej wioski po drodze! To nas bardzo zaskoczyło, bo jednak w Europie nie ujedziemy zbyt długo bez natknięcia się na jakąś nawet malutką wieś. W Ameryce Południowej jest mnóstwo takich niezabudowanych terenów, dzięki czemu możemy rzeczywiście poczuć przestrzeń i ogrom przyrody.

 

 

Z kolei awarie Żuka, które zaczęły się już od samego początku, były po prostu integralną częścią tej przygody (śmiech). Jeszcze w Argentynie Żuk zaczął się dławić, szarpać i gasnąć, a my nie mieliśmy pojęcia dlaczego. Po wielu próbach napraw, w końcu odkryliśmy, że to wina argentyńskiego paliwa, które zawiera po prostu bardzo dużo etanolu (stąd niebieski kolor) i przez to benzyna wrze w temperaturze niższej niż zazwyczaj. Rozwiązaniem okazało się mieszanie benzyny z olejem! W późniejszych etapach podróży zmagaliśmy się jeszcze z wieloma awariami, ale te nieraz nerwowe sytuacje, teraz wspominamy już tylko z uśmiechem.

Przygodę z Argentyną skończyliśmy przejechaniem północnego odcinka słynnej Ruta 40, czyli drogi ciągnącej się z północy na południe kraju, gdzie krajobrazy dosłownie zapierają dech w piersiach.  Zajrzeliśmy jeszcze do Mendozy, by spotkać się z grupą Argentyńczyków, których poznaliśmy wcześniej w Buenos Aires, a następnie przekroczyliśmy pierwszą granicę lądową na kontynencie południowoamerykańskim i wjechaliśmy do Chile. Tam czekało na nas wspomniane przez Ciebie „trzęsienie ziemi”. Nie chodzi tu oczywiście o fenomen naturalny, tylko o typowy chilijski drink. Składniki tajemniczego napoju to tanie (zazwyczaj) wino, fernet, grenadyna i gałka lodów ananasowych. Choć brzmi niepozornie, trunek mocno uderza do głowy, więc nazwa „terremoto” jest tu jak najbardziej adekwatna!

 

 

Po wizycie w stolicy kraju, ruszyliśmy na północ, w kierunku pustyni Atacama, należącej do najsuchszych obszarów świata, po drodze zatrzymując się m.in. w pokrytym pięknymi muralami Valparaiso, czy w Punta Choros, gdzie mogliśmy obserwować delfiny z gatunku butlonosów oraz pingwiny Humboldta w ich naturalnym środowisku.

Zostańmy przy Atacamie. Przypomina mi się scena z filmu „Dzienniki motocyklowe”. Młody Ernesto Guevara (wtedy jeszcze nie „Che”) i jego kompan podróży Alberto Granado spędzili na tej pustyni lodowatą noc dzieląc żar ogniska i krzepiącą yerba mate z parą autochtonów. Wy, poszukując noclegu w tamtych pustynnych rewirach, trafiliście do „miasta widm” – Pampa Unión. Co się tam zdarzyło?

To było jedno z tych miejsc na trasie, których absolutnie nie planujesz odwiedzić, bo nawet nie wiesz, że istnieją! Tajemnicze miasteczko, a raczej jego pozostałości, zrujnowane i kompletnie opustoszałe budynki… Zaintrygowani, wysiedliśmy z samochodu i zapuściliśmy się w aleje porzuconej osady. W pewnym momencie doszliśmy do bramy prowadzącej na… cmentarz pełen mogił przyozdobionych drewnianymi krzyżami. Po chwili mrocznego spaceru wśród nagrobków, odkryliśmy, że wiele z nich to mogiły małych dzieci…

Chcieliśmy dowiedzieć się, co to za miejsce i jaka jest jego historia, ale nie było tam żadnych tabliczek informacyjnych. Na murach kapliczki dostrzegliśmy kilka napisów nakreślonych markerem, które wskazywały na to, że historia tego miejsca została przemilczana w szkolnych podręcznikach. Początkowo myśleliśmy, że to będzie dobra miejscówka na nocleg, ale po tym krótkim spacerze zdecydowanie zrezygnowaliśmy z tego pomysłu i ruszyliśmy dalej w trasę. Jednak ciekawość i niepokój pozostały. Dopiero po powrocie z wyprawy udało nam się dowiedzieć, że Pampa Unión to jedna z wielu, rozsianych po Atacamie, osad robotniczych związanych z wydobyciem saletry, stąd osady te nazywano „oficinas salitreras”.

Na początku XX w. tamtejsze regiony zostały nawiedzone przez liczne epidemie, mówimy tutaj m.in. o epidemii dżumy, czy żółtej febry. Doprowadziły one do masowych śmierci, a umierały przede wszystkim małe dzieci. W latach 30 zaprzestano eksploatacji złoża i Pampa Unión szybko opustoszała i przeszła do historii, o której nikt głośno nie mówił. Dla nas był to zupełnie nieplanowany punkt na trasie, ale za to właśnie kocham podróże, zawsze dowiesz się czegoś nowego, co pozwala nieustannie poszerzać twoje spojrzenie na świat.

Po mrożącym krew w żyłach epizodzie w Pampa Unión, ruszyliśmy dalej, zgodnie z planem, w kierunku Boliwii – kraju który zaskoczył nas chyba najbardziej z uwagi na dość ekstremalne warunki, kilka podbramkowych sytuacji oraz mnóstwo przygód, ale przede wszystkim niesamowite krajobrazy, jakich nigdy wcześniej nie widzieliśmy.

W Boliwii wjechaliście na wysokość 5033 m n.p.m. To był punkt kulminacyjny wyprawy (a przynajmniej w sensie geograficznym). Jak poradziliście sobie z tym etapem kondycyjnie, łącznie z Waszym wiernym Żukiem?

To był zdecydowanie najtrudniejszy etap podróży, zarówno dla nas jak i dla Żuka, który często się dławił i nie dawał rady podjechać pod górkę. Wtedy nie pozostawało nam nic innego, jak wyskoczyć i siłą ludzkich rąk trochę go pchnąć, by jakimś cudem jednak ten podjazd pokonał. Później trzeba było oczywiście do Żuka (w ruchu) z powrotem wskoczyć, mieliśmy przy tym całkiem sporo zabawy (śmiech). Czasem jednak i to nie pomagało, dlatego na przykład w Chile nie udało nam się zobaczyć gejzerów El Tatio położonych na wysokości 4200 m n.p.m.. Trzeba zaznaczyć, że te problemy wiązały się ze zmniejszoną ilością tlenu dostępnego na takich wysokościach.

Na szczęście męska część ekipy znalazła lekarstwo na dolegliwości Żuka dzięki czemu mogliśmy jechać dalej zgodnie z planem. Jednak choroba wysokościowa dotknęła nie tylko Żuka, prędzej czy później musiała też dopaść i nas. Ja miałam tylko jeden moment kryzysowy, kiedy w Boliwii po nocy spędzonej na 5000 m n.p.m. wyszłam nad ranem z namiotu z bólem głowy i czułam, że brakuje mi powietrza. Swoją drogą to była najzimniejsza noc podczas całej wyprawy, myślę że było wtedy kilka stopni poniżej 0°C, a my nie mieliśmy sprzętu dostosowanego do tak niskich temperatur. Jestem pewna, że tamtej nocy miałam na sobie prawie całą zawartość plecaka. Ale to nie mnie, a inną członkinię wyprawy – Olę, choroba dotknęła najbardziej.

Muszę przyznać, że przeżyliśmy momenty grozy, kiedy dosłownie pośrodku niczego, Ola zaczęła potwornie gorączkować, przeszywały ją dreszcze, a ból rozsadzał jej głowę niczym dynamit. Mówi się, że w przypadku silnych objawów choroby wysokościowej należy zjechać w dół, ale jak to zrobić kiedy znajdujesz się na altiplano, czyli na płaskowyżu gdzie nie da się zjechać na niższą wysokość!? To był bardzo trudny moment dla nas wszystkich, absolutnie nie spodziewaliśmy się tak silnych objawów i nie byliśmy przygotowani na taki przebieg zdarzeń. Wokół nas ani żywej duszy, tylko góry i laguny, przed nami i za nami szutrowa droga biegnąca, wydawać by się mogło, donikąd, bo najbliższa wioska oddalona była o dobrych kilka godzin jazdy. Zdecydowaliśmy zawrócić na granicę parku narodowego w nadziei, że może strażnik rezerwatu będzie nam w stanie jakoś pomóc lub coś doradzić.

Na szczęście okazało się to właściwą decyzją, ponieważ właścicielka malutkiego schroniska, które stało obok budki strażników, poratowała Olę magicznym naparem z ziół chachacoma, który sprawił, że zaczęła odzyskiwać siły. Właściciele schroniska pozwolili nam rozbić namioty obok chatki, a Oli udostępnili łóżko i koce, by mogła lepiej odpocząć.

 

 

Następnego dnia, bez pośpiechu, ruszyliśmy w głąb altiplano oglądając po drodze niesamowite krajobrazy: wulkany, gorące źródła, gejzery oraz kolorowe laguny wypełnione setkami różowych flamingów. Widoki tak oszałamiające, że momentami trudno było uwierzyć, że wciąż jesteśmy na Ziemi! Po około 5 dniach jazdy przez bezdroża, bez dostępu do bieżącej wody i na resztkach paliwa oraz jedzenia dotarliśmy do Uyuni, gdzie mogliśmy w końcu zmyć z siebie cały pył, piach i pot. W takich momentach człowiek dopiero docenia, jakim przywilejem jest dostęp do bieżącej wody! Cały ten trud i wysiłek był oczywiście absolutnie wart tego, co czekało na nas “za rogiem”.

Mowa oczywiście o Salar de Uyuni – najbardziej niesamowitym miejscu w Boliwii, a może i w całej Ameryce Południowej. To właśnie tam znalazłam się na dachu Żuka wymachując dumnie polską flagą.

Na innym zdjęciu, zrobionym także w Salar de Uyuni, zasuwasz śmiało z deską surfingową pod pachą. Jak wspominasz surfowanie na tym największym na świecie „naturalnym lustrze”?

To, jak pewnie się domyślasz, kolejna szalona historia! W podróży poznajemy zawsze mnóstwo ludzi, często są to spotkania bardzo przypadkowe, kilkuminutowe rozmowy i wymiana doświadczeń oraz wskazówek na dalszą podróż. Takie właśnie było nasze spotkanie na stacji benzynowej w San Pedro de Atacama w Chile. Poznaliśmy tam 3 Australijczyków, którzy przemierzali 3 Ameryki (z Patagonii po Alaskę) na motocyklach z deskami surfingowymi u boku. Kilka minut rozmowy i każdy pojechał w swoją stronę. Jakie było nasze zdziwienie kiedy około tydzień później wpadliśmy na siebie na ulicach Uyuni w Boliwii! Krótka pogawędka i już urodził się plan na wspólne obozowisko na Salar de Uyuni zakrapiane polskimi trunkami, które uchowały się na specjalne okazje (śmiech).

Ten obszar należy do najbardziej płaskich na świecie, różnica wzniesień wynosi zaledwie 41 cm. Pobudza to kreatywność i wiele osób robi sobie śmieszne zdjęcia wykorzystując grę perspektywy. Można ustrzelić naprawdę genialne ujęcia, ale my bawiliśmy się w nieco inny sposób. Daliśmy upust wyobraźni i wykorzystując, co było pod ręką trochę poszaleliśmy. Byli tacy, co jedli jajka doprawione solą z pustyni, inni grali w golfa lub tańczyli w strojach dinozaurów, a ja stęskniona za oceanem i surfowaniem wskoczyłam w kostium kąpielowy, dorwałam deskę jednego z naszych Australijskich kolegów i biegając po tej słonej „plaży” cieszyłam się na wspomnienie lekcji surfingu na Gran Canarii, gdzie mieszkałam tuż przed wyprawą.

 

 

Warto podkreślić, że Salar de Uyuni to miejsce inne, niż wszystko co do tej pory widzieliśmy. Słynie głównie z niesamowitego efektu lustra, który tworzy się podczas pory deszczowej, kiedy Salar pokrywa cienka warstwa wody. Z pewnością widziałeś zdjęcia na których nie sposób odróżnić, gdzie jest niebo, a gdzie ziemia. Zobaczyć ten efekt na własne oczy… to było moje wielkie marzenie! Akurat wyszło tak, że na Salar dotarliśmy na przełomie pory deszczowej i pory suchej, więc obszarów wciąż pokrytych wodą było już niewiele. Własny samochód dał nam jednak niezależność i za radą lokalnego przewodnika zapuściliśmy się w głąb pustyni, we wskazanym przez niego kierunku, w poszukiwaniu lustra. Udało nam się dotrzeć do miejsca, gdzie jeszcze zachowała się cienka warstwa wody, jednak wiatr sprawił, że tafla była lekko pomarszczona i efekt nieco zaburzony, co nie zmienia faktu, że spełniłam długoletnie marzenie i czuję, że to jedno z tych miejsc, do których będę wracać.

A jak smakowały Ci jajka wielkanocne nad jeziorem Titicaca?

W takiej scenerii wszystko smakuje wyśmienicie! Prawda jest taka, że dla większości z nas to były pierwsze święta spędzone tak daleko od domu i chcieliśmy stworzyć chociaż namiastkę polskiej Wielkanocy. W rezultacie wyszło dużo lepiej niż mogliśmy się spodziewać, ale po raz kolejny zawdzięczamy to życzliwości osób napotkanych na naszej drodze. Tak się złożyło, że akurat tuż przed świętami wielkanocnymi zajrzeliśmy do księdza Jacka, który jest misjonarzem w miejscowości Challapata w Boliwii.

O księdzu Jacku dowiedzieliśmy się z bloga polskich podróżników, którzy Amerykę przemierzali na rowerach. Muszę zaznaczyć, że o ile my wiedzieliśmy o istnieniu księdza Jacka, on nie miał prawa się nas spodziewać. Mimo naszej niezapowiedzianej wizyty, ksiądz Jacek przyjął nas z otwartymi ramionami, ugościł na plebanii i… udostępnił pralkę – prawdziwy luksus podczas takiej wyprawy! Jednak wszelkie wygody zeszły na drugi plan w obliczu spotkania z osobą o tak ciekawej historii i ciepłym usposobieniu. Miło było też porozmawiać w ojczystym języku z kimś spoza naszej ekipy i dowiedzieć się więcej o życiu w Boliwii, zwłaszcza że ksiądz Jacek okazał się osobą bardzo otwartą i szybko znikł dystans, który zazwyczaj towarzyszy rozmowie z osobą duchowną.

Planowaliśmy zatrzymać się tylko na jeden dzień, ale nasz gospodarz zaproponował, abyśmy zostali na noc i w ten sposób z jednego dnia zrobiło się kilka. Kiedy w końcu zdecydowaliśmy się ruszyć dalej, ksiądz Jacek odprawił nas z poświęconymi jajkami i polską wędliną!

 

 

Tak bogato zaopatrzeni pojechaliśmy w kierunku jeziora Titicaca, by tam w pięknych okolicznościach przyrody zjeść wielkanocne śniadanie. Choć każdy z nas, z tęsknotą myślał o domu i bliskich oddalonych o tysiące kilometrów, to na swój sposób te święta były wyjątkowe i co roku wspominam je z uśmiechem na ustach. Po „uroczystym” poranku przyszedł czas na odkrywanie tajemnic, które skrywa Isla del Sol (Wyspa Słońca) położona na najwyższym żeglownym jeziorze świata. Po Boliwii skoczyliśmy jeszcze na trochę do Peru, ale mieliśmy niestety dość mało czasu, więc w zasadzie dojechaliśmy jedynie do Cuzco, skąd obowiązkowo udaliśmy się na podbój Machu Picchu.

To chyba najbardziej oczywista atrakcja krajoznawcza Ameryki Południowej. Dla wielu wizytówka kontynentu. Gwóźdź podróżniczej agendy. Spiritus movens wyprawy. Przyciąga tych, którzy szukają wrażeń na własną rękę, jak i tych, którym pasuje wygoda w typie… all inclusive. Jak dzisiaj dotrzeć do Machu Picchu w sposób „odkrywczy”?

Myślę, że pominięcie Machu Picchu byłoby grzechem, zważywszy na to, że byliśmy tak blisko. Nie da się oczywiście zaprzeczyć, że jest to atrakcja masowo odwiedzana przez turystów z całego świata, a zatem mamy tłum, który momentami potrafi przysłonić prawdziwy urok starożytnego miasta. Nie zmienia to jednak faktu, że Machu Picchu trzeba zobaczyć na własne oczy! To jedyny sposób by w pełni doświadczyć tego miejsca oraz poczuć jego energię.

Z perspektywy czasu uważam jednak, że z całej wyprawy do imperium Inków, dla mnie osobiście najważniejsza okazała się droga jaką przyszło nam pokonać, by tam dotrzeć (istnieje oczywiście wiele udogodnień dla osób, które nie chcą, bądź nie mogą dostać się tam w taki sposób jak my). Żukiem podjechaliśmy najbliżej jak się dało, czyli do miejsca zwanego Hidroeléctrica, gdzie zostawiliśmy samochód pod opieką właściciela niewielkiego parkingu i ruszyliśmy wzdłuż torów kolejowych do miasteczka u podnóży Machu Picchu. Tę samą trasę wiele osób pokonuje pociągiem, ale ja uważam, że oprócz oczywistej zalety w postaci zaoszczędzenia sporej sumy pieniędzy (140-200 USD), pokonanie tego fragmentu pieszo uświadamia nam, że Machu Picchu powstało w miejscu trudno dostępnym oraz wprowadza nas w ten “odkrywczy” klimat, jak to słusznie ująłeś.

Po kilku godzinach wędrówki dotarliśmy do Aguas Calientes, które jest typowym miasteczkiem żyjącym z turystyki, pełno tam hosteli, restauracji i sklepików z lokalnym rzemiosłem w wygórowanych cenach. Zatrzymaliśmy się tam na noc, by następnego dnia wstać przed świtem i około 5 rano, jeszcze po ciemku, przekroczyć bramę, która wyznacza początek szlaku do Machu Picchu. Podekscytowani i zupełnie nieświadomi tego, co nas czeka zaczęliśmy pokonywać pierwsze metry. Jak się później okazało, cała wspinaczka do bram imperium Inków trwa ok 1-1,5h i choć nie brzmi to zbyt wymagająco, w rzeczywistości jest zupełnie inaczej. Schody, schody… niekończące się schody. Tak w skrócie można opisać wspinaczkę do Machu Picchu.

Prawdopodobnie nie byłaby to aż taka mordęga, gdyby to były zwykłe schody, jak w przeciętnym bloku mieszkalnym, ale zamiast tego wyrastają przed nami niezmiernie wysokie, kamienne stopnie. Przyznaję bez wstydu, że ta wspinaczka była dla mnie prawdziwą walką z samą sobą i własnymi ograniczeniami. Były momenty słabości, łzy i chęć poddania się, ale motywacja do spełnienia jednego z największych podróżniczych marzeń na szczęście wygrała. Niestety kiedy w końcu znaleźliśmy się na terenie Machu Picchu, zamiast widoku znanego ze zdjęć i pocztówek zastała nas gęsta mgła i chmury… Do tego okazało się, że wykupiliśmy wejściówki z dodatkowym wstępem na górę Machu Picchu (3082 m n.p.m.) w określonym przedziale czasowym, co oznaczało, że niemal od razu musieliśmy zacząć wspinać się na nowo!

Oczywiście, byliśmy zupełnie nieświadomi, że przyjdzie nam wspinać się przez kolejne 1,5h i jakby inaczej, znów po ogromnych inkaskich stopniach. Zdecydowanie powinniśmy byli się lepiej przygotować do tej wizyty w Machu Picchu, a nie iść tak zupełnie na żywioł, ale może to i lepiej, że nie wiedzieliśmy, co nas czeka. Po drodze mijaliśmy innych turystów i każdy na twarzy miał wymalowane podobne uczucia zmęczenia i frustracji na widok kolejnych schodów. Wejście na górę Machu Picchu okazało się prawdziwą próbą wytrzymałości, nie tylko fizycznej, ale również psychicznej, bo doskonale wiemy, że wszelkie ograniczenia istnieją przede wszystkim w naszych głowach.

Pamiętam, że momentami chciałam się poddać, po prostu usiąść na jednym z tych stopni i poczekać aż reszta wejdzie na szczyt i zacznie schodzić, ale na szczęście wzajemnie się motywowaliśmy, a turyści którzy już schodzili dodawali otuchy mówiąc, że już niewiele nam brakuje.

 

 

Wspominając ten wysiłek trudno mi uwierzyć, że rzeczywiście wdrapałam się na tę górę. Od tamtego czasu już żadne schody nie są mi straszne! (śmiech). W rezultacie pogoda się poprawiła, a naszym oczom ukazała się góra Wayna Picchu, która króluje na większości zdjęć i pocztówek z Machu Picchu. Na zwiedzanie ma się ograniczony czas, więc musieliśmy utrzymać dobre tempo, zwłaszcza że czekała nas jeszcze droga powrotna do Aguas Calientes, a następnie wędrówka wzdłuż torów do miejsca, gdzie zostawiliśmy samochód.

Do Żuka dotarliśmy na nogach z waty, mokrzy od potu, zupełnie wycieńczeni, ale szczęśliwi. Przyznaję, że gdy ruszaliśmy do Machu Picchu trochę się obawiałam, że to miejsce mnie rozczaruje, że okaże się przereklamowane i nie warte ani tylu pieniędzy, ani tak dużego wysiłku. Na szczęście było zupełnie inaczej i zostałam absolutnie oczarowana energią, która wypełnia Machu Picchu. To właśnie podziwiając ruiny miasta Inków, w końcu dotarło do mnie, że naprawdę spełniam swoje największe marzenie podróżnicze.

 

 

Z Peru wyjechaliśmy z żalem i apetytem na więcej, jednak czas nas gonił, a musieliśmy jeszcze przejechać całą Boliwię, by dotrzeć do Brazylii, skąd Żuk miał wypłynąć w drogę powrotną do Polski.

Tam pokonaliście mokradła Pantanalu, była kąpiel pod Wodospadami Iguazú, widzieliście kapibary, strusiowate nandu i mega-jadowitego przystojniaka, zwanego wałęsakiem brazylijskim. Po drodze spotykaliście wyluzowanych ludzi, którzy potrafili leczyć nowe bolączki Waszego bohaterskiego Żuka. To właśnie w Brazylii, w São Paulo – po wizycie w Rio de Janeiro – dobiegła końca Wasza południowoamerykańska przygoda. Czym była dla Ciebie ta podróż? Jak Cię zmieniła?

Chyba łatwiej byłoby odpowiedzieć na pytanie czym ta podróż dla mnie nie była, bo z pewnością była wielowymiarowa. Przede wszystkim była dla mnie dowodem na to, że wytrwałość i determinacja są właściwą drogą do spełniania marzeń. Pomysł podróży po Ameryce Południowej zrodził się 8 lat wcześniej. Wtedy jego realizacja wydawała mi się bardzo odległa, a w szczególności szalenie kosztowna. Jak się później okazało, zaoszczędzenie kwoty potrzebnej na 6-miesięczną podróż po Ameryce Południowej i Meksyku, wcale nie było aż tak trudne i nieosiągalne, jak większości osób się wydaje.

Często wolimy sięgnąć po łatwą wymówkę zamiast porządnie się zastanowić, co tak naprawdę możemy zrobić, by zrealizować dany pomysł. Cały proces przygotowań, jak i podróż sama w sobie nauczyły mnie, że marzenia należy definiować jako cele, do których następnie trzeba wytrwale dążyć, nawet powoli, małymi kroczkami, ale do przodu. Z drugiej strony, wyprawa Żukiem była dla mnie prawdziwym wyzwaniem, w końcu ruszyłam na drugi koniec świata z ludźmi, których kompletnie nie znałam! Myślę, że przebywanie z tymi samymi osobami 24/7 przez 3 miesiące, nauczyło mnie wiele nie tylko o relacjach międzyludzkich, ale także o mnie samej, o moich mocnych i słabych stronach, granicach wytrzymałości i wartościach, którymi chcę kierować się w życiu.

 

 

Zupełny zbieg okoliczności i możliwość dołączenia do ekipy Żukiem Przez Świat dały mi też piękną przyjaźń na całe życie oraz wiele znajomości, które nawet jeśli przelotne, wniosły coś nowego i wzbogaciły moje spojrzenie na świat oraz obaliły wiele stereotypów. Co więcej, niektóre miejsca, tak odległe i odcięte od świata, który jest nam znany oraz lokalni mieszkańcy, z którymi miałam okazję rozmawiać, dali mi do zrozumienia, że urodziliśmy się w miejscu uprzywilejowanym i że powinniśmy bardziej doceniać tak proste rzeczy, jak choćby dostęp do prądu czy bieżącej wody.

Na koniec, już podsumowując, dodam że ta podróż była jedynie początkiem mojej przygody z Ameryką Łacińską, gdzie staram się wracać, gdy tylko nadarza się sposobność, a w międzyczasie odkrywam ją poprzez literaturę, filmy czy naukę języka, bo na przykład te kilka tygodni spędzonych w Brazylii zainspirowały mnie do nauki języka portugalskiego, właśnie w wersji brazylijskiej (śmiech).

Dziękuję Ci za te opowieści.

 


Julita Osińska – z wykształcenia tłumaczka, zawodowo związana z sektorem humanitarnym, z zamiłowania podróżniczka i amatorka sportów wodnych. W 2016 r. spełniła jedno z największych marzeń i odbyła podróż po Ameryce Południowej, a następnie  jako wolontariuszka przez kilka miesięcy uczyła angielskiego w Meksyku. Miłość do języka hiszpańskiego ostatecznie zaprowadziła ją do Barcelony, gdzie od 3 lat mieszka i pracuje, choć w każdej wolnej chwili dalej odkrywa świat. Najchętniej wraca oczywiście do Ameryki Łacińskiej, gdzie urzekli ją ludzie, język, przyroda, lokalne smaki oraz piękne, kolorowe rękodzieło.

Również do obejrzenia:

Południowoamerykańska odyseja „Żukiem przez Świat” w odcinkach na kanale YouTube – znakomite, filmowe uzupełnienie rozmowy z Julitą.

Zdjęcie tytułowe, z Julitą na dachu Żuka, zrobione w Salar de Uyuni (Boliwia), autor: Marcin Warwaszyński.

 

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *