Tobago mówi „Yo man!”

Yo man! witają cię anglojęzyczne Karaiby. I tak trzeba tu odpowiadać: Yo man! Zapomnij o mdławym hello i suchym hi. W Tobago płynnie przechodzisz na slang i to jest rzecz normalna. Bez krygowania się wolisz używać yo man! Ha – ty nosisz w sobie cały ładunek yo man! I rychło się o tym dowiadujesz.

Oczywiście, z początku język robi figle i przekręca to śmiałe i barwne pozdrowienie na stare, utrwalone frazesy. Ale od czego jest praktyka? Pobudzony i chłonny wrażeń wychodzisz na ulicę o każdej porze dnia i szukasz kontaktu. Pamiętaj tylko, że tropik dzieli czas na ruch i bezruch. Rano i wieczorem, ulica kipi. W południom skwarze, ulica zwalnia i nic się nie dzieje. Jednak ty nie pamiętasz, ty wciąż tam jesteś. Wciąż notorycznie wystawiasz się miejscowym, aby cię zagaili, rzucili na powitanie yo man!, abyś i ty mógł im swoim własnym yo man! z ożywieniem odpowiedzieć.

Własne i autentyczne, nabyte w akcji yo man! – to jest to! Albo Karaiby albo na niby. Pewnie dialekt ten i na polskim podwórku słychać. Bo dryfuje na fali MTV, bo młodzi kleją z niego cool nowomowę. Ale tam, gdzie pozostaje on jedynie bladą kalką, to w Tobago brzmi diablo akuratnie, jak tubylcza mowa ludzka tchnięta duchem tej porywającej i rozbuchanej Wyspy. Brzmi świeżo i zaraźliwie bo piorunem wchodzi człowiekowi w krew. I tam zostaje na długo. Nawet po powrocie do kraju, gdzie słońce padło, gdzie szary czop od tygodni klinuje niebo. Korzystaj z yo man! zaraz po przebudzeniu, zrób to nim zaczniesz chlupać butami po śnieżnej zapaćkanej brei w drodze do pracy czy szkoły.

W Tobago rastamani trzymają fason swoich braci w wierze z Jamajki; słuchają reggae i popalają sensi oraz podobnie się noszą. Co rusz widywaliśmy oryginały z dredami przeróżnej grubości, maści i koloru. Od okazów ciemnych, jak smoła, wypielęgnowanych i lśniących o równej długości przez zmechacone i nieogładzone rdzawo-brunatne strąki do jasnych, wiotkich zwisów w odcieniu słomy i wreszcie nobliwych posiwiałych kutasiątek. Wielu rastamanów upycha wyhodowaną bacznie masę włosia w gustowne, światu znane, zielono-żółto-czerwone rasta-berety albo nieco skromniejsze jednokolorowe, przeważnie czarne, nabrzmiałe kokony.

Biały, mimo że przybywa do Tobago z Babilonu, legendarnej i radykalnie negowanej przez Rastafarian krainy wyzysku, władzy i pieniądza nie czuje na sobie cienia uprzedzeń. Miejscowi rasta nie patrzą na niego spode łba. A często nie patrzą w ogóle bo mają ciekawsze i pewnie bardziej praktyczne zajęcia. I to jest niewiarygodne wręcz fantastyczne – że mało kto się tobą interesuje, jeśli ty sam nie wydasz się interesujący. Rozpoznajesz okolicę, kiedy chcesz i jak chcesz albo osiadasz na białym piasku pół dzikiej plaży gdy masz już dość łażenia i poznawania. I nikomu nie pali się proponować ci ulepszenia wolnego czasu.

Faktycznie, Tobago wciąż pozostaje wyśmienitym wyjątkiem na turystycznej mapie świata tropików – i mimo, że samoloty z letnikami lądują tu regularnie – Wyspa nie żyje z turystów tylko obok nich. W przeciwieństwie do pozostałych karaibskich wysp i wysepek, które jak pisał z goryczą Trynidadczyk noblista V. S. Naipaul – „akceptują turystkę jako nieuniknioną degradację”.

Biały przyjechał tu wypoczywać i szanując miejscowe obyczaje robi to w sposób, który mu najbardziej pasuje a Czarny jest u siebie i też robi to, na co ma ochotę, szanując prywatność tego pierwszego. A kiedy dojdzie między nimi do spontanicznego kontaktu rodzi się dużo pozytywnych wibracji, bo tutejsi rasta są bardzo otwarci i przychylni obcym, chętnie pogadają i równie chętnie pokołyszą się wspólnie przy rytmach reggae.

Tobago nas porywało! Ileż w tym kraju sielskości! W nagrzanym popołudniowym powietrzu, wilgotnym i pachnącym intensywniej niż to poranne, w tym leniwym nastroju laby, wokół chaty na palach, wymalowanej pastelami, tam właśnie i w dziesiątkach podobnych miejsc na Wyspie płyną z głośników klasyki Boba Marleya w oryginałach lub zmiksowane oraz całe rzeki smacznego reggae a nozdrza regularnie drażni typowa słodkawa woń.

Kiedy tak kątem oka patrzysz na beztrosko upalających się rastamanów, jak kurzą te swoje przydługawe, pomarszczone i cienko-grube, słowem karykaturalne skręty, dopiero co spreparowane, masz wrażenie, że palą bo na to zasłużyli.

W porcie ćmi rasta-rybak. Siedzi na molo i moczy stopy w morskiej zupie. Dnia nie zmarnował – złowił ryby i sprzedał. Ma czas na relaks. Warto odwiedzić go wcześniej, gdy chwali się swym połowem, bo wtedy za grosze kupisz kawał świeżego skurczybyka takiego, jak red snapper, kingfish czy mahi mahi. Potem krótko smażysz, podsypujesz przyprawami, rwiesz z drzewa małą limonę, kropisz i pałaszujesz.

We wiosce spotykamy też rasta-sprzedawcę tropikalnych owoców. Zeszło mu prawie wszystko, więc siedzi przed niemal pustym kramem na rozklekotanej drewnianej skrzynce i również ćmi a jego oczy zaczynają się szklić. Rozweselony, bez wyciągania skręta z ust, pakuje nam do worka dwie ostatnie papaje i na odchodnym niewyraźnie dopytuje skąd jesteśmy. Nie kojarzy Polski więc oczekuje geograficznej podpowiedzi. Gdy z naszej strony pada słowo Rosja, dumnie żegna nas – до свидания!

Musimy koniecznie wspomnieć o naszym idolu – dziarskim choć niemłodym już taksówkarzu, w pięknie skrojonej kremowej guajawerze, który odebrał nas z lotniska, udzielał rad i promował tutejsze specjały. Nie wyglądał na rasta ale za to, jak się nazywał! James London. Przylatujemy właśnie z London’u a tu taki James. No to pierwsze śmiechy. Na parkingu zaproponował nam przejażdżkę starą, wypucowaną do połysku, jakże dystyngowaną limuzyną Toyotą Crown. A my wylądowaliśmy na lotnisku Crown Point. No to drugie śmiechy. To musiał być jakiś znak – bez wahania wsiadamy i ruszamy z Jamesem!

Po drodze mówił po angielsku w tak groteskowy sposób, stosując teatralne pauzy i powtórzenia, że każde jego zdanie człowiek miał ochotę od razu parodiować. Co mamy tu jeść? Warunek – mówimy tylko o jedzeniu lokalnym. Co poleca? Eat fish, man, eat fish… No to jedliśmy ryby przeróżne, soczyste i prosto z morza a teraz „rybna fraza” Jamesa na dobre wkręciła się nam w domowe dialogi i stała kultową. To co na obiad? Wiadomo, co – i choćby to miał być… ryż z fasolą.

Afro-karaibski angielski, powolny, z twardym akcentem, słyszany po tamtej stronie Atlantyku – naprawdę genialny. Autorem innego, klawego zbitka słów jest również nasz barwny taksówkarz. Zdążyliśmy zapytać o smażone platanosy.

– Zjemy je w Tobago?
– Popularne tu nie są. Dostaniecie gotowane ale jak bardzo zechcecie to wam usmażą. Tylko na wiele nie liczcie.

I tu wtrącił, odtąd nieśmiertelne – Sometimes they make it good and sometimes they don’t make it good. Absolutna poezja i proza a’la Hemingway w jednym. Cały prostoduszny James. A tres fans pimientos w komplecie za jego plecami. Tarantino, albo Spike Lee powinni pomyśleć o castingu w Tobago. Wielu tu takich. Może nasz przyjaciel miał się zwać Jack London. Bo rodzicom zdarzyło się przeczytać powieść i poniosło ich w czasie chrztu syna. Nie wiadomo, czy sam James coś napisał, ale wystarczyło, że wyszczerzył swe śnieżnobiałe zęby a wyczytaliśmy z nich jego własną wersję Białego kła

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *