Polubić chickenbusy

Chickenbusy w Dominikanie, małe czy duże, rzęchy nadżarte rdzą i spękane od wilgoci, albo nówki sztuki z glanc połyskiem, mają swą unikalną nazwę i mało kto woła na nie inaczej. Są to lokalnej, a może i światowej sławy: guaguas. Można je lubić, albo przeklinać.

Jednak trzeba uczciwie przyznać, że wiele spośród tych guaguas, szczególnie wersje przeznaczone na „ekspresy”, czyli do połączeń dłuższych, międzymiastowych to wersje, rzec można, wypasione, zadbane jak należy. Takie mają niewiele do czynienia z chicken-, za to więcej z -busem. Ale i tutaj terminologia potrafi się sypać. Oto w modelu „high class” z klimatyzacją, na trasie rozciągłej i dość męczącej, jak przykładowo z Samaná do Puerto Plata, gdy w radio trzecią już godzinę grzmi niezmordowany pastor, siedzę z Bonitą obok ździebko onieśmielonego, młodego el gallero. To trener, mentor, właściciel… bojowego koguta (gallo de pelea). Dumnie wiezie swego podopiecznego na wieczorne walki do Los Charamicos w Sosúa.

Trzyma go na kolanach i czule głaska, jak berbecia. A kogucik ten wytworny, maści brunatnej, o zdrowych ślepiach i dziobie bez skazy, kuper ma upchany w starą poszwę i nie wiedzieć czemu, czy to w przewlekłym stresie, czy z natury do poszwy tej się, za przeproszeniem, częstokroć zesrywa. Co słychać, aż za dobrze gdyż jest to niezbicie typ męski, który swą obecność zaznaczyć lubi, jakkolwiek zestrachany. Pełna kultura, podłoga nieupstrzona, bo el gallero troskliwy i przewidywalny. Po kolejnej godzinie obaj wysiadają, życzymy im sukcesów w blasku areny, czy koguciego „mini Koloseum”. Zaraz sami dojeżdżamy tam, gdzie nam było dojechać a pastor w końcu mówi – amen!

Skazany na chickenbus

„Bóg może wszystko”, albo „Bóg jest miłością” – takie sentencje wyklejają kierowcy na przedniej szybie swoich guaguas. Za to, sam wehikuł woła często o pomstę do nieba. Lepiej, jak guagua ma wypisane „Jestem śliczną dziewczynką”. Z tymi minibusami w Dominikanie jest, jak z moskitami. Trzeba się do nich przyzwyczaić. Najpopularniejszy środek transportu w tym kraju zbawia codziennie niezliczoną masę przemieszczających się Dominikańczyków.

Ma zalety, co oczywiste, ale i potrafi być wystarczająco upierdliwy. W Santo Domingo staram się raczej unikać guaguas i przychodzi mi to łatwo. Natomiast, wybierając się poza miasto, nie mam wyjścia. Jestem na nie skazany. Wolę jednak pozostać „skazańcem” czynnym i powodowany instynktem samozachowawczym poznać ten „wynalazek” na tyle, abym to ja z niego korzystał, a nie on wykorzystywał mnie. Pamiętam, że rozgryzałem te guaguas, dowiadując się codziennie czegoś nowego. Ktoś może powiedzieć – „zaraz, po co ta filozofia, nie wystarczy wejść, siąść na tyłku i dać się zawieść do celu?” Wychodzi na to, że niekoniecznie.

Gdzie złapać guaguas?

Przeważnie jest tak, że to guagua łapie nas, a nie my ją. Każdy minibus ma obsługę pokładową, składającą się z co najmniej dwóch osób. Jedną z nich jest kierowca – el chofer – którego (choćby w teorii) powinno interesować to, co ma przed sobą; rozdziera klaksonem ten tropikalny „krochmal”, to parne tutejsze powietrze wymiksowane z miejskim czadem. Drugą jest tzw. naganiacz, czy biletowy, taki „konduktor” w typie wykidajły – el cobrador – którego zadanie bywa dość złożone.

Po pierwsze musi załatwić klientów na danej trasie. A robi to dosłownie „w biegu”. Kiedy guagua zwalnia, bo kierowca widzi skupisko ludzi przy jezdni, naganiacz wychyla się z pojazdu, nierzadko z niego wyskakuje i co sił w gardle wydziera się, recytując zazwyczaj kluczowe przystanki na trasie. Często brzmi to w stylu zapowiedzi walk bokserskich. „A-zua A-zua A-zuaaaaaa!” albo „Bo-ca Chi-caaaaaa”. Jeśli oczekującym ludziom pasuje, ładują się do środka. Jeśli nie jestem pewien, czy trasa obejmuje rewir do którego zmierzam, dopytuję się.

Naganiacz nie odpoczywa, bo teraz czeka go wywiązanie się z drugiej funkcji. Musi błyskawicznie ruszyć głową i tak usadzić ludzi, aby w busie na 12 osób zmieściło się ich ze dwa razy tyle. Zarządzanie „puszką sardynek” to jego specjalność. Chyba istnieje tu jakaś uniwersalna szkoła dla naganiaczy, bo jeszcze nie spotkałem takiego, któremu by to zadanie nie wyszło. Rezultat: zbita masa współpasażerów w całkiem dobrych nastrojach. Trzecią funkcją, jakiej musi podołać el cobrador,  jest pobranie opłat za przejazd. Czwartą zaś informowanie, gdzie aktualnie jesteśmy. Większość pasażerów doskonale wie, gdzie ma wysiąść. Ale zdarzają się takie „przypadki”, jak choćby autor, które nie zawsze do końca wiedzą. No hay problema!

Jeśli przed wejściem spytałem o miejsce, naganiacz je zapamięta – i nawet jeśli twardo zasnę przyklejony do szyby, lub kompana na siedzeniu obok – dotrę tam, gdzie mam dotrzeć. Nie ma innej możliwości. Oprócz naganiacza, miejsce mojej wysiadki zapamiętało też kilku innych pasażerów. Tworzy się zatem przyzwoite grono czuwających. 

Skupimy się na trzeciej funkcji naganiacza…

Jak płacimy za przejazd guaguas?

Oczywiście, gotówką. I to najlepiej odliczoną. Jeśli takowej nie mamy, naganiacz nie odstawi fochów. Wyda resztę, gdy będzie ją miał. To jest raczej pewne! Nie ma co panikować, nawet jeśli minęło już kawał czasu od zapłaty. Reguły są takie, że pieniądze wręcza się naganiaczowi już w środku, a nie przed wejściem. Wyjątek stanowią guaguas poruszające się w mieście, takie „przelotowe” minibusy zwane guaguas voladoras. Bywają obrazem nędzy i rozpaczy, trafiają się straszne klekoty: poobijane, powgniatane, wyłożone tekturą, z zapyziałymi, rozharatanymi fotelami na jakich ćwiczył miejscowy Kuba Rozpruwacz. Jeżdżą ustaloną trasą i zbierają ludzi tak długo, aż spuchną zapełnione po brzegi.

W takich płaci się odliczone pesos przeważnie od ręki. Zostałeś skasowany, masz spokój. Teraz módl się, aby truchło, które opłaciłeś nie rozłożyło się zawczasu. Jeśli to naganiacz decyduje, kiedy płacimy, wówczas odwraca się do pasażerów i ściąga ich wzrokiem. Gdy ma wystarczająco miejsca i może podejść do każdego z osobna, to podchodzi. Jeśli nie ma, ludzie nad głowami przekazują mu pieniądze.

O jakichkolwiek pomyłkach, a co lepsze „przekrętach” nie może być mowy. Naganiacze to jedni z najlepszych kasjerów, jakich wydała natura. Ponadto muszą być uczciwi wobec swych chlebodawców, czy kompanów z branży. Nie daj Boże, któryś z naganiaczy spróbuje dorobić na lewo, schowa jakieś pesos do własnej kieszeni tj. wykiwa kierowcę z takiego, czy innego transportowego federación, stowarzyszenia. Albo gdzieś na pętli, wykorzystując okazję, podkradnie pasażerów konkurencyjnej „linii”. Czym to się może skończyć wyczytałem kiedyś w lokalnej popołudniówce, wystarczył tytuł: Choferes machetean cobrador de guagua. Oczywiście, machetean to czasownik od rzeczownika maczeta. Ofiara przeżyła, ale trzeba ją było łączyć w całość w szpitalu.

Bywają trasy, na których może nas ogarnąć lekkie zdziwienie. Część zapłaciła za przejazd, a część – nie. My należymy do tej drugiej części. Dlaczego naganiacz nie bierze od nas forsy?

Kursy łączone

Nieraz jedną trasę obsługują dwa minibusy. Cena jest taka sama, jakby się jechało jednym, tyle że płaci się w busie… ostatecznym. Wygląda to tak: na trasie Boca Chica – Santo Domingo pierwsza guagua zatrzymuje się, z grubsza, w połowie trasy. Pasażerowie pod ścisłym nadzorem naganiacza z drugiego busa przesiadają się. Dlaczego pod ścisłym nadzorem? Ponieważ na przystanku przesiadkowym panuje niezła szkoła gladiatorów. Chodzi o to, aby jak najszybciej zapełnić drugiego busa i odjechać. A nie czekać. Busy „oczekujące” są już po części zapełnione, jedne mniej, drugie więcej i rękami swych niezmordowanych naganiaczy walczą o komplet. Kiedyś trafiłem na naganiacza, który w trymiga zgarnął wszystkich pasażerów z pierwszego busa. Nie pozostawił złudzeń, kto jest najlepszy. Dwaj pozostali w desperacji kopali w zderzaki swych niedopełnionych guaguas.

Nasz macho był natchniony. Robił swoje z pasją rzeźnika. A do tego, trzeba mu przyznać, był dość przystojny. Babki same do niego pobiegły. Dzięki jego niewiarygodnej sile przebicia zdążyliśmy przed wielką ulewą w Santo Domingo. Później siedziałem w barze, piłem Presidente i gapiłem na świat zalewany deszczem o kroplach wielkości pestek awokado. A następnego dnia pojechałem do San Cristóbal. Zawiozła mnie tam guagua.

Parada dominikańskich chickenbusów

Udostępnij artykuł na:
5 Responses
  • Tomek
    Październik 5, 2016

    A u nas się czepiają stanu technicznego, nie pozwalając ludziom swobodnie się przemieszczać. I ludzie do opresyjnego państwa przywykli…
    Fajny artykuł 🙂

    • caribeya
      Październik 5, 2016

      Tomek, muchas gracias! 🙂

      Coś w tym jest. Gdyby tak polscy inspektorzy transportu drogowego, zalecieli do Republiki Dominikańskiej w celu złożenia swym latynoskim kolegom po fachu, jak to się mówi, wizyty studyjnej to najpewniej ponacinaliby się w pachwinach od samych widoków niektórych wozów, czy innych osobliwych gablot o podejrzanej proweniencji. Trzeba im jednak wiedzieć, że tu „aparycja” nie zawsze w prosty sposób odzwierciedla poziom sprawności „duszy”…

      Z drugiej strony, AMET (Autoridad Metropolitana de Transporte) specjalny organ, niezależny od policji, powołany do nadzoru nad bezpieczeństwem miejskiego transportu publicznego w Dominikanie, z roku na rok zaciska śrubę, czuwając na sprawnością guaguas (oraz innych pojazdów, jak motoconchos, czy carros públicos). Jeszcze kilka lata temu ilość „złomu” wożącego ludzi w Dominikanie była porażająca. Wspomniane carros públicos, czyli zwykłe osobówki służące za „wieloosobowe taksówki”, gdzie każdy płaci za siebie wyglądały nieraz tak, jakby na jazdę próbną wyjechały z autoszrotu.

      Ale w transporcie dominikańskim lubię to, że jak napisałem w artykule – on przeważnie szuka nas, nie my jego. Bardzo to ułatwia kombinowanie w materii logistycznej, gdy np. docieramy do miejsca, którego zupełnie nie znamy. Siedzimy w dużym busie Caribe Tours, jedziemy trzecią godzinę z Santo Domingo, zbliża się np. miasto Sánchez, mamy tylko adres hoteliku. Jak się tam dostać z przystanku, czy piechotą, czy tu jest bezpiecznie?, itp. Problem ten rozwiązują np. kierowcy moto-taksówek, czyli motoconchos. Jeszcze autobus dobrze nie stanie, a już krążą wokół niego motorki, jak osy, podjeżdżają pod otwierające się drzwi, walczą o klienta. I pewnie wiedzą, gdzie jest hotelik. Trzeba dać im się zawieźć, jeśli nie mamy innej opcji.

      Nawet walizka nie stanowi problemu. Motoconchos potrafią wozić takie rzeczy oraz inne, jak bojlery, lodówki, kozy. Kiedyś kierowca motoconcho proponował mi przewiezienie dwóch osób i dwóch walizek na swej pyrkającej „jawce”. Wybrałem inną opcję.. 😉
      Pozdrawiam,
      Marcin

      • Tomek
        Październik 6, 2016

        Dzięki za dodatkowe informacje. 🙂
        Niestety, skoro istnieje AMET, to jednak będzie to wszystko szło w takim kierunku, jak tu u nas… ale może nie w takim tempie, bo szkoda by było, gdyby za bardzo ograniczono ludzką inwencję.
        Pozdrawiam.

  • Tomek Surdel
    Październik 6, 2016

    Mnie ta guagua w wydaniu dominikańskim (ale też kubańskim, czy na Wyspach Kanaryjskich) zawsze bardzo śmieszy. Bo ja się hiszpańskiego nauczyłem w Chile, a tam (też w Peru i części Argentyny) una guagua to… niemowlak.

    • caribeya
      Październik 6, 2016

      Ponoć ta „guagua” zajechała jeszcze do Gwinei Równikowej (nawiasem mówiąc, chciałbym tam kiedyś trafić (byle nie do „La Playa Negra”; takie podróżnicze pragnienie, czy wyzwanie bardziej). A co do chilijskiego, czy peruwiańskiego „oseska” i jego buczenia „guaaa! guaaa!”. Są koncepcje łączące brzmienie słowa „guagua”, pochodzącego z języka quechua, włączonego do języka Indian Mapuche i wymawianego „wa-wa” z… dawną amerykańską firmą produkującą autobusy, pierwszą która eksportowała swe maszyny na Kubę. Były tam wdrażane, rzecz jasna, do transportu publicznego. Firma zwała się Washington, Walton & Company Inc. W jej logo stało Wa & Wa. Według tego, można by rzec, że „guagua karaibska” pochodzi z angielskiego. Do Republiki Dominikańskiej „guagua” łatwo trafiła, daleko nie miała. A na Wyspy Kanaryjskie „zaciągnęli” ją wracający tam potomkowie imigrantów. Tak to się łączy.

      Bardziej złożone i chyba ciekawsze jest pochodzenie nazw innych środków komunikacji w Dominikanie, jak carros públicos, zwanych (szczególnie) w rejonie Cibao bardzo płodnym (rolniczo i słowotwórczo) – conchos, bądź carros de concho. Z osobówek, służących za wieloosobowe taksówki, gdzie każdy płaci za siebie, przeszło to również na motocykle, na moto-taksówki, czyli motoconchos. Ale to temat na oddzielną rozprawkę. Zainspirowałeś mnie! 🙂 Zresztą, nie pierwszy raz.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *