Rakiety w Trynidadzie?

Trynidad jest miejscem, do którego chyba każdy odwiedzający kubańskie rewiry chce dotrzeć. To miasto jakby zawieszone w czasie od dziesięcioleci. W 1514 roku założył je Hiszpan Diego Velázquez de Cuéllar, „menedżer projektu” w kwestii podboju Kuby. Wtedy zwało się La Villa de la Santísima Trinidad. Było jednym z siedmiu osad, jakie z początkiem XVI w. powstały za sprawą tego rzutkiego konkwistadora a następnie gubernatora Wyspy. Trynidad dorobił się renomy i wielkich bogactw na fali cukrowego boomu w XVIII w. Potem przyszedł kryzys i o Trynidadzie zapomniano. Dzięki temu miasto zachowało pierwotny, kolonialny klimat i dziś stanowi na Kubie jeden z turystycznych klejnotów, będących źródłem rządowego dochodu.

W 1988 roku UNESCO wciągnęło Trynidad na Listę Światowego Dziedzictwa i kładzie pieniądze na jego renowacje. Efekty są dobrze widoczne. Pastelowe domostwa kryte czerwoną dachówką stały się znakiem firmowym miasta. Na szczęście turyści bywają tu zazwyczaj w ciągu jednego dnia. Po południu już ich nie ma. Wówczas robi się luźniej, bardziej swojsko i przyjemnie. Po zachodzie słońca warto skoczyć gdzieś na drinka a potem zajrzeć do lokalnej tancbudy. Można popatrzeć na tańczących salseros albo samemu pójść w tany i spróbować swych sił. Jednak konkurencja jest dosyć mocna, czego wyjaśniać nie trzeba. Popołudniowa przechadzka starymi, brukowanymi ulicami Trynidadu również wydaje się interesująca…

Właśnie tędy, we wrześniu 1962 roku, mogły iść „parówki Chruszczowa”. To znaczy, średniego zasięgu rakiety, zdolne do przenoszenia głowic jądrowych z jednego terytorium na inne. Na przykład z Kuby do USA w celu wiadomym…

Te kuriozalne działania logistyczne w kubańskich okolicznościach przyrody miały wkrótce doprowadzić ludzką cywilizację na skraj atomowej zagłady… W październiku 1962 roku temperatura Zimnej Wojny gwałtownie wzrosła, bynajmniej z powodu klimatu tropiku. Wcześniej Nikita Chruszczow i Fidel Castro zdążyli już zasugerować opinii publicznej, że stają się ideologicznymi sprzymierzeńcami. To jest w obliczu potencjalnego zagrożenia ze strony imperialistycznej Północy, Kuba nie zostanie sama, bo wesprze ją socjalistyczny Wschód. Zbliżała się próba generalna w ramach tejże zadeklarowanej przyjaźni. Castro uważał, iż Kennedy nie daruje mu osobistej klęski w Zatoce Świń sprzed półtora roku. Kolejna inwazja na Kubę zaplanowana przez Amerykanów wisiała w powietrzu i trzeba jej było jakoś zaradzić, aby chronić dopiero co rozpoczętą Rewolucję.

Obawy te spłynęły również na przywódcę ZSSR. Co rusz odbierał alarmujące sygnały o rozmaitych amerykańskich spiskach czy też akcjach wywrotowych wobec kraju kubańskich towarzyszy. Tymczasem Karaibska wyspa, oddalona od wybrzeża wspólnego wroga o 90 mil, zyskała już w Moskwie znaczenie strategiczne. Chruszczow nie zmierzał jej stracić, była cennym przyczółkiem w misji dalszego implementowania marksizmu-leninizmu. Musiał ją uodpornić na jakąkolwiek jankeską agresję. Podobno, swoją rolę odegrały również emocje. Prawie siedemdziesięcioletni włodarz Kremla, widział w młodym Fidelu chwackiego rewolucjonistę, którym sam kiedyś był. Dlatego podjął decyzję o wysłaniu na Kubę rakiet. Lecz przede wszystkim chodziło mu o wykorzystanie unikatowej szansy na wyrównanie sił poprzez rozciągnięcie „atomowego parasola” na zachodnią półkulę. Chruszczow nie myślał o rozpętaniu wojny jądrowej, po której, parafrazując Einsteina, ludzkość wróciłaby do jaskiń i maczug, tylko o postraszeniu Amerykanów. Chciał, aby poczuli, co znaczy ciągły stan bezpośredniego zagrożenia dla własnego terytorium oraz narodu.

Pociski R-12 średniego zasięgu przewiezione ze Związku Radzieckiego na Kubę, tam zmontowane, uzbrojone w nuklearne głowice i wycelowane w USA idealnie się to tego nadawały… Tyle, że nazbyt wcześnie zostały namierzone i sfotografowane przez amerykańskie samoloty wywiadowcze U-2. Waszyngtońska administracja dowiedziała się o sowieckiej operacji jeszcze przed jej ukończeniem i wyciągnęła wnioski. Wówczas to nastąpił bezprecedensowy, trwający trzynaście dni ciąg zdarzeń, który do światowej historii wszedł pod nazwą – „Kryzys kubański”…

Z Sewastopola na Krymie do wrót Trynidadu na Kubie…

Casilda jest niewielką wioską z przystanią rybacką, malowniczo położoną w zatoce o tej samej nazwie na południowym wybrzeżu Kuby. Podobno, w 1519 roku Hernán Cortés, ówczesny sekretarz gubernatora Diega Velázqueza, skłócony ze swym pryncypałem wyruszył stąd na podbój Meksyku.Casilda ma za sobą burzliwe dzieje piractwa oraz handlu niewolnikami. W dobie cukrowej hossy XVIII wieku była tętniącym portem przeładunkowym dla pobliskiego Trynidadu i otaczających go licznych plantacji Valle de los Ingenios. Chroniona długim ramieniem Półwyspu Ancón, pełniła swoją funkcję idealnie. Obecnie już tylko wspomina czasy świetności.

Jednak 9 września 1962 roku Casilda znowu odżyła. Przynajmniej na trochę. Na pokładzie frachtowca „Omsk”, zostały tu dostarczone pierwsze sowieckie rakiety R-12. Było ich w sumie sześć, kolejne osiem dopłynęły w to samo miejsce niecały tydzień później. Transport rakiet ze Związku Radzieckiego na Kubę stanowił kluczową część zmasowanej operacji logistycznej, która trwała już od lipca. Do tej pory na Kubę trafiły wyspecjalizowane jednostki z odpowiednią maszynerią, których zadaniem było przygotować grunt pod przyszłe instalacje pocisków. Łącznie z transportem niekonwencjonalnej broni, radziecka flota zaangażowana w przedsięwzięcie i złożona z 85 okrętów wykonała na Kubę ponad 180 kursów.

Operacji nadano kryptonim „Anadyr”. Od nazwy miasta na samym krańcu wschodniej Syberii, obecnie stolicy Czukockiego Okręgu Autonomicznego. Chodziło o to, aby skutecznie wyprowadzić w pole potencjalnych szpiegów. Dla uwiarygodnienia mistyfikacji, na statki szykujące się w rejsy do tropików, ładowano zimowe walonki oraz narciarski osprzęt. Później, już na kubańskiej ziemi, kiedy wszystko poszło, jak powinno, zbędny ekwipunek układano w triumfalne stosy i palono.

„Omsk” wypłynął z portu Sewastopol na Krymie, zaliczył Bosfor, Gibraltar i po dwutygodniowym rejsie wodami Atlantyku, załoga ujrzała południowe wybrzeże Kuby w rejonie Guantánamo. Nim radziecki okręt zdążył zbliżyć się do Wyspy, był już profilaktycznie obfotografowany przez amerykańskie lotnictwo rozpoznawcze. Samą bazę marynarki wojennej USA minął bez większych prowokacji, jedynie w asyście łodzi patrolowych oraz odrzutowców. Nie było powodów do zatrzymania i kontroli. Z raportów przychwyconych przez służby CIA wynikało, że podstawowy ładunek na pokładzie „Omska” stanowi olej napędowy w baryłkach. Zresztą, wielokrotnie już w ten sposób transportowany z jednego bratniego kraju do drugiego.

Casilda była jednym z kilkunastu kubańskich portów, wybranych przez planistów do uskutecznienia operacji „Anadyr”. Pozostałe to między innymi Cienfuegos, Matanzas czy leżący w sąsiedztwie Hawany – Mariel, gdzie z początkiem października zawitała naczelna partia głowic jądrowych. Z wielu względów były one przewożone ze Związku Radzieckiego oddzielnie lecz wkrótce miały się połączyć ze swymi „macierzami”, zyskując gotowość bojową.

Doki Casildy, stworzone dla kutrów rybackich, nie były przystosowane do obsługi jednostki pływającej o długości stu pięćdziesięciu metrów. Nawet obecnie teoretycznie pomieszczą, co najwyżej, jeden średniej wielkości statek. W 1962 roku wielokrotnie manewrowano „Omskiem”, aby siermiężne portowe dźwigi mogły się dostać do osobliwej zawartości jego luków towarowych. W końcu udało się rozładować smukłe rakiety R-12 pod osłoną nocy i ścisłą asekuracją specjalnego oddziału kubańskich soldados.

Teraz rakiety należało bezpiecznie przewieźć lądem tam, gdzie miały docelowo stacjonować. Puste wyrzutnie czekały w pobliżu mieściny Sagua la Grande, jakieś 230 kilometrów na północ od Casildy. Konwój miał jechać krętymi szlakami, pośród gór i bujnej tropikalnej roślinności. Trasa została wcześniej przystosowana do przejazdu przez jednostki inżynieryjne. Zlikwidowano rozmaite przeszkody. Sprawdzono drogi i poprawiono ich stan. Nieraz okoliczności wymagały zbudowania prowizorycznego mostu. W celu wyeliminowania przypadkowych gapiów, konwój ruszał około północy. Natomiast o piątej nad ranem akcję przewozową wstrzymywano. Taki scenariusz powtarzał się przez trzy dobry. Wydłużył się za sprawą gwałtownych zmian pogodowych.

I tutaj dochodzimy do sedna. Oddaję głos Michaelowi Dobbs’owi, autorowi jednej z książek, poświęconych „Kryzysowi kubańskiemu”.

„Pięć kilometrów na północ od Casildy konwój dotarł do Trynidadu, architektonicznej perełki zbudowanej przez osiemnastowiecznych baronów cukrowniczych i właścicieli niewolników. Ponieważ transportery z rakietami na pewno nie zmieściłyby się w starych uliczkach kolonialnego miasteczka, żołnierze radzieccy i kubańscy zbudowali wokół niego obwodnicę…”*

A teraz wyobraźmy sobie te rakiety R-12 u wrót Trynidadu. Mają ponad 22 metry długości. Każda waży prawie 42 tony. Dajmy spokój z obwodnicą. Przynajmniej zróbmy symulację. Wspólnymi siłami spróbujmy przeciągnąć rzeczone radzieckie ustrojstwo ulicami kubańskiego miasta-klejnotu…

Wykorzystajmy przy tym lokalny transport, który się właśnie nawinął…

Coś jakby posłowie

Cytowaną w tekście książkę o „Kryzysie kubańskim” przeczytałem jeszcze przed naszym wyjazdem na Kubę. Opowiada wiele ciekawych rzeczy o tamtych wydarzeniach z perspektywy trzech stron uczestniczących, tj. USA, ZSSR i Kuby. Autor się napracował i jeździł tam, gdzie sroga zima i gdzie wilgotne tropiki. Dotarł m.in. do byłych radzieckich żołnierzy, których Nikita Chruszczow w 1962 roku wyekspediował na Kubę, niekoniecznie w celach wakacyjnych. Ich relacje rzucają nowe światło na wiele spraw, dotyczących tego, co miało miejsce zwłaszcza w przededniu „Kryzysu…”. Książkę, w zasadzie dokumentalną, czyta się jak polityczny thriller pierwszego sortu.

W głowie utkwił mi szczególnie ten fragment o rakietach R-12 u wrót Trynidadu. Pomyślałem, że będąc już na miejscu, spróbuję sobie na żywo to nieprawdopodobieństwo wyobrazić. Traf chciał, że na jednej z brukowanych trynidadzkich uliczek ujrzeliśmy sunącego leniwie post-radzieckiego Ziła. Wtedy już miałem pomysł na przyszły materiał o Trynidadzie… Później postanowiłem, że trzeba odświeżyć rosyjski, który pięknym językiem jest! Na dodatek, pisząc o rakietach słuchałem fragmentów baletu „Jezioro Łabędzie”. Jakoś mi tym razem nie podchodziły rytmy kubańskie…

* Cytaty kursywą pochodzą z: Michael Dobbs – „Za minutę północ” w przekładzie Barbary Gadomskiej, wyd. Świat Książki, Warszawa 2010.

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *