Roślina Świętej Śmierci

W tej powieści „Dżungla we krwi” Tomasza Turowskiego, jaka mi wpadła przypadkiem w ręce, jest wszystko. Za recenzję wystarczyło by to wymienić i dodać, że to się ze sobą dość sensownie łączy, że autor miał zamysł, że chciał to bardzo napisać i przy okazji mu to wyszło.

Mamy tam więc: dżunglę, krew (dozowaną znośnie), roślinę „świętej śmierci”, czyli kokę, mamy wyznawców tej Santa Muerte, czyli meksykańskich narcos, czyli kartele narkotykowe, no i mamy, nie inaczej, kolumbijską partyzantkę FARC, która po swojemu siedzi w dżungli i zamiast być po dawnemu lewicowa, jest biznesowa, a dokładnie narkobiznesowa, i nie tyle preparuje sławetny „śnieg”, ile głowi się nad tym (zdalnie, przy pomocy Rosjan!), jak tu do tego śniegu dodać coś, co zmieni jankeskich ćpunów na własnym podwórku w… kanibali.

Parsknąłem tu tęgim śmiechem, lecz mój własny kolumbijski „kontakt” przekonał mnie, że to jest możliwe. W porządku. A skoro o kontaktach mowa to dalej mamy w tej powieści: starcie wywiadów, kontrwywiadów na trzech kontynentach, na pełnym gazie. Polski agent Paweł dużo podróżuje. To bardzo oblatany agent. Jak startuje w Hawanie, gdzie robi przy… polskiej ambasadzie, tak go niesie do Las Vegas, Cancunu, Buenos Aires, nad Wodospad Iguazú, potem do Bogoty i dalej hen w kolumbijską dzicz, gdzie sprawuje kontrolę herszt FARC, legendarny Manuel Marulanda Vélez ze swoją wierną kompanią. Paweł, stary wyga wywiadu, radzi sobie całkiem nieźle ze starym wygą partyzantki.

Te podróże Pawła to nie tylko przeloty z A do B i jakaś akcja w trymiga. Autor chce byśmy poczuli klimatmiejsca, jednego czy drugiego, trochę tego Meksyku, tej Argentyny, ciut Hawany, choćby takiej, no wiecie, lubieżnej, ale już najbardziej chce byśmy wypocili siódme poty w kolumbijskim tropiku, wamazońskiej selwie. I wypocimy, bo te opisy robią swoje. Dżungla Turowskiego żyje, pleni się, mnoży leśnych ludzi z kałachami, jacy chętnie zafundują zdrajcy, „cztery palmy”. Co to takiego? Doczytacie sami.

Powiem tak. Mnie się ta powieść podobała. Co więcej, niektóre fragmenty czytało mi się tak, jak w najlepszych czasach powieść Andrzeja Wydrzyńskiego „Ciudad Trujillo”. Jest to „sensacja”przyzwoicie skrojona. Jej wartością dodaną jest także to, że autor siedział ponoć po uszy w fachu agenta, jako tzw. „nielegał”, oficer operacyjny polskiego wywiadu. I w tej fabule pewnie sporo tego zrzuca. Ponadto, co chyba cenne, powieść jest też po części refleksją nad tym całym kokainowym burdelem.

„Tutaj na brzegu Caguan wszyscy chcemy pokoju, ale nie da się osiągnąć pokoju w dżungli, podpisując papierek w Hawanie. Potrzebne są przynajmniej dwie rzeczy. Po pierwsze, stworzenie możliwości włączenia się FARC w życie polityczne kraju, przekształcenie partyzantki w ruch polityczny. Trzeba też znaleźć drogę wyjścia ze ślepego zaułka monokultury koki dla campesinos. Zaproponować plan rozwoju rolnictwa, jego finansowanie, prawnie zagwarantować własność ziemi uprawianej dziś przez cocaleros, rozparcelować między nich nieużytki, rozwinąć infrastrukturę, zapewnić wodę pitną, zapewnić kredyty… Wtedy może uwierzymy w demokrację.”

W tej powieści lubię również to, że autor dba o szczegóły, szczególiki. Jeśli np. agent Paweł dociera do Kolumbii to napijemy się z nim rasowej kolumbijskiej kawy, itp. Rzecz po całości napisana z jakąś pasją, dobrym językiem, doprawiona różnymi smaczkami, np. w postaci hiszpańskich „aportów”. Na okładce dodano, że „na miarę polskiego Johna le Carré”. Hmm. Dajmy się autorowi jeszcze rozkręcić. Może ciut więcej humoru, jak w takim powiedzmy, „Krawcu z Panamy” by nie zaszkodziło. Ale ogólnie, to się daje czytać!

[„Dżungla we krwi. Roślina świętej śmierci”, Tomasz Turowski, Wyd. Melanż 2015]

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *