Kubańskie refleksje

Tamten hawański taksówkarz na lotnisku José Martí nie garnął się zbytnio do nawiązania kontaktu, był nieufny, posępny. Jak można z takim wytrzymać? Wydawał się raczej zażenowany, że ta jego Kuba taka siermiężna, taka zacofana, lecz po co wstydzić się za kubański reżim, że tyle napsuł przez ponad pół wieku, że tyle zaniechał, taki wstyd nie ma tam już sensu. Kiedy żywo zareagowałem na widok naszego polskiego fiata 126p ponadto w kolorze piaskowym, bo takim woził mnie mój padre, auta zwanego tam czule polaquito, zaparkowanego pod palmą królewską, taksówkarz nie podłapał tematu.

Na dzień dobry rzuciłem grochem o ścianę, guzik tamtego interesowało, że takie dwa narody, jak Kuba i Polska trzymały się kiedyś razem, i z tego związku wielu Kubańczyków miało na przykład czym jeździć, a wielu Polaków miało na przykład pomarańcze na święta, nie chodziło mi przecież o to, aby dawnym brataniem naginać dzisiejsze relacje, poza tym my Kubę bezczelnie zdradziliśmy, wypięliśmy się na Fidela i spółkę, i na rewolucję, bośmy się zawczasu obudzili, poszli swoją drogą, bo inaczej się nie dało, po co on się wstydził, ja się pytam za tę Kubę, ten taksówkarz, dlaczego odebrał ten mój zachwyt nad polaquito, jak upokarzający komentarz do zastanych realiów, niepotrzebnie, zupełnie niepotrzebnie.

A potem, już w aucie, gdyśmy toczyli się ku Hawanie, wyciągnął komórkę i gdzieś zadzwonił, a zrobił to tak ostentacyjnie, jakby chciał pokazać, że patrzcie, my też tu mamy takie telefony, nie myślcie sobie, widzicie, możemy po ludzku dzwonić, no i się niezręcznie zrobiło, bo jak miał człowiek zareagować na widok komórki, która w normalnym świecie, byłaby już odpadem do zutylizowania, jak miał się tą komórką szczerze zachwycić, no niepotrzebnie ten taksówkarz tak się obnosił tymi zdobyczami cywilizacji, niepotrzebnie, właściwie to ten szofer zdążył mnie skutecznie zirytować.

Dopiero gdy wycedził, że pogrywa w jakimś nocnym klubie na trąbce, dałem mu drugą szansę, bo taki trębacz musi żyć w ciągłej frustracji, jest ciągle wkurwiony, że za dnia musi wozić taksówką naiwnych przyjezdnych z rozdziawionymi gębami, żeby nie powiedzieć „ograniczonych turystów”, jakby chciał Guillermo Cabrera Infante, którzy od tej Kuby, Hawany dostają zawrotów głowy, i on musi ich wozić, gdzie tam chcą, i zarabiać taką chałturą, a dopiero wieczorem może być sobą, choćby wymordowany upałem i rutyną, może zrobić coś dla przyjemności, może być, dajmy na to, artystą. Jakoś wtedy spojrzałem na niego inaczej, gdy trochę ten swój absurdalny, ten zupełnie nie-karaibski pancerz poluzował. A potem wziął za kurs więcej, niż było dogadane…

Mnie się dotąd wydaje, że ten taksówkarz zaraz na początku, witając się zachowawczo, wydedukował po swojemu, że trafiło mu się odbieranie z lotniska jakichś cwanych agentów sił nieczystych, albo jeszcze lepiej, że odebrał ludzi, jacy z nieoczekiwanym hiszpańskim na ustach mogą być po prostu blisko reżimu, blisko tego całego cyrku, co najmniej ideologicznie, no bo jak tak można przyjechać na Kubę, i znać ten egzotyczny „kubański język”, i bez krygowania się go używać zamiast mówić prosto po angielsku; albo taki językoznawca robi dla wroga, albo przyjechał bronić tej wrednej rewolucji na miejscu, jako jej niemożliwy entuzjasta, w przebraniu turysty z kieszeniami wypchanymi forsą, czy jakoś tak, i trzeba się przy nim bardzo pilnować, aby nie upuścić wywrotowej myśli.

I ten taksówkarz rozmawiał z kimś na lotnisku, być może z kolegą po fachu, gdy dwa podejrzane osobniki, jakie dopiero co przyleciały z Europy, nazbyt otwarte i gadatliwe, poszły wymieniać euro na równie nijakie „peso wymienialne”, tj. peso convertible, w skrócie cuc. Kiedy osobniki te, wzbogacone już o lokalny pieniądz (ułatwiający turystom przepłacanie na każdym kroku!), wróciły do taksówkarza, aby ich wreszcie zawiózł do centrum Hawany, do pewnej zarezerwowanej casa particular, to ten momentalnie przerwał konwersację z tamtym drugim, wykonując znamienny, konspiracyjny gest. Zwyczajnie, informował swego rozmówce, aby zamilkł, bo wielki brat nie śpi…

Jechaliśmy do tej Hawany i już po drodze było dobrze widać, że taki wspaniały ze swej natury tropik, jakim jest Kuba, został unieruchomiony paskudnym betonowym gorsetem tego całego „systemu”, który mu założyli tzw. rewolucjoniści i trzymali tak przez pięćdziesiąt lat z okładem, i zasadniczo dalej to robią. Zbyt często odnosiłem wrażenie, że jadę w pięknym popołudniowym świetle, środkiem popegeerowskiego landszaftu. Co rusz wyblakłe od słońca, wytarte, sfatygowane slogany rewolucji, na bilbordach, na murach, albo ścianach domów, bloków, czy publicznych przybytków.

Człowiek, chciał się zachwycić tą Kuba, wcześniej zakładał, że na pewno mu się spodoba, bo Kuba jest tylko jedna, bez względu na kondycję, ale natychmiast kontrolował ten zachwyt, co więcej, złość w nim wzbierała, ledwie godzinę po wylądowaniu, jak oni potwornie tu świat sponiewierali ci barbarzyńscy, ignoranci, ci partacze, egoiści obrali z życia, z kolorów ten kraj, ten synonim rozbuchanych tropików, dawkują mu oddech, dawkują mu chleb, każą ciągle walczyć do zwycięstwa, kiedy ta Cuba wiecznie ma daleko do libre, jakaż bieda tam wyziera, jakie przebija wyniszczenie, jaki bezwład rządzi, gdzie nie spojrzeć, choć ludzie próbują uchować godność, jak tylko się da.

Widok tych zapadłych, apatycznych przedmieść przygnębił mnie najpierw, ale przecież byłem na Kubie, ja nie mogłem się tak nastrajać, chciałem tę Kubę jakoś znieść, polubić, ujrzeć z nadzieją, tę „wyspę, jak wulkan gorącą”, miałem w planie ten „skansen komunizmu” objechać, popatrzeć na to wszystko, wyruszyć z Hawany, dotrzeć do Santiago de Cuba, przemierzyć dystans fizycznie i myślami, gdzieniegdzie zrelaksować się, jak to na Karaibach. Długo zbierałem się na tę Kubę…

A potem wyszedłem na ulicę, już w słusznym, lekkim odzieniu, w klapkach, jak normalny przyjezdny, rzucający się w oczy, bo miejscowi wolą dżinsy i adidasy, parność im nie wadzi, wyszedłem wieczorem, aby takiej nocnej Hawany nieco uszczknąć, ale te ulice w samych brzuchu dystryktu Centro Habana, były ciemne, ponure, na pozór niepewne, tak, cholera, słabo oświetlone, że od razu wpakowałem jedną stopę w gówno, zakładam że psie, eh poczułem coś tłustego, zdradliwą miękkość i ciepło na najgrubszym palcu, ciepło tego świeżego gówna, i takie mnie pierwsze szczęście tam spotkało!

A obok muchachos, młodzi chłopcy grali w piłkę, jakby nigdy nic, musieli mieć kocie oczy, ja tej piłki dojrzeć nie mogłem, nie powiem, ze dwa razy udało mi się kopnąć, tym gównianym klapkiem, lecz kto by się martwił, musiałem kopnąć, pokazać że umiem, i trochę ich tym rozbawiłem, i zaraz wyszło, że oni są świetnie w piłce zorientowani, na wyścigi wymieniali hiszpańskie, włoskie, angielskie kluby, bo Barcelona, bo Milan, bo Manchester, a gdzie się podział ich baseball, sport narodowy zniknął z ulicy, potem wielokrotnie widywałem, że Hawana woli grać w piłkę nożną, może ta piłka rodzi nowe marzenia, trochę uskrzydla, oby.

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *