Ręka Boga

Nie ukrywam, Maradona – ten właśnie Diego Armando Maradona, „boski” Diego – był moim idolem. Wtedy był najbardziej. W latach mojego (piłkarskiego) dzieciństwa. Bo mundial Mexico ’86 był pierwszym, jaki w życiu widziałem. I chyba jedyny, który tak mocno zapadał mi w pamięć, który tyle egzaltacji we mnie wzbudził i też dziecięcych łez upuścił. Tam żeśmy się, z tym argentyńskim mistrzuniem zakumplowali, choć jego to pewnie guzik obchodziło, on o tym nie wiedział.

Jeśli coś mnie potrafiło w piłce nożnej zafascynować do szpiku, zostało zamknięte w tamtej rzeczywistości, gdzieś w Guadalajarze, Monterrey, czyli Mexico City na stadionie Azteca z wielkim cieniem w kształcie promienistego słońca pośrodku boiska. Kto wie, może ta pierwotna piłkarska pasja wyciszyła mi się w głowie, zeszła na dalszy tor, za to fala meksykańska, czytaj – latynoska namiętność – gdzieś mi wówczas zakiełkowała w podświadomości. Na pewno Maradona w czasie tamtego niemożliwego Meksyku ’86 był dla mnie sprawcą czegoś ważnego, fascynującego, czegoś co we mnie zostało…

Moi drodzy, wygrzebałem tu swój stary tekst, sprzed prawie 16 lat. Właśnie o Meksyku, o Maradonie. Poniekąd o namiętnościach.

Przekazuję go Wam w formie w zasadzie oryginalnej. I Maradonie go dedykuję.

Dzisiaj, 25 listopada 2020 r., Maradona umarł. Miał 60 lat. I prawdopodobnie zawał serca…

***

W międzyczasie wyruszyłem w sentymentalną podróż do roku 1986, kiedy to będąc rozbudzonym sportowo pacholęciem, śledziłem z rozdziawioną gębą swoją pierwszą, wielką piłkarską imprezę. Mistrzostwa Świata. Copa del Mundo, Mexico ’86. Żadne późniejsze finały nie wywołały u mnie takich emocji, jak te w Meksyku. Może z wyjątkiem Mistrzostw Europy w roku 1988, gdy na boiskach dominowali Holendrzy z trzema nieposkromionymi tulipanami: Gullitem, Rijkaardem i van Bastenem. Meksyk okazał się jednak najpiękniejszy – mundial, gdzie zrodziła się słynna meksykańska fala, która potem błyskawicznie ogarnęła wszystkie stadiony świata. Od tych największych, w wielkich metropoliach. Po najmniejsze, siermiężne, w zagubionych w czasie pipidówkach.

Futbol we krwi

Piłkę nożną wymyślono w Anglii, lecz miejsce do rozgrywania mistrzostw świata istnieje, według mnie, tylko jedno. Ameryka Łacińska. Obszar, gdzie słońce wydaje się być pozszywane z czarno-białych łat. W rozłożonych na setkach kilometrów kwadratowych slumsach Ciudad de México, w bogotańskich barrios, brazylijskich favelas, czy innych siedliskach porażającej południowoamerykańskiej nędzy, piłka nożna potrafi chociaż na moment odsunąć beznadziejną rzeczywistość. Potrafi w świadomości ludzi wyłączyć społeczno-ekonomiczną biegunowość. Chociaż sam futbol, jak przeważająca część zjawisk w Ameryce Łacińskiej, ocierał się na przestrzeni lat o ekstrema. Bo i rodził gwiazdy, które swą finezyjną grą zdobywały serca kibiców na całym świecie, ale także ten sam futbol prowadził do starć, nawet wojny. Konflikt Hondurasu i Salwadoru, opisany zresztą przez Ryszarda Kapuścińskiego w „Wojnie futbolowej” dość sugestywnie wyjaśnia nastawienie Latynosów do piłki nożnej, która stanowi część ich duszy, barwi im życie, daje nadzieję, rozprasza mroki przeszłości.

W roku 1986 miałem lekko ponad osiem lat. Pamiętam, jak twardo oglądałem większość meczów, nawet te późnym wieczorem, co wynikało ze znacznych różnic czasowych. Rankiem ja młokos, zmieniałem się w zombie, ziewałem, powłóczyłem nogami do szkółki, aby następnie miedzy „polakiem” a matmą dyskutować zacięcie z innymi, rozentuzjazmowanymi rówieśnikami. Po nieszczęsnym meczu z Brazylią, kiedy to Canarinhos sprali Naszych cztery do zera, siedziałem w ławce załamany. Koledzy także. Musiałem się jakoś wygadać. Wyszedłem na szkolny korytarz i pierwszej napotkanej belferce wyrzuciłem: „Ale przegraliśmy, no przegraliśmy, ja nie mogę…”. Padła sucha odpowiedź: „Wracaj do klasy!”. Wróciłem. Udało mi się też w końcu otrząsnąć z porażki. Mistrzostwa przecież trwały dalej i miało się jeszcze wiele wydarzyć.

Meksykański wstrząs

Meksyk rolę organizatora otrzymał dość niespodziewanie. W roku 1986 zawodnicy mieli wybiegać na murawy w Kolumbii. Jednak, jak się okazało, ojczyzna Gabriela Garcíi Márqueza nie poradziła sobie z zapoczątkowanym na 1983 roku kryzysem finansowym i ostatecznie zdecydowano, iż wycofa się z organizacji mistrzostw. Tym samym Meksyk po raz drugi w historii (wcześniej w 1970 r.) gościł u siebie najlepsze „jedenastki” świata. Mimo potwornego trzęsienia ziemi, jakie osiem miesięcy wcześniej nawiedziło ten, położony na południe od Rio Grande, kraj i które zebrało ponury plon około dwudziestu tysięcy ofiar, impreza odbyła się i w atmosferze ognistej fiesty weszła do piłkarskich annałów. Dios zechciał chyba przetestować Meksykanów; spustoszył im ziemie, lecz stadiony pozostawił nietknięte. Widać, Bóg kocha futbol, tak jak kochają go Latynosi, którzy odwalili morderczą robotę, doprowadzając do pierwszego gwizdka, otwierającego mistrzostwa.

Rozgrywki zostały tak zaplanowane, aby jak największa ilość fanów na całym świecie mogła je o przyzwoitej porze obejrzeć. Dla piłkarzy oznaczało to jedno: walkę w palącym, meksykańskim słońcu, niemal w samo południe. Ale wytrzymywali, dawali radę. Żłopali hektolitry wody i wypacali je w szalonych akcjach. Podziwiałem wielu zawodników, moje oczy błyszczały na widok koronkowych zagrywek takich ówczesnych herosów, jak: Zico, Socrates, Careca z Brazylii; Butragueño z Hiszpanii, Sánchez z Meksyku, Lineker z Anglii (mimo, iż ten, bestia, zafundował Polskim Orłom hat trick w meczach grupowych), czy Platini, kapitan reprezentacji Francji…

Król jest tylko jeden

Natomiast, zakochałem w jednym tylko piłkarzu. I nie tylko ja. Zakochał się w nim cały świat. Choć nie zdobył tytułu „króla strzelców”, jego gwiazda błyszczała najjaśniej. Diego Armando Maradona. Nazwisko Argentyńczyka stało się niemal synoninim tamtego mundialu. Wspominano Mexico ’86 – na usta cisnęło się momentalnie – Maradona! Pomocnik Diego z numerem 10, tak jak kiedyś Brazylijczyk Pelé, tańczył z piłką na azteckich arenach. Selekcjoner argentyńskiego zespołu Carlos Bilardo zbudował zespół wokół Maradony. Okazało się, że lepszego budowniczego kibice argentyńscy wyśnić sobie nie mogli. Copa del Mundo pojechał do Buenos Aires.

Można wielu zdarzeń z tamtych mistrzostw nie pamiętać, nawet można pogubić fakty z przepysznego finału Argentyna – RFN, na Estadio Azteca, z wielkim cieniem w kształcie promienistego słońca pośrodku boiska. Jednak nie sposób zapomnieć pojedynku ćwierćfinałowego pomiędzy Argentyną i Anglią, w którym boski Diego zdobył dwa gole. Gole, które dotąd budzą odpowiednio: kontrowersje oraz zachwyt nad zachwytami. Pierwszą bramkę Maradona strzelił… ręką. Jakiś czas potem, przyznając się do tego, dodał w swoim stylu, iż była to „ręka Boga”. Anglicy, po dziś dzień, z niegasnącą złością najchętniej by mu tę boską rękę odcięli…

Ręka, noga, Bóg

Będąc z Londynie, pracowałem w barze z wesołą Argentynką, Ely. Po krachu gospodarczym, jakim zakończyło się urzędowanie prezydenta Carlosa Menema, Ely wraz z bliskimi opuściła własny kraj i przeniosła się do Europy, najpierw do Hiszpanii. Zamieszkała z rodziną pod Madrytem. Jej ojciec podłapał pracę kierowcy ciężarówki w jednej z madryckich firm transportowych. Przewoził cytrusy z hiszpańskiej stolicy do Londynu. Z angielskim było u niego kiepsko, ale chcąc się podroczyć z Anglikami na swój latynoski sposób, podnosił wymownie rękę, akcentując z przekąsem: La mano de Dios. „Ręka Boga”. W Anglikach momentalnie odżywały obrazy z przeszłości i szlag ich trafiał. Ale za owoce ponoć płacili, nie mieli wyjścia.

Druga bramka Argentyńczyka strzelona w tamtym legendarnym meczu, wykraczała poza wszelkie ramy futbolowego rozumowania. Maradona rozpisał pod angielskim polem karnym kawał czystej, natchnionej poezji. Swoim fenomenalnym rajdem z meandrami zwodów, trików i uników posłał chłopaków Eli II do piłkarskiego przedszkola. Gwałt i subtelność. Ogień i finezja. Kwintesencja latynoamerykańskiego futbolu. Futbolu w ogóle. Na łamach tysiąca gazet na całym świecie i to nie tylko gazet sportowych, analizowano tamtego gola. Znawcy rysowali schematy i kręcili głowami z niedowierzaniem; spekulowano o ingerencji siły wyższej. Wydaje się, że spekulacje mogły mieć solidne podstawy. Może nie chodziło jedynie o rękę Boga? Może to właśnie sam Bóg wstąpił w tego niziuchnego Argentyńczyka, czyniąc zeń geniusza…?

Przyglądając się Maradonie po latach, trudno powstrzymać się od złośliwego stwierdzenia, że boskiego Diego na dobre rozhulała koka, etc. Tak, czy inaczej chcę wierzyć, że wtedy w Meksyku mój ówczesny idol naprawdę świadomie kopał piłkę. Kopał ją, jak nikt inny…

***


 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.

Post udostępniony przez South America (@southamerica)

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *