Robinson Crusoe tu lądował!

Pierwszy raz czytałem „Przypadki Robinsona Crusoe”, jako dzieciak. Przypadkiem. Leżałem wtedy w łóżku pod wielką, jak góra pierzyną i wypacałem resztki choroby. Książka wydawała mi się wtedy horrendalnie gruba. W dodatku, pisana drobnym makiem. Czułem, że może mnie wykończyć. Wziąłem do czytania coś innego. Nie pamiętam co to było, lecz musiało mnie znudzić, bo wróciłem do Robinsona. Byl mi pisany, nomen omen. Ugryzłem tę powieść, odleciałem. Gorączka, jaka zdążyła już zelżeć, zaraz wróciła ze zdwojoną siłą, za sprawą nowej lektury.

Zapamiętałem wówczas dwie rzeczy, i właściwie zapamiętałem jedynie to, co leży w tej fabule na samym wierzchu: oszałamiającą tropikalną przyrodę bezludnej wyspy i człowieka, którą potrafił tę przyrodę nieźle urobić. Później oczywiście w szkole – rozkładaliśmy Robinsona Crusoe na czynniki pierwsze. I wówczas docierały do mnie dalsze znaczenia: o charakterze poznawczym, estetycznym czy innym. Jednak tym, co najtrwalej osiadło we mnie od tamtego porywającego czytelniczego seansu był przede wszystkim obraz wyspy, tamtej „wyspy Robinsona”.

Pod koniec 2008 roku na jednej z wysp należących do Chile – po 300 latach – odszukano ślady ludzkiej aktywności, które na początku XVIII wieku zostawił Alexander Selkirk. Ostatecznie zatem potwierdzone zostało, że ten szkocki żeglarz i awanturnik, który w efekcie samotnego pobytu na wyspie prawie zdziczał pośród kóz i jak donosili świadkowie bełkotał później nieskładnym angielskim, że ten buntownik i szaleniec, który cztery lata wcześniej sam kazał się tam wysadzić, zabierając ze sobą jedynie strzelbę, nóż, trochę tabaki i Biblię – rzeczywiście całkiem nieźle sobie radził w kwestiach survivalowych. To już wiemy jakby na pewno.

Historia Selkirka błyskawicznie trafiła do gawiedzi jeszcze za jego czasów. Musiał ją równie szybko usłyszeć sam Daniel Defoe. Nie wiadomo, czy panowie się kiedykolwiek spotkali ale przeżycia szkockiego rozbitka prawdopodobnie zainspirowały angielskiego literata do napisania Robinsona Crusoe, powieści z 1719 roku, która zapoczątkowała trwającą nieprzerwanie do dziś – robinsonadę.

Generalnie świat około literacki zgadza się co do tego, że pierwowzorem Robinsona był Selkirk. Sam Defoe wykorzystał z opowieści Szkota praktycznie tylko jej zarys a środek wypełnił obficie już własnym kreacyjnym duchem. Jeden z ówczesnych mu kolegów po piórze, zauważył że w Crusoe było tyle z Selkirka ile w szekspirowskim Makbecie czy Hamlecie było szkockich i duńskich kronik albo w Romeo i Julii – dawnych włoskich ballad. W tamtych czasach zapewne wielu marynarzy i żeglarzy mogło dzielić losy Selkirka ale w zbiorowej świadomości udało się zaistnieć akurat jemu. Fakt utożsamienia tego człowieka z Robinsonem Crusoe siłą rzeczy uczynił go nieśmiertelnym. O Selkirku można wiele wyczytać. Kim naprawdę był, skąd pochodził, jakie miał upodobania i nałogi. Sława zawsze w konsekwencji upomina się o coś na kształt biografii.

Skoro tak wiele wiadomo o rozbitku, można podejrzewać, że i nietrudno trafić na „jego wyspę”. Tu jednak pojawiają się komplikacje i spory, których z logicznego punktu widzenia wcale być nie powinno. Bo kto spiera się w kwestii położenia wyspy, na której Daniel Defoe umieścił swojego bohatera, ten książki w ogóle nie czytał a głos zabiera albo czytał, tyle że nie pamięta o czym. A że mu się nie chce doczytać to staje się entuzjastą opinii błędnych.

W śledztwie tym można się ciągle mylić, co do ostatecznego miejsca lądowania Robinsona ale absolutnie nie sposób się pomylić, jeśli chodzi o obszar geograficzny, na którym miejsce to leży. Nie jest to możliwe. Chyba, że istnieją co najmniej dwie wersje tej przygodowej powieści. W tym jedna to falsyfikat siejący mętlik. Bo przecież w Rozdziale IX. autor wyraźnie wskazuje lokalizacje, w jakich miał się znaleźć statek Robinsona, zanim załatwił go sztorm.

Oto i ten fragment.

[…] Chcąc dostać się na linię wiatrów, stale ku brzegom Afryki wiejących, należało dosięgnąć dwunastego stopnia szerokości północnej, to jest powyżej wyspy Trynidad, należącej do Małych Antyli i stamtąd dopiero skierować ku Gwinei. Puściliśmy się więc wzdłuż brzegów Ameryki Południowej. Oprócz silnych upałów, żegluga szła bardzo pomyślnie, lecz minąwszy Przylądek Świętego Rocha, zostaliśmy niespodzianie zaskoczeni przez gwałtowny huragan wirujący, zwany przez tutejszych marynarzy tornado. Wicher ten, kręcąc statkiem, jak orzechową łupiną, porwał go w stronę północno-wschodnią. Wszelkie usiłowania marynarzy, aby się utrzymać w oznaczonym kierunku, na nic się nie przydały. Musieliśmy się zdać na wolę Opatrzności. Wiatr co chwila się zmieniał: raz wył z północy, to znów z zachodu, to z południowego wschodu. Statek jak fryga latał w najrozmaitszych kierunkach. Dwunastego dnia dopiero nieco się uciszyło. Kapitan, dokonawszy stosownych obserwacji, przekonał się, że statek znajduje się na Morzu Karaibskim, poza Małymi Antylami. Co najprzykrzejsze, że straciliśmy dwóch ludzi bałwanami z pokładu zmiecionych i okręt skołatany w wielu miejscach przepuszczał wodę. Po krótkiej naradzie z kapitanem, postanowiliśmy żeglować do Wyspy Św. Łucji, w porcie tej wyspy naprawić statek i przyjąć innych majtków w miejsce straconych.

Ale zaraz na drugi dzień żeglugi zerwała się burza powtórnie, pędząc nas z szaloną gwałtownością ku południowi. Wicher zdruzgotał nam reje, poszarpał w szmaty wszystkie żagle, a na koniec strzaskał maszt przedni. Pół dnia i noc cała przeszły w najstraszliwszym oczekiwaniu rozbicia się lub zatonięcia. Gdyby nawet powiodło się dostać na jakikolwiek bądź ląd w tych stronach, niezawodnie zamordowaliby nas i pożarli dzicy Karaibowie. Zguba więc była nieuchronna. […]

Od zarania tej historii konsekwentnie i bezmyślnie utrwalana jest jednak wersja, że kultowa wyspa z powieści Defoe leży na Pacyfiku a dokładnie kilkaset kilometrów od wybrzeża Chile. To Szkot Alexander Selkirk, autentyczny rozbitek spędził tam samotne cztery lata swego życia.

Natomiast całkowitą i powielaną z ignorancji bzdurą jest to, że również jego literacki odpowiednik Robinson Crusoe żywot swój tam pędził. W żadnym wypadku. Legendarnego Robinsona wyrzuciły na plażę egzotycznej wyspy fale wód Atlantyku albo ściślej Morza Karaibskiego a nie Pacyfiku. I tak jest zapisane na kartach powieści.

Istnieje jednak geograficzna pułapka w nazewnictwie, zastawiona w połowie lat sześćdziesiątych przez rząd Chile, sprytnie dążący do rozwoju turystyki w regionie i lepszej promocji paru miejsc.

Jeśli ktoś – zapominając zupełnie o Robinsonie Crusoe – chciałby ruszyć śladami autentycznego Alexandra Selkirka – to faktycznie rozsądnie pojedzie do Chile i w końcu trafi na jedną z wysp Archipelagu Juan Fernández. Wyspa ta jeszcze do roku 1966 nosiła nazwę Más a Tierra. Obecnie zaś zowie się już przewrotnie – Isla Robinson Crusoe. I jednoznacznie ale jakże bezlitośnie nieprawdziwie sugeruje, że jednak tu właśnie a nie gdzie indziej przebywał najpopularniejszy rozbitek w dziejach literatury. Powtórzmy – w dziejach LITERATURY. Jakby tego było mało, inna wyspa w obszarze wspomnianego archipelagu – wcześniej znana jako Más Afuera została przemianowana na… Isla Alexander Selkirk mimo, że ten z krwi i kości bohater swych czasów nigdy tam nie dotarł.

Natomiast jeśli ktoś de facto poznał fikcyjną postać Robinsona Crusoe – w sensie – przeczytał z jako taką uwagą powieść Daniela Defoe i koniecznie chce dotrzeć do sławetnej wyspy to świadomie od początku zacznie jej szukać tylko i wyłącznie gdzieś na Karaibach. Albo z jego głową do geografii nie jest najlepiej. Do Chile może polecieć innym razem – w innym celu (patrz – poprzedni akapit).

Problemem pozostaje to nieprecyzyjne określenie gdzieś na Karaibach. Gdyby Daniel Defoe, pisząc powieść po prostu zintegrował autentycznego rozbitka z jego autentyczną wyspą i resztę korzystając z licentia poetica po swojemu sfabularyzował to fani Robinsona zjeżdżaliby dziś jedynie na chilijski archipelag Juan Fernández. Nie byłoby nieporozumień. Autor sprawę jednak skomplikował wynajdując dla swego bohatera zupełnie nowe miejsce akcji. Przyszli łowcy przygód i wielbiciele literatury otrzymali jednocześnie możliwość karaibskich eksploracji w kwestii wyspy.

Istnieją pewne ślady, wskazujące na to, że miejscem tym może być Tobago. Nie ma wątpliwości co do tego, że Defoe dysponował przebogatą wyobraźnią i z literackim rozmachem wymalował okoliczności (można rzec – przyrody) w jakich znalazł się Robinson. Niemniej, jednak musiał Defoe również dotrzeć do – jak na tamte czasy – wystarczająco rzetelnego materiału źródłowego dotyczącego fauny i flory rejonu Karaibów. Bardzo prawdopodobne, że udało mu się dokładnie przestudiować poniższy pamflet napisany w roku 1683 przez kapitana Johna Poyntz’a.

[Strona tytułowa pamfletu – wstawić!!]

„The present prospect of the famous and fertile island of Tobago with a description of the situation, growth, fertility and manufacture of the said island, to which is added proposals for the encouragement of all those that are minded to settle there”.

Przetłumaczymy to, jako:

„Aktualna perspektywa dla słynnej i urodzajnej wyspy Tobago wraz z opisem sytuacji, rozwoju, urodzaju oraz produkcji na tej wyspie, do której dodaje się propozycje zachęty dla wszystkich tych, którzy są skłonni tam osiąść.”

W dzisiejszej realiach gospodarczych (i tych nadszarpanych kryzysem) podobny dokument, choć nieco mniej literacko napisany, zwie się po prostu memorandum informacyjnym dla inwestorów, albo katalogiem sprzedażowym (często w połyskującej okładce) dla potencjalnych nabywców gruntów, czy nieruchomości…

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *