Prysznic to interes

Gdy już człowiek ściągnie wieczorem sterany na metę, gdzieś w tropiku, to trzeba mu trzech rzeczy: oczywiście prysznica, wiatraka na suficie (bo klimatyzacja to kiler) i czegoś do picia; nie wody a czegoś „prawdziwego”. Jak nawali prysznic, to bardzo niedobrze, ale zostaje wiatrak i trzeba być optymistą. Co się nie wymyje to się jakoś wywietrzy. Z konieczności, nie z przekory.

Można pod wiatrakiem swobodnie w negliżu leżeć i się chłodzić, nawet od zmierzchu do świtu, co autorowi się czasem zdarzało. Kiedyś nad ranem boy hotelowy, zresztą o reputacji niezłego koguta, który brał wszystko co dycha, do pokoju zaszedł bo coś tam sprawdzał i autora w adamowej odsłonie przyfilował, na co mu autor z marszu odpowiedział, że „Javier, dzisiaj nie, por favor!” A chodziło o usługę sprzątania.

Sprawny wiatrak to bezcenna ulga, gdy woda w beczkach na dachu wyjdzie na amen i spóźniony gość nie będzie miał czym zlać swej zużytej materii. Gorzej, jak wiatrak znieruchomieje, bo nagle braknie prądu, co jest raczej zjawiskiem regularnym. Mniejszy ból, gdy hotel czy inna noclegownia trzyma na zapleczu generator mocy na benzynę. W razie „blackout’u” maszyna od razu da o sobie głośno znać a zbawienny cug rychło wróci. Klapa dopiero, jak padnie generator, bo zeżre końcówkę paliwa i nie będzie już z czego dolać, co też jest normalką. Wtedy pod maską błogiej ciszy, jaka nastanie po jego charczącej agonii, powietrze w pokoju nieuchronnie zmieni się w obezwładniający krochmal.

I właśnie w takim przypadku przydaje się zestaw do higieny intymnej – czyli np. lokalny rum. Wystarczy porządnie przepłukać nim ciało po całości od… wewnątrz i można się elegancko witać z Morfeuszem. Kto czytał, „Wojnę futbolową” Kapuścińskiego, ten już w drugim akapicie trafił na dowód, że alkohol w tropiku jest przyjacielem człowieka, szczególnie po zmroku, i nie ma się co krygować. „W tropiku picie jest przymusem” – pisze Kapuściński. Potem uściśla, że „pije się w dzień, ale picie nakazane, picie programowe, odbywa się wieczorem.” Chcesz spać, a zasnąć nie dajesz rady, bo się cały od potu lepisz, wszystko cię swędzi i wiosną nie pachniesz to musisz się napić, aby po ludzku noc przeżyć. Inaczej rano poczujesz, co znaczy kac po niewypiciu.

Na szczęście, nie zawsze bywa tak dramatycznie, a bywa wręcz luksusowo. Jest prysznic, z którego radośnie leje się woda, jest wiatrak, który kojąco wiruje i jest trunek pod ręką, jakby co, dla przyjemności a nie dla ratowania godności. Po co się krzywić, że poduszka zalatuje zadem klaczy, wystarczy ją odwrócić albo w diabły wywalić. Po co się pieklić, że mały ręcznik znaczą zagadkowe ślady laksacji, wystarczy go nie używać. Po co przeszkadzać trzem Gordonom Gekko w walnym zebraniu przy suficie, po co się boczyć na sinego grzyba na wysokości lamperii, po co ścigać karalucha, wielkości krakersa i po co deptać przyszłość kolonii jakiegoś robactwa w szczelinie zbutwiałej podłogi. Nie warto roztrząsać takich drobiazgów, nie warto rozbrajać zastałego w czterech ścianach, rozbuchanego ekosystemu skoro najważniejsza jest teraz ożywcza kąpiel.

Tej natomiast mogą towarzyszą osobliwe zaskoczenia innej natury…

Wiadomo, że w tropiku, a w latynoskim szczególnie, rzeczywistość seksem ocieka, wszędzie cisną się aluzje do ten-tego-tej i co ciekawe, dotyczy to również… sprzętów codziennego użytku. Nie myślę tu bynajmniej o banalnych gadżetach wzmagających auto erotyczne harce. Wystarczy tylko spojrzeć na zwykłe, wydawać by się mogło, prysznice, na ich kształty, na prezencję jakkolwiek mało powściągliwą, aby w rezultacie odkryć obsceniczną niezwykłość tych urządzeń, które mają nam służyć jedynie do rutynowej ablucji.

Stoję pod takim, prawda, jednym czy drugim natryskiem, woda chłodna na mnie, prawda, wytryskuje, jest przyjemnie, jak cholera, nie zaprzeczę po dniu całym w żarze słońca i duchocie, ale skądinąd mam krępujące czucie, że mnie tu chytrze skaperowano do jakiejś nisko-budżetowej produkcji soft-porno z udziałem zmurszałego golema olbrzyma, któremu, no dajcież spokój, każą się obnażać i lać po ludziach z grubej rury, a zdrowo. Doświadczenie z pewnością nieco inne niż podczas oddolnej kontemplacji, dajmy na to, florenckiego „Dawida”

Weźcie sobie zimny prysznic według uznania.

A w ogóle to ściągnijmy do pomocy definicję „prysznica” (za Wikipedią), i przytoczmy ją tutaj po części, aby klarownym było, o czym właściwie mówimy. Zatem: prysznic lub natrysk – urządzenie służące do kąpieli, polegającej na polewaniu się wodą wypływającą z instalacji wodociągowej przez specjalne sitko, mające na celu rozbicie strumienia wody na drobne kropelki. Użycie konstrukcji przypominających dzisiejszy prysznic sięga czasów starożytnej Grecji, co zostało uwiecznione na wazach i muralach.

Jak tymczasem widać, w świecie współczesnym są i takie miejsca, gdzie te wspomniane, prześwietne osiągi „klasycznej inżynierii” na polu łazienkowej armatury zostały bezceremonialnie odrzucone, bądź z rozmysłem wyparte przez zdobycze… „klasycznej sztuki”. I to mającej swe źródło, jak gdyby w kulcie fallicznym…

I jak, odświeżeni? Trzeba przyznać, że taka kąpiel w tropiku to niezły… interes!

2 Odpowiedzi
  • Kuba Libre
    październik 25, 2016

    Zamontowałbym taki prysznic w domu: czysty minimalizm; ale reszta rodziny lubi żeby jeszcze ładnie było!

    • caribeya
      październik 25, 2016

      No tak, „prysznic minimalistyczny” do nabycia nie tam, gdzie jaśniutkie „kabiny” o nazwach wabiących, jak „calypso”, tylko w dziale „rurociągów”… 😉

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *