Pomidor z drzewa

Dobra podróż, choćby taka panamska, to także porządna, codzienna porcja comida callejera, czyli ulicznego jadła. W każdej postaci. Stałej, płynnej, czasem nieokreślonej. Najlepiej jadła taniego i prostego. Koniecznie wśród miejscowych. Panama daję taką radość! Kolonialne mury starówki Casco Viejo, czy inne rewelacje mogą poczekać. Ale, na co ma czekać doña Norma na rogu Avenida Perú y Central w dzielnicy Calidonia?

Zawsze dokładka

Mamy przedpołudnie. Mamy szyld: Jugos La Ñapa. Tak zwie się jej biznes. Jugos to soki. Ñapa to z grubsza – dokładka. Jak na stołówce. Tu dostajesz sok w dużym styropianowym kubku. Przelany z blendera, jaki buczał przez ostatnią minutę. Płacisz za to jakieś dwa i pół dolara. To, co się nie zmieści, dolejesz sobie potem, gdy wypijesz pierwszą porcję. Taka jest doña Norma. Nie żałuje. Wszystko w cenie.

Dokładnie – jej specjalnościąjugos naturales, czyli soki ze świeżych owoców. Żadnej pulpy, żadnych okrutnych surogatów, nigdy. A w tropiku zdarzają się czasem takie katastrofy. Tu nie. Co więcej, szefową Normy jest Kolumbijka. Stąd w ofercie takie rarytasy, jak np. sok z lulo. To fantastyczny owoc o kalejdoskopowym przekroju, bardzo popularny w kolumbijskim Cali w postaci tzw. lulady.  Jest zgoda, że lulo smakuje, jak ananas pożeniony z rabarbarem.

Tuż obok, prawie jak sprzedaż wiązaną, mamy empanadas de carne. Niejako pochodne pierogów z pysznym mięsnym farszem. Pierwszy gryz robimy na sucho, czyli „odbezpieczamy” empanadę. Mamy zgrabny wlot, przez który podziwiamy smakowite bebeszki owego pierożka. Zanim się do nich dobierzemy, tzn. weźmiemy drugi gryz (i potem następny itd.) podlewamy je odrobiną apetycznego sosu. Jest tu pomidor, kolendra, ostra papryka, cebula, sok z limonki. Tak wzbogaconą empanadę pakujemy do ust z rozkoszą. Nie inaczej. Widoczne tu empanadas są typowe dla Kolumbii, bo Kolumbia blisko Panamy. A Panamczycy mimo, że Kolumbię kiedyś pogonili (taka historia), wiedzą co dobre i byle czego nie zjedzą…

Empanadas na ulicy w Panamie, razem z sokiem z tomate de árbol.

Na pierwszym planie empanadas. Na drugim różowany koktajl z tomate de árbol.

Innym niebem w gębie w ofercie Normy jest tomate de árbol, czyli po naszemu dosłownie – „pomidor z drzewa”, albo lepiej „pomidor drzewiasty”. W terminologii encyklopedycznej, jak zawsze seksownie: Cyfomandra grubolistna. Najczęściej spotkamy go u nas pod nazwą tamarillo. Gdzie? Na lepiej rozwiniętym bazarze z wszelaką egzotyką. We francuskim supermarkecie, gdzie lubią szpanować ofertą i nad owocami z Kolumbii (granadilla, physalis, tamarillo…) przykleją flagę tego kraju, tyle że odwrotnie, tj. żółtym do dołu… Albo w sklepie, który ma w logo takiego chrabąszcza z łąki, czy jak go tam zwał. Tu też. Obok gruchy i pietruchy leżakuje coś takiego. I ludzie biorą na gwałt. Bo u „chrabąszcza” zawsze promocja. To trzeba brać. I jakby co, wywalić w diabły, gdyby do niczego nie pasowało.

Wycisk z pomidora

A z tego pomidora, co to pomidorem nie jest, można wiele wyciągnąć. Najlepiej zrobić z niego sok, jak doña Norma przykazała. Na pewno będzie to smak, do jakiego pasuje określenie „tropikalny”. Myśmy to pili z radością w wersji standardowej, sugerowanej przez Normę, oraz poprawionej rumem „Abuelo”, co czyniło z tego koktajl número uno panamskiej ulicy.

Jak smakuje dojrzały tomate de árbol? Ktoś, gdzieś, kiedyś podpowiadał, że smakuje jak przejrzały pomidor mocno popieprzony. Szczerze? Mnie się ten owoc z pomidorem nie kojarzy. No, może odrobinę ze względu na konsystencję. Dajmy na to, jest pomidorowa. W porządku. Kolor też ciągnie w kierunku pomidora. Tylko takiego, jaki dojrzał w prawdziwym słońcu lata. Nie bladego wymoczka szprycowanego jakąś cholerą. Reszta to, jakby subtelny melanż czegoś poziomkowego z czymś arbuzowym! Tak! Taki numer potrafią wykręcić człowiekowi jego kubki smakowe!

Oczywiście, „cyfomandra” musi być dojrzała, czyli z grubsza, dosyć miękka, bardziej niż czerwona i wydzielająca intensywny, przyjemny zapach „lądów odległych”. Wtedy nadaje się od razu do koktajlu. Twardych sztuk i ledwo czerwonych z wierzchu brać nie warto. Nie mają smaku, albo nadają się, jak to  określiła kiedyś babinka spotkana w sklepowej sekcji z awokado, „do zjedzenia przez krowy”.

Po powrocie z Panamy, aby uśmierzyć straty spowodowane brakiem kontaktu z taką rasową witaminą, jak tomate de árbol zdobyliśmy te owoce po rozsądnej cenie, przerabiając je według obserwacji poczynionych przy owocowym kramie Normy…

Co zrobić z „egzotycznymi pomidorkami”?
  • Obrać je ze skóry, która nie nadaje się do konsumpcji; jest gładka i jędrna, ale gorzkawa
  • Wrzucić do blendera
  • Dosypać cukru białego/brązowego
  • Dolać wody
  • Zapuścić maszynę na najwyższe obroty
  • Przecedzić różowawy płyn, łapiąc na sitko niepotrzebne pestki
  • Wlać do szklanic, schłodzić i pić (zamiast chłodzenia, można wcześniej dorzucić lód).

Podobno, ”pomidorkowi z drzewa” przypisuje się cechy afrodisíaco… Spożywajcie zatem, nie zaszkodzi! Z drzew nie schodźcie, dzicy bądźcie, jurni. Na zdrowie!

Tak to się prezentuje….

Tomate de árbol, czyli pomidor z drzewa. Jaki owoc taki sok!

Print Friendly, PDF & Email
Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *