Robinsonada

Playa Frontón. Tę plażę teraz najedziemy. Bo jest dzika, jedna z najdzikszych na półwyspie Samaná, gdzie dziczy rasowej ogólnie nie brakuje. Tam można się w dzikusa zabawić. Bądź w dzikuskę. Jeśli ktoś ma fantazję. Można w Robinsona Crusoe, Piętaszka, kanibali i stado napalonych kóz. Można wejść na palmę i zejść. Albo doleźć choć do połowy. Jak się uda. I kokos podźwigać, poturlać, rozłupać rzucając nim o skałę sto razy, i wysączyć te kilka kropel, jakie nie uciekną. Albo prędzej po bożemu przyciąć z pięć, czy sześć razy takiego dorodnego orzeszka maczetą. Tak wygodniej. I wyżłopać wszystko, co się da ze środka. I jeszcze rąbnąć ze dwa razy osuszonego pustaka, wedrzeć się do środka i wyjeść zeń bielutki miąższ, niczego nie marnując.

Jak te kokosy potrafią nawodnić! Lepiej niż woda. To już udowodnione. A jak smakują bestyjki zimniuteńkie, z lodówki wytargane raniutko, jak cudnie czyszczą człowieka po zeszło wieczornej rum-bibie, jak mu życie przywracają. (Choć trzeba przyznać, że rumy dominikańskie nieskażone się zdają, bo pędzone na wszystkim, co najlepsze, to pewne!).

Ale o czym my tu mówimy, gdzie Robinson i normalna lodówka w parze, gdzie taki luksus w kozim rogu, ludzie, toż to skraj świata bez niczego! Prawie. Lądem niełatwo tam dotrzeć. To wymaga łażenia przez rozmaite, zbite chaszcze; przedzierania się przez niepewne zaułki, w parówce obłędnej, w spiekocie; wymaga dreptania leśnym duktem, miękkim, błotnym, zalatującym tropikalną kiszonką, czy nieraz jakąś padliną; wymaga balansowania skrajem jakiegoś urwiska.

Innymi słowy, trzeba się tęgo nabiedzić, obetrzeć uda, srom odparzyć, aby to karkołomne dzieło łazęgi zwieńczyć. Zresztą, zabiera to sporo czasu, wyciskając z ofiary siódme poty. I choć trud ten, co oczywiste, wynagrodzony zostanie, może lepiej zrobić inaczej. Wskoczyć do porządnej łodzi z silnikiem turbo, z wałówką i procentami w rumie, wyrwać w ocean, wykręcić ostro za przylądkiem Samaná, rafę koralową wykiwać i w pięknym stylu dokonać desantu na rzeczoną plażę, gdzie porzuciwszy zbędne łaszki, stare myślenie i stare życie, prawdziwą robinsonadę zainicjować!

Wstęp do kryminału

Ostatnio, leżąc na tapczanie w popołudniowym letargicznym zawieszeniu (zamiast, niestety, wisieć w hamaku gdzieś między palmami…), taką miałem wizję. Wstępu do kryminału, albo eko-dreszczowca. Gdzie ta plaża Frontón byłaby jakimś tłem. Nie kluczowym, ale na pewno spektakularnym. Nie będę ciągle powtarzał, że to miejsce takie niemożliwe, bo wyjdzie że wziąłem się za „lokowanie produktu”. Co zrobić.

Sam kryminał pisałby się najpierw, jako opowieść przygodowa obtoczona w morskiej soli. Mamy szeroki plan, ocean, płetwę rekina, wycinającą znak nieskończoności, delfinie harce, wytrysk wieloryba, i oczywiście wielką parzącą (się?) meduzę, niezbędną w parodiowaniu Hemingwaya: „ty kurwo, odpłyń!” W oddali widoczny już zarys lądu, ten z kawałkiem ciemnej, skały, ten o który nam chodzi.

Na falach oceanu kołysze się łajba po przejściach. Ocean nie był dla niej łaskawy. Żagiel w strzępach, ster ledwo zipie, kadłub przecieka. Siedzi w niej rodzina; ojciec, matka, młodociane potomstwo, chyba brat i siostra, nieważne, przynajmniej teraz. Młodzi o włosach pojaśniałych od wiecznego słońca, skołtunionych i czołach pobielałych od zasolenia wyglądają, jak miniatury braminów z Waranasi w wersji blond. Starzy ze zmierzwionymi, długimi kudłami i z jakimś obłędem w oczach, przypominają tandem hippisów na głodzie w drodze do San Francisco. W porze obiadu jedzą bez entuzjazmu to samo sto pięćdziesiąty siódmy dzień z rzędu: suchary. Teraz już zzieleniałe. Piją deszczówkę, zebraną zeszłej nocy. Ojciec grzebie w rybim truchle. Cokolwiek to było, straciło datę ważności. Śmierdzi okrutnie. Jemu to nie przeszkadza. Ocean go znieczulił. Dłońmi uwalanymi śluzowatą juchą wykrawa z tego zdechlaka ostatnie filety. Przydałaby się cytryna, ot życzenie starego Santiago, lecz te dyndają gdzieś tam na lądzie w cytrusowych gajach.

Olśnienie patrona

Skąd wypłynęli? Ponoć z Wysp Kanaryjskich. Dokąd płyną, czy dryfują? Jaki mają cel? Rzecz niepewna. Jedno wiadomo. Chcą nowego życia, z dala od zepsutego świata, od cywilizacyjnego bajzlu. Ojciec tego chce. Człowiek z niego silny, charakterny i mądry, lecz od tej mądrości pomieszało mu się w głowie. Chce stworzyć raj na ziemi! Nie przecierajcie oczu. Taką ma koncepcję. Być może czujecie tu jakieś podobieństwo. Do klimatu „Wybrzeża Moskitów” z Harrisonem Fordem? Nie zaszkodzi.

Dla tego raju potrzeba mu tropikalnej wyspy. Dobrze się składa. W zasięgu wzroku ma dominikańskie wybrzeże. Północny wschód, przylądek Samaná. Te same rewiry, jakie opływał Kolumb ponad pięćset lat wstecz. Coś w nim nareszcie dojrzało. Coś każe mu odrzucić te plugawe rybie trzewia, wstać i celebrować ów moment oświecenia. Wstaje zatem, spogląda w dal, unosi dłoń z namaszczeniem, jak Mojżesz, albo José Arcadio Buendía i mówi: „zaprawdę powiadam wam, to tu!”. Rodzina pobudzona bliskim końcem morskiej udręki pomaga swemu patronowi sprowadzić łajbę na ląd…

Już dawno mogli to zrobić. Choćby u wybrzeży wyspy Boriquén. (Ojciec wolał używać tej pierwotnej nazwy Portoryko). Ale wtedy odżyły w nim dawne gorzkie wspomnienia. Wcześniej wykładał antropologię na uniwersytecie w San Juan. Poświęcił lata na badanie kultury rdzennych Taínos. Przyłapano go na praktykowaniu rytuału cohoba ze studentami. Wciągali nosem proszek ze zmielonych nasion rośliny, zwanej Anadenanthera peregrina, tudzież Yopo. Po prostu, ćpali po indiańsku. Łapali bogów za nogi. Za dużo ćpali. Nie obronił posady. Jednak, decyzję o jego usunięciu z uczelni przypieczętowało coś innego: przehulał wydziałowy budżet na walkach kogutów. Pechowo obstawiał. Zawsze. Jego portorykańskie życie skończyło się.

Niedługo potem nasi bohaterowie-robinsonowie lądują na plaży, tej właśnie plaży. Frontón. Pokiereszowani, lecz żywi. Nie zabrakło po drodze nowego dramatu. Roztrzaskali się na przybrzeżnej rafie koralowej. Bardzo zdradliwej. Stracili łajbę. Zapas sucharów. Stali się rozbitkami.

Śmierć pod palmami

Na cichej plaży, ocienionej palmami kokosowymi nikt ich nie wita, nie pohukuje w zaroślach, nie mierzy z łuków, nie szykuje błyskotek na wymianę. Oprócz mrowia opadłych orzechów zagrzebanych w mącznym piachu, kilku strachliwych krabów i jednego pustelnika z niedopasowaną muszlą, odkrywają tam coś jeszcze. Trupa mężczyzny. Nagiego. Leżącego na brzuchu. Z dzidą w zapiaszczonym tyłku. A dokładnie w prawym pośladku, jaki po tej inwazji nabrał koloru jagodowego. Musiała zadziałać trucizna. W niej umoczono grot dzidy… Tak od razu pomyślał ojciec, wyraźnie podniecony. Pamiętał dyskusje z etnobotanikami na swym dawnym uniwersytecie. Uczyli go szamańskiej roboty: toksyczne zioła, substancje psychoaktywne, narkotyczne loty tam i z powrotem po dżungli. To go fascynowało.

Zerknął na lewy pośladek denata. Chociaż zaiste martwy i koszmarnie blady wydawał się nadal jędrny. Zapragnął położyć na nim dłoń. Odwrócił się do żony. Stała nieco dalej pilnując, aby dzieciaki nie zbliżały się do ojca koronera. Nie patrzyła. I zrobił to. Już bez wahania. Pod warstwą drobnego piasku wyczuł palcami niewielkie zgrubienia. Zaintrygowany, oczyścił pośladek rozdmuchując resztki piaszczystego kurzu. Wtedy ujrzał wyraźnie kilkanaście krwawych nacięć, układających się w słowo: tuob. Serce mu mocniej zabiło…

Znał to słowo. Pochodziło od Ciguayos, autochtonów żyjących na Półwyspie Samaná w czasie, gdy trafił tam Kolumb w 1493 roku. Doszło do spotkania kultur. Nie było do końca pomyślne. Zwieńczyła je krwawa jatka. W dodatku, pierwsza odnotowana w Nowym Świecie, między tubylcami a przybyszami zza wielkiej wody.

Tuob jest jednym z dwóch słów, jakie uchowały się z mowy Ciguayos do dnia dzisiejszego.

Oznacza coś jakby złoto. Coś jakby…

Playa Frontón, jaka jest każdy widzi…

* Film „Wybrzeże moskitów” w reżyserii Petera Weira powstał na kanwie powieści Paula Theroux, z którym ja żyję w całkowitej zgodzie.

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *