Selfie z Ramónem

Tak wygląda człowiek, którego przed chwilą goniły trzy wielkie psy, toczące pianę bestie, czworonożne belzebuby. Ten z tyłu człowiek. Bo ten z przodu to Ramón, mój motoconchista. Jego wciągnąłem do wspólnego selfie. Ramón chciał dobrze. Szukał jakiegoś światła, aby lepiej było widać nasze gęby. Bo na tej trasie z rancza Rudiego tylko ciemnica, ledwo rozpraszana reflektorem motoru…

A było tak.

Jedna persona z mej szalonej grupy, zaprawiona w boju dżokejka miała dogadaną końską przygodę następnego dnia. Chciała pohulać na koniku w tropikalnych okolicznościach przyrody. Czemu nie. Załatwiłem jej to. W Las Galeras jeździ się na konikach. Siedzę na werandzie, moczę usta w rumie, wsłuchuję się w łomot cykad i nagle tracę pewność. Patrzę na telefon. Rudy nie potwierdza mego finalnego… potwierdzenia. No, to jadę do Rudiego. Już grubo po zmroku. Wokoło gęsty atrament. Od ręki łapię motoconcho. Jazda czymś takim zawsze mnie rajcuje. Jeszcze lepiej, jak się trafi motoconchista swój chłop. Mam szczęście. Prujemy. Jest kawał do przejechania. Jazda przez dłuższą chwilę w takiej czerni mąci w głowie. Prawie to klimacie „Zagubionej autostrady” Lyncha.

W końcu jakieś lampy w oddali. Ranczo, hacjenda Rudiego. Biała brama. Na niej napis. „Zamykać, aby konie nie wyszły”. Podchodzę. Gapię się w dal. Chcę dostrzec jakiegoś ogiera, może klaczkę. Jakby to miało znaczenie. Odwracam się do Ramóna. Wielkie umysły myślą podobnie. Ten ciska światłem reflektora, kreci ramą na prawo i lewo, mąci w ciemni. Żadnych pegazów na radarze. Składam dłonie w tubę i drę się. Ruuuudii, Ruuuudii! Bez odzewu. Jeszcze raz. Ruuuudii! Ramón kieruje snop światła na chałupę, gdzieś w głębi. Zaczyna mrugać, gasić, zapalać, wysyła jakieś sygnały, jakieś „morsy”, może mu wyszło z tego S.O.S. Żadnego ratunku.

Dobra. Otwieram bramę, wchodzę i szybko zamykam. Hura. Nie przeleciał mi koło ucha żaden pegaz. Nie zwiał na wolność. Nie czuję zapachu końskiego zadu, jak kiedyś na poduszce w tanim hotelu. To idę. Najpierw powoli, asekuracyjnie. Potem szybciej, coraz pewniej. I wtedy słyszę wyrok. I nagle czuję, jakby ktoś tarł mi łeb papierem ściernym. Czyżby stres? O tak. Bo oto słyszę skowyt ogarów ciemności; wylatującą właśnie z piekła dziką, diabelską żądną krwi sforę. Widzą mnie te kreatury, mierzą we mnie. Są coraz bliżej. A mnie zaraz nie będzie…

Jest szansa. Działa instynkt. Kątem oka łapię kawałek muru. I do niego. Raz, dwa, trzy i hej hop. Bez skuchy. Człowiek ze strachu sięga dachu. Z półtora metra mi przybywa. To wystarcza, by przeżyć. Tylko ta żyła na skroni. Co jej? Ona zaraz eksploduje. Tylko ta podziałka w oczach. Oj, zaraz przeleje się tam adrenalina. Jeszcze tylko to.

Wtedy dostrzegam człowieka. Ciekawią go skutki masakry. To kobieta Rudiego. Żona, partnerka, kochanka. Nie wiem. Wychodzi do mnie. Wspaniałomyślnie. Stojąc na murze, pochylam się jak Gortat do przedszkolaków, przedstawiam się. To pewnie słowny odpowiednik podpisu na testamencie.

„Senjor Marcjin?”. Co za ulga. Dusza wchodzi mi z powrotem w ciało. Integruje się. Zostaje.

„Ale Rudi pojechał do ciebie…!”, słyszę.

Rudi pojechał do mnie. W porządku. Tak się bawimy. Zyskując pewność, że psy zamieniły się w koty schodzę z barykady. Żegnam się. To znaczy do widzenia mówię. I wracam do Ramóna.

Wyrywamy z kopyta. Dalej ciemno, strasznie. Ale coś jedzie z naprzeciwka. Mocno świeci. Terenówka. Nie zwalnia. Sunie ostro. Mija nas ze świstem i podnosi cały pył z drogi. Nastaje mgła. Teraz robi się, jak w „Śledztwie” Lema. Mgła zmieniająca pracownika masarni w nekrofila. Zła mgła. Wreszcie opada. Ale zostawia mi w głowie ideę! Selfie z Ramonem! Próbujemy w locie. Nie, drugiej masakry tej nocy nie przeżyję. Stajemy, pod nijakim światłem, przy jakiejś budzie. Na poboczu. I tu mamy dowód…

Życie jest, jak jazda motoconcho, nigdy nie wiesz co cię spotka.

[Wtajemniczeni wiedzą, że lękam się psów. Tak wyszło. Indiana Jones fajdał kalesony w kontaktach z wężami, ja mam podobnie z psami, szczególnie takimi, które chcą mi odjąć kończynę…]

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *