Roztańczeni tropikiem

Moi dzisiejsi rozmówcy, Zosia i Cristian de los Santos, mają w sobie dużo karaibskiej radości i polotu. To bardzo pozytywni, sympatyczni ludzie. Do tego aktywni i wiedzą czego chcieć od życia.

Ona Polka, On Dominikańczyk – zakochani w sobie i w Dominikanie. Potrafią dzielić się tym krajem mądrze, z wigorem i pasją – prywatnie i zawodowo (co i tak na jedno wychodzi).

Parę lat temu stworzyli nad Wisłą „De los Santos Project” popularyzując wśród Polaków dominikańską historię, kulturę oraz to, co stanowi istotną część tożsamości Dominikańczyków, czyli muzykę i taniec. To bardzo taneczne małżeństwo. Przekonacie się!

Obecnie mieszkają w Santo Domingo i rozwijają projekt podróżniczy Pal’Caribe. O wszystkim opowiedzą.

Ponadto dowiemy się:

  • jak ogarnąć dominikańską stolicę,
  • jak wygląda „covidowa” godzina policyjna,
  • jak kochliwi są Dominikańczycy,
  • co zostawili po sobie Tainos,
  • jak zrozumieć bachatę,
  • jak Polka przekonała Dominikańczyka (nie odwrotnie!) do tańczenia?

Oddaję im zatem głos.

„Myślę, że żadna nawet najbardziej ekstremalna sytuacja nie jest w stanie zabić dominikańskiej natury. Pamiętam, że w międzyczasie powstało nawet kilka piosenek z koronawirusem w tle, już samo to pokazuje luźne podejście do tematu.”

Przenieśmy się w rzeczywistość Dominikany.

Zapraszam.

Rozmowa z Zosią i Cristianem de los Santos

Caribeya:  Od razu zapytam Was o to miasto. Przyznaję, mam do niego słabość. Elektryzuje, nęci; wchodzi w krew, w pamięć. Do tego, wyciska morze potu. To bardzo karaibskie, nienasycone miasto. Zatopione w lepkim, wilgotnym powietrzu. Czasem tajemnicze, albo lubieżne. Oczywiście, potrafi także dręczyć: właśnie tym palącym słońcem, ulicznym chaosem, co i rusz bajzlem do kwadratu. Melymel, dominikańska „Mama Rapu” śpiewa o nim „kiedy jestem daleko, tęsknię za tobą, nie ma nic takiego, jak ty”. Jak Wam się żyje w Santo Domingo?

Zosia de los Santos: Wiedziałam, że to pytanie się pojawi! A odpowiedź na nie jest równie zawiła jak i samo miasto Santo Domingo. Myślę, że każdy postrzega stolicę trochę inaczej i dotyczy to też nas. Dlatego proponuję, żebym ja opowiedziała o niej z perspektywy osoby „przyjezdnej”, która zdecydowała się tutaj zamieszkać, a Cristian z perspektywy człowieka, który się w tym mieście urodził.

Cristian de los Santos: Tak, Santo Domingo to zawsze był i będzie mój dom. Tutaj się urodziłem i wychowałem. Moim barrio była Sabana Perdida, Santo Domingo Norte – koniec świata, wszędzie daleko, transport fatalny. Teraz wygląda to zupełnie inaczej. Mamy metro, teleférico (miejska kolejka linowa), połącznie do centrum jest o wiele lepsze. Kiedyś w centrum miasta (Stare Miasto/ Malecón) bywaliśmy bardzo rzadko, życie toczyło się w dzielnicy. Przy okazji muszę powiedzieć, że Santo Domingo to miasto bardzo rozwarstwione, ma w sobie dużo kontrastów. Są tu zarówno przepiękne dzielnice z luksusowymi wieżowcami, szerokimi ulicami, gdzie jest czysto, a o porządek dba policja, ale są też nadal dzielnice, gdzie nawet policja bałaby się wejść i gdzie nie zawiezie Cię żaden taksówkarz. Jest też oczywiście klasa średnia, mieszkająca w tzw. residenciales, czyli zamkniętych, nowoczesnych osiedlach. Warto o tym mówić, bo od jakiegoś czasu widzę, że Dominikanę przedstawia się bardzo jednostronnie, jako biedny kraj Trzeciego Świata, a tak naprawdę znaleźć można tutaj wszystko. Kraj się rozwija i idzie w dobrą stronę, a przykładem tego jest Santo Domingo. 

Zosia: Faktem jest jednak, że wielu turystów, a nawet Dominikańczyków omija Santo Domingo szerokim łukiem, bo głośno, chaotycznie, wszędzie korki, zgiełk i jak sam wspomniałeś powietrze jest jakby bardziej wilgotne, słońce jakby praży mocniej. Mając do wyboru ten chaos i gwar oraz piękną plażę w Punta Cana, większość będąc na wakacjach wybierze pewnie to drugie. Coś więcej kryje się jednak pod tą skorupą. Myślę, że są takie rzeczy, które dostrzega się dopiero po pewnym czasie. Trzeba poczekać, aż to miasto się przed Tobą otworzy, albo inaczej – aż to Ty otworzysz się na nie i zdecydujesz się tak naprawdę je poznać. Wtedy pojawią się chwile, kiedy poczujesz je tak mocno, że to uczucie pozostanie z Tobą na zawsze. To dlatego wiele osób chce stąd uciec, ale kiedy są już daleko, tęsknią do tego klimatu.

Cristian: Santo Domingo ma wiele wad, ale ma też takie rzeczy, których nie znajdziesz w żadnym innym miejscu na ziemi. Chaos z jednej strony jest przytłaczający, z drugiej jednak strony ma w sobie pewną magię, jest wibrujący, sprawia, że życie tutaj jest bardziej aktywne, nie czuć monotonii. Ludzie tworzą specyficzny klimat. El Capitaleño (mieszkaniec stolicy) reprezentuje karaibski luz próbując dostosować się do życia w wielkiej metropolii o szybkim tempie. To niesamowite, jak potrafimy uzyskać ten balans. To miasto codziennie daje Ci też przykłady ile jest w życiu dróg, że Twój los jest tylko w Twoich rękach; możesz odpuścić i żyć z dnia na dzień, albo guayar la yuca (lit. trzeć maniok – ciężko pracować), żeby do czegoś dojść. Poza tym, nie ma nic lepszego jak usiąść niedzielnym popołudniem w ulubionym colmadon i darse pal de fría’ (lit. dać sobie parę zimnych – wypić kilka orzeźwiających piw); oddać się długim spacerom po Maleconie i dać się otulić przyjemną morską bryzą, zagrać w domino z niezwyciężonymi starszymi panami w Ciudad Colonial, a później zatańczyć merengue na koncercie Bonyé w ruinach klasztoru i po głośniej imprezie zgłodniałym wstąpić na chicharroncito (smażona wieprzowina).

 


 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.

Post udostępniony przez Pal’Caribe (@palcaribe.dominikana)

 

Zosia: Warto wspomnieć, że życie w stolicy wiele też ułatwia. W przeciwieństwie do innych dominikańskich miast (może oprócz Santiago), jest to miasto z prawdziwego zdarzenia, które oferuje całą gamę atrakcji kulturowych; mamy teatry, kina, operę, restauracje, dyskoteki, parki etc., a z rzeczy bardziej praktycznych – uniwersytety, rozwinięty rynek pracy, ładne mieszkania w niskiej cenie, sklepy i usługi wszelkiego rodzaju. To tutaj znajdują się też wszystkie urzędy, dlatego mieszkając w Santo Domingo wszystkie sprawy formalne załatwiamy na miejscu.

Na koniec dodam jeszcze kwestie historyczne. Santo Domingo, a konkretnie Zona Colonial to dla osób zainteresowanych historią krajów latynoskich czy historią kolonialną nie lada gratka! Najstarsze miasto obu Ameryk, budynki z XVI wieku, większość bardzo dobrze zachowana; każda ulica, każdy kąt kryje w sobie jakąś część burzliwej historii tego kraju. I ten niesamowity klimat tutejszych patios! Uwielbiam się tutaj zgubić, wtedy zawsze odkrywam nowe, wyjątkowe miejsca. Jeśli w którymś momencie przyjdzie nam przeprowadzić się do innego miejsca, to i tak na pewno często będziemy tutaj wracać.

Cristian: Dodam, że capitaleño rodzisz się i umierasz! Santo Domingo to ludzie, kultura, historia, klimat i flow. To miasto zawsze będzie miało swoje miejsce w moim sercu!

Pamiętam, że na początku pandemii trafiłem na fotografie stolicy robione dronem o różnych porach dnia. Patrzyłem na nie z niedowierzaniem. Dzielnice, szczególnie po zmroku, były wyludnione. Główne arterie komunikacyjne, przeważnie nabite huczącą masą pojazdów, świeciły pustkami. Dotąd nie widziałem dominikańskiego życia w stanie takiego „zamrożenia”. Normalnie te stołeczne ulice są codziennie poligonem dla zmysłów – od rana do nocy. Jak Santo Domingo radziło sobie przez te „pandemiczne tygodnie” pełne restrykcji? Był lockdown, różne warianty godziny policyjnej, nadzór przestrzegania dystansu społecznego w barrios, etc. I jak wyglądał Wasz dzień w tym zupełnie nieoczekiwanym okresie?

Zosia: Ten okres trwał raczej krótko, potem wszystko zaczęło powoli wracać do normy. Szybko wróciły budki z chicharrones, a reggaeton zaczął dudnić jak wcześniej. Odnośnie do samej pandemii i przestrzegania obostrzeń, podobnie jak w innych przypadkach i tutaj relację między teorią a praktyką opisałabym raczej jako „to skomplikowane”. Myślę, że żadna nawet najbardziej ekstremalna sytuacja nie jest w stanie zabić dominikańskiej natury. Pamiętam, że w międzyczasie powstało nawet kilka piosenek z koronawirusem w tle, już samo to pokazuje luźne podejście do tematu.

Cristian: Jeśli chodzi o toque de queda (godzina policyjna) to na samym początku bardziej to respektowano i policja faktycznie docierała nawet do barrios, później jednak zewsząd zaczęły dochodzić nas słuchy, że godzina policyjna to fikcja. Kiedy pytaliśmy o aktualną sytuację znajomych z różnych regionów, w odpowiedzi usłyszeliśmy: „Jakie toque de queda? Tutaj nie ma toque de queda”… Z tego co zaobserwowaliśmy, ludzie szybko zaczęli przyzwyczajać się do sytuacji i żyć w miarę normalnie, przynajmniej w obrębie swojego miejsca zamieszkania, co oznacza działalność sklepików, budek z jedzeniem wieczorem, a kiedy wszystko jest zamknięte, spotkania towarzyskie w domach czy też na ulicy.

 


 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.

Post udostępniony przez Zofia De los Santos (@sofayer.andayer)

 

Zosia: Trzeba powiedzieć, że w kraju tropikalnym ciężko jest zamknąć ludzi w domu, szczególnie bez klimatyzacji… Zaduch i wilgoć zadręczy każdego. Dominikańskim zwyczajem wszyscy po południu wychodzą na balkon, patio lub chodnik przed domem i tam spędzają czas – tego nie da się w ludziach zmienić. To dotyczy również maseczek, jeśli w Polsce ludzie mają z tym problem, wyobraź sobie co może się dziać tutaj. Bądźmy szczerzy, w maseczce nie da się oddychać w tym klimacie, i to dlatego wiele osób, będąc na zewnątrz, zwykło nosić ją na brodzie, albo trzymać w ręce…

Cristian: W okresie, kiedy godzina policyjna była w Santo Domingo od 17:00, najgorsze były korki! To było nie do zniesienia, nawet nie chciało się wychodzić gdziekolwiek. Później była od 21:00 (w weekendy od 19:00), więc było to w miarę znośne, można było się swobodnie przemieszczać, pojeździć po kraju, otwarto też wiele restauracji i barów. Ludzie zaczęli spotykać się po prostu wcześniej, chodzić do restauracji czy do colmadonu na piwko, a później wracać do domu i tam kontynuować imprezę. Dominikańczyk ma w naturze chęć zabawy i tego nie da się go oduczyć. Tak naprawdę nie potrzebujemy lokalu, żeby się dobrze bawić! Aha, oczywiście otwarto też cabañas (domy schadzek) tak, żeby każdy mógł znaleźć coś dla siebie!

To zostańmy przy tej dobrej zabawie. Cristian wspomniał wcześniej o koncercie kapeli Grupo Bonyé. To już kultowe wydarzenie muzyczne. Pod ruinami klasztoru św. Franciszka w Zona Colonial. Od lat, w każdy niedzielny wieczór. Wtedy nobliwi dżentelmeni pod wodzą maestra Félixa Báeza wycinają karaibskie rytmy: son, merengue, bachata… Jest głośno, energetycznie, leje się rum. No i rządzi taniec. Wy tańczycie, prawda? Od zawsze tańczycie? Santosowie tańcem żyją? Gdziekolwiek, kiedykolwiek?

Zosia: Taniec to faktycznie ważna część naszego życia. Dla mnie to życiowa pasja. Muzyka i taniec towarzyszą mi odkąd pamiętam. Pierwszy raz zapach sceny poczułam mając zaledwie 4 latka. Powiadają, że jako jedyne dziecko podskakiwałam do rytmu! 

Cristian: U mnie historia jest zupełnie inna. Muzyka dla Dominikańczyka to część codzienności, wszystko jest nią przesiąknięte, jest wszechobecna, od rana do nocy. Pamiętam, kiedy zaprosiłem Zosię po raz pierwszy do mojego rodzinnego domu. Od razu zlecieli się sąsiedzi i kazali mi zatańczyć z nią merengue. Dla mnie to był obciach, bo za tancerza się nie uznawałem, a wiedziałem, że ona kocha taniec. Jakoś poszło… Najważniejsze, że ona była zadowolona!

Zosia: Tak, pamiętam ten dzień! To wtedy pierwszy raz zatańczyłam merengue i to z rodowitym Dominikańczykiem! To było coś! Kilka lat później, kiedy Cristian przyleciał do Polski, ja już prowadziłam kursy tańca. Wpadłam wtedy na pomysł, żeby Cristiana w to zaangażować, widziałam w nim duży potencjał. Opierał się, ale wyszło na moje i powstało „De los Santos Project” – nasze wspólne taneczne dziecko. Teraz czuję satysfakcję, bo dzięki temu, Polska mogła doświadczyć niezwykłego klimatu bachaty czy merengue z pierwszej ręki.

 

 

Cristian: Lekcje tańca oraz wszystkie taneczno-muzyczne wydarzenia, które organizowaliśmy pod flagą „De los Santos Project”, traktowałem jako dzielenie się kulturą Dominikany. Miło było patrzeć na radość i pozytywną energię, którą powodowała w ludziach dominikańska muzyka. Zafascynowani tymi karaibskimi klimatami, pytali często o mój kraj, chcieli wiedzieć więcej o jego kulturze, ludziach. A ja z wielką radością opowiadałem im o Dominikanie. 

Zosia: Teraz kiedy jesteśmy już w Dominikanie też często tańczymy, muzyka gra u nas prawie cały czas; pobudzające merengue, gitarowa bachata, romantyczne bolero, a w niedziele obowiązkowo salsa! Zaczęliśmy też prowadzić lekcje tańca on-line, dla tych, którzy zamknięci w domu, poszukują dodatkowej dawki pozytywnej energii. Szczególnie w tych pandemicznych czasach, muzyka daje dużo radości, dystansu i wytchnienia. To zdecydowanie najlepsza terapia na stres!

Ponoć, aby zrozumieć bachatę trzeba znać dominikańską duszę. I odwrotnie, aby pojąć Dominikańczyków, warto oswoić się z bachatą. Czym jest bachata? W jaki sposób dominikańska mentalność jest zaszyfrowana w tych rytmach, w tej śpiewnej liryce, w tej nierzadko ckliwej ekspresji?

Cristian: Bachata to zdecydowanie jeden z najbardziej popularnych gatunków muzycznych w Dominikanie. Powstała w latach 60-tych i w odróżnieniu do merengue, które jest rytmem wesołym i skocznym, ma charakter bardziej uczuciowy, pochodzi m.in. od bolero – romantycznego, subtelnego rytmu kubańskiego.

Zosia: Mówi się, że słowem, które najtrafniej opisuje bachatę jest amargura, czyli gorycz, zgorzkniałość, głęboki smutek i faktycznie, słuchając wielu utworów, nawet nie rozumiejąc tekstu, można wpaść w stan melancholii. Powoduje to m.in. charakterystyczna „płacząca” gitara.

Cristian: Mimo, że Dominikańczycy sprawiają wrażenie ludzi bardzo wesołych i zawsze uśmiechniętych, są też wrażliwi i bardzo, bardzo kochliwi. Szczególnie mężczyźni! Zawsze to powtarzam – dominikański macho żyje dla kobiet. Od najmłodszych lat uczymy się jak zwrócić uwagę kobiet i je zdobyć. Czasami nam się uda, czasami nie. O tym właśnie jest bachata, opowiada o wszystkich odcieniach miłości – zakochaniu, odrzuceniu, zdradzie, nienawiści – wpisanych w dominikańską kulturę i mentalność.

Zosia: Kobieta pokazywana jest często w roli „femme fatale”, jest dumna, zimna i bezlitosna, nie zważa na uczucia mężczyzny. Faktycznie, w pewnym stopniu oddaje to rzeczywistość, podobnie jak Cristian, też mam wrażenie, że to mężczyźni są tutaj bardziej uczuciowi i to oni ganiają za kobietami zabiegając o nie na każdy możliwy sposób. Ten stan rzeczy wpisał się już na stałe w dominikańską kulturę, aż do tego stopnia, że od kilku Dominikanek mieszkających w Europie usłyszałam, że czują się tam mniej atrakcyjne, bo brakuje im komplementów, uwagi mężczyzn, którą w swoim kraju mają na co dzień. Cóż, trzeba przyznać, że Dominikańczycy są niezwykle szarmanccy i umieją sprawić, żeby kobieta poczuła się wyjątkowo, trudno im się oprzeć. Mnie się nie udało…

 

 

Zosia, obroniłaś w Polsce intrygującą pracę dyplomową o pierwotnych mieszkańcach Hispanioli, którymi byli Tainowie; pisałaś o tzw. indygenizmie, czyli nurcie, głównie literackim, odwołującym się w kulturze dominikańskiej do rdzennych tradycji i wartości. Powiedz, co odkryłaś dzięki tej pracy? Czy indygenizm wpływa na poczucie tożsamości narodowej wśród dzisiejszych Dominikańczyków?

Kiedy poznałam Cristiana, zaczynałam właśnie studia na Filologii Hiszpańskiej, ale o Dominikanie nie miałam wielu informacji. Szybko zaintrygowała mnie jednak historia i kultura tego kraju, co rozwinęło się jeszcze bardziej po moim pierwszym pobycie na Hispanioli. Szczególnie zainteresowała mnie historia prekolumbijska i czasy kolonialne, dlatego postanowiłam zagłębić się w ten temat przy okazji pisania pracy dyplomowej. Fascynujący jest dla mnie fakt, jaką mieszanką kulturową są Dominikańczycy, w ich żyłach płynie krew trzech różnych ras: rdzennych mieszkańców, Hiszpanów oraz Afrykańczyków.

W pracy skupiłam się na Tainach, ich wpływie na kulturę dominikańską i tożsamość narodową Dominikańczyków. Szybko jednak odkryłam, że temat jest bardziej zawiły niż mi się z początku wydawało. W Dominikanie, w przeciwieństwie do krajów Ameryki Łacińskiej, gdzie nadal żyją potomkowie pierwotnych plemion, nie zachowało się wiele pozostałości po plemieniu Taíno. Po słynnej rzezi dokonanej przez gubernatora Nicolasa de Ovando, nastąpił nagły spadek liczebności tubylców, co sprawiło, że do połowy XVI w. praktycznie zniknęli oni z powierzchni ziemi. Dlatego myślę, że plemię Taíno jest dla Dominikańczyków pewnego rodzaju mitem osławionym krwawą historią, który zarówno w czasach niepodległościowych jak i dziś, spełnia rolę fundamentu dominikańskiej tożsamości narodowej.

W wyniku tego tragizmu historycznego i mitologizowania kultury rdzenni mieszkańcy są idealizowani i gloryfikowani, a pamięć o nich jest przejawem najszczerszych patriotycznych uczuć, zakorzenionych głęboko w sercu i duszy. To dlatego dominikańscy patrioci na Dominikanę powiedzą Quisqueya (jak mieli nazywać wyspę Tainowie), a w hymnie zamiast określenia dominicanos pojawia się quisqueyanos. Hołd kulturze przodków składają również artyści pisząc poematy o ukochanej przez lud królowej Anacaonie i jej areytos (utwory poetyckie służące do odśpiewywania na uroczystościach religijno-kulturowych Tainów) oraz nieugiętym Enriquillo, który przez 13 lat walczył z Hiszpanami o prawo do godnego życia i wolności dla swoich współplemieńców. Te postacie pojawiają się także w kulturze popularnej – w piosenkach czy na muralach. W sztuce często spotkać można symbole zainspirowane sferą religijno-duchową Tainów czy też ich piktogramami. Nadal kultywuje się również prekolumbijską tradycję kulinarną – przygotowanie tzw. casabe, prostego placka z manioku.

Dziś, po przeanalizowaniu wielu źródeł, do którym mam dostęp dopiero będąc tutaj, nie mam wątpliwości, że największy wkład w szeroko pojętą kulturę Dominikany ma element afrykański, jednak myślę, że Tainowie zawsze będą mieli swoje miejsce w pamięci i sercach Dominikańczyków.

Wróćmy teraz do Waszych pomysłów na życie. W samej Dominikanie chcecie rozwijać kolejny „rodzinny projekt” – tym razem podróżniczy – Pal’Caribe. Włóczęga po tym kraju jest zawsze konkretną przygodą. Niektóre prowincje, szczególnie w zachodniej Dominikanie, te położone najbliżej granicy z Haiti pozostają nadal w turystycznej niszy. I to sprzyja, choćby indywidualnym eksploracjom. Jakiej Dominikany można spodziewać się podróżując z Wami?

Cristian: Pal’Caribe powstało, aby przybliżyć Polakom poznanie właśnie tych miejsc, do których wciąż ciężko dostać się na własną rękę, a które obfitują w najpiękniejsze dominikańskie skarby. Trzeba przyznać, że Dominikana znana jest na całym świecie przede wszystkim jako mekka all inclusive; Punta Cana zdecydowanie przyczyniła się do rozwoju dominikańskiej turystyki i otwarła drzwi innym regionom, żeby mogły dać się poznać. I chwała jej za to! Dominikana w całej swojej okazałości jest jednak wciąż niedostępna, tutejszy system poruszania się czy zdobywania informacji jest dość chaotyczny i często utrudnia turystom dostęp do dominikańskich perełek. Pal’Caribe powstało jako opcja dla tych, którzy mają ochotę na głębszą eksplorację, ale niekoniecznie chcą stresować się kwestiami organizacyjnymi.

 

 

Zosia: Po zakończeniu pandemii z pewnością znów wystartujemy z naszym flagowym projektem o nazwie „Dominikana Twoich Marzeń”. Ma on na celu tworzenie spersonalizowanych programów dla osób indywidualnych. W tym przypadku, to nasz klient decyduje jakiego rodzaju wyjazd go interesuje, a my zajmujemy się jego organizacją. Ktoś woli zupełny relaks i obserwacje tropikalnej natury, kogoś innego interesuje turystyka aktywna i nutka adrenaliny. Każdy program jest inny, bo dopasowany w 100 procentach do konkretnej osoby. Głównym przewodnikiem w tym projekcie jest oczywiście Cristian, bo kto pokaże nam Dominikanę lepiej niż rodowity Dominikańczyk? Wycieczki z nim są nasycone nie tylko solidną wiedzą „książkową”, ale przede wszystkim historiami z życia wziętymi, ciekawostkami, które może znać tylko osoba, która się tutaj urodziła i wychowała.

Cristian: Wszyscy, którzy zdecydują się ze mną podróżować, muszą się też nastawić na dużo muzyki, tańca, śmiechu i rumu, bo w naszym „wesołym autobusie” zawsze się dzieje! A to, co się wydarzy w guagua (autobus), zostaje w guagua!

Gdzie lubicie jeździć najbardziej? Wasze ulubione dominikańskie rewiry?

Cristian: Odpowiedź na to pytanie to spore wyzwanie, bo jak to mówią, Dominikana „lo tiene todo” (ma wszystko). Po tych latach podróżowania po Dominikanie mamy jednak swoich faworytów, do których często wracamy.

Zosia: Pierwszym miejscem jest, bez wątpienia, Półwysep Samaná. Dla mnie, jest on kwintesencją karaibskiego klimatu, w jego obrębie mieści się wszystko to, co mnie osobiście kojarzy się z Dominikaną – soczysta, egzotyczna natura, nieziemsko piękne plaże, górzyste przylądki, ciepło i przyjacielskość bijąca od lokalnych mieszkańców, muzyka i taniec za dnia i w nocy, wyśmienite jedzenie oraz na koniec najlepsze – kameralność i poczucie intymności.

 


 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.

Post udostępniony przez Pal’Caribe (@palcaribe.dominikana)

 

Cristian: Dokładnie, Samaná wciąż jest jeszcze niedostępna dla masowej turystyki, przez co nie jest wyeksploatowana, ma nadal świeżość i dziewiczy klimat. Kolejnym naszym azylem jest tzw. Sur Profundo, okolice Barahony i Pedernales, region zupełnie wyjątkowy, niepowtarzalny. Tamtejszy kolor wody uznaliśmy zgodnie za najpiękniejszy w całej Dominikanie.

Zosia: W najgorętszych miesiącach lubimy też spędzić kilka dni w górzystym centrum Dominikany, np. w Jarabacoa. Trzeba przyznać, że dominikańskie góry mają w sobie magię i specyficzny klimat, a rześkie powietrze daje wytchnienie od stołecznego upału.

Cristian: Na koniec muszę wymienić wybrzeże północne, od Cabrera po Monte Cristi – tutaj wybór jest bardzo ciężki, bo perełek jest tam sporo, ale warto wspomnieć szczególnie o rzekach czy naturalnych kąpieliskach, w które obfituje ten region – a to Dominikańczycy lubią nawet bardziej niż plaże.

Cristian, gdybyś miał określić swoich rodaków tylko trzema słowami, czymś co idealnie opisuje dominikańską kulturę, tę esencję – „dominicanidad„, tę codzienność wymieszaną z aspiracjami i pragnieniami lepszej przyszłości  – co by to mogło być i dlaczego?

Cristian: Namiętni, zdystansowani, solidarni.

Namiętni, bo kochamy życie i umiemy się nim cieszyć. Żyjemy intensywnie, impulsywnie, mamy gorącą krew. Nie tracimy czasu na zamartwianie się, korzystamy z tego co jest i po prostu dobrze się bawimy, w biedzie czy w luksusie, w chorobie czy w zdrowiu, w pracy czy w domu, przy porannej kawie czy wieczornym rumie… zawsze jest dobry czas, żeby celebrować życie!

Zdystansowani do świata, innych ludzi i samych siebie. Zauważ, że tutaj nikt się nie obrazi, kiedy krzykniesz do niego „Ey, gordito” (Hej, grubasku). Żartujemy sobie ze wszystkiego, nawet z naszych wad i kompleksów. Nie bierzemy życia zbyt na poważnie. W innych krajach ludzie sprzeczają się o politykę, religię, problemy społeczne… my też, ale kończymy te rozmowy nie podziałem, a śmiechem.

Solidarni z tymi, którzy potrzebują naszej pomocy. Na co dzień widzę te gesty solidarności i chęć pomocy w najbardziej przyziemnych sytuacjach, kiedy przypadkowy przechodzień pomoże mi zaparkować, kiedy sąsiadka wiedząc, że jestem chory przyniesie mi caldo con cilantro y mucho ajo (rosół z dużą ilością kolendry i czosnku), kiedy pytam o adres jedną osobę, a odpowiada mi pięć, z czego trzy z nich chcą mnie tam zaprowadzić osobiście… to zwykłe, wydawać by się mogło, nieznaczące sytuacje, które sprawiają, że żyje się nam wszystkim po prostu lepiej.

Dziękuję Wam, Amigos, za tę rozmowę…

 


Cristian de los Santos – Dominikańczyk, patriota, po uszy zakochany w swojej ojczyźnie, jak mówi: „Mogę żyć w wielu krajach świata, ale umrzeć zamierzam w Dominikanie”. W Polsce spędził 6 lat, przywiedziony tam przez los i miłość do blondynki o niebieskich oczach; tam studiował, pracował i z pasją przekazywał Polakom wiedzę o kulturze Dominikany. Obecnie jest przewodnikiem po Dominikanie dla polskich turystów.

Zofia de los Santos-Gonzalezfilolog języka hiszpańskiego, tancerka, pasjonatka kultury i historii Dominikany. Śmieje się, że „amor wystrzelił do niej naraz dwie strzały: męża Cristiana i Dominikanę; obydwoma trafił w samo serce”. Współtwórczyni dwóch projektów mających na celu promocję kultury dominikańskiej w Polsce: projektu tanecznego „De los Santos Project” oraz podróżniczego „Pal’Caribe”.

Zdjęcie tytułowe, zrobione w półwyspie Samaná, za pozwoleniem (c) Pal’Caribe / De Los Santos

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *