Son of the… beach

Jeśli chodzi o takie miejsca bardziej znane, w północnej Dominikanie, jak przykładowo Sosua, to bywałem w tej mieścinie wielokrotnie, lecz w zasadzie to wiem zaledwie, gdzie w pobliżu stoi la bomba, czyli stacja paliw, bo zwykle tam wysiadam z ciasnego carro público, skręcony w precel, jak jogin; wiem o tutejszej plaży grzechu wartej i walkach kogutów w rewirze Los Charamicos, bo są „dobre”, jakby skwitował Papa Hemingway.

Poszedłem kiedyś, by je zobaczyć na żywo. Była sobota, późne popołudnie i dużo taniego rumu. Przeważnie bywa zabawnie (czego nie można powiedzieć o kogucim sparingu na arenie). Ale trzeba kątem oka kontrolować stan trzeźwości dominikańskich zapaleńców, którzy zdzierają gardła i gestykulują, jak szaleni, zagrzewając bojowe ptactwo do zadziobywania się. Bo jeśli macho postawi dużo pesos na takiego czy siakiego koguta i ten kogut przegra, tj. da się oponentowi zadziobać, to macho jest zły i musi wypić. A zły i podpity macho (prawda, nie tylko w Dominikanie) może mieć problem z przyjaźnią. Dlatego, lepiej obserwować pijących a wszystko jakoś się ułoży. Przynajmniej, do tej pory się układało. W Sosua mam jeszcze pojęcie, gdzie znaleźć mini-terminal linii Caribe Tours, skąd wypada ulotnić się do Santo Domingo ostatnim wieczornym busem…

Niewiele więcej wiem z głębszej obserwacji uczestniczącej, bo Sosua notorycznie organizuje mi czas wokół doświadczeń organoleptycznych, tj. wokół picia. Jak po nitce do kłębka, swobodnie (w przeciwieństwie do podrażnionego Tezeusza) ciągnę w kierunku barowego zagłębia przy Playa Sosua. To bardzo ładna plaża. W kształcie półksiężyca, malowniczo ulokowana w zatoce między sektorem El Batey i Los Charamicos. Jedna z ładniejszych w Dominikanie. Kto wie, czy Kolumb nie wypatrzył jej swego czasu, jako pierwszy obcy. Być może, ponownie zmiękczony rajską scenerią świeżo odkrytych lądów, zezwolił brudasom ze swojej załogi na błogą kąpiel i przepierkę zapuszczonych pantalonów. Playa Sosua dzika nie jest, cywilizacja zatruła ją już dawno temu, dzicy ostali się tam tylko sprzedawcy. Do tego namolni. Sposobem na tę namolność jest mówienie do nich prosto z mostu w języku… polskim. Zawiłość i brzmienie naszej uroczej mowy potrafią intruza skutecznie zamroczyć. W przeciwieństwie do niektórych „poliglotów” z takiego Punta Cana, na tyle obytych ze słowem obcym i żywym („kupi, kurwa, kupi!”), by zwabić obcokrajowca i wcisnąć mu chińskie – dominikańskie souveniry, tutejsi naciągacze wciąż się osłuchują, doszkalają. Warto używać tego lingwistycznego fortelu. I zaraz przysiąść gdzieś w barze. Pamiętajcie, bądźcie totalnie polscy! Tak, jak Michael Palin, no wiecie, jeden z Monty Pythonów, usłyszał kiedyś od starszego kolegi po fachu, że w podróży ma być „totalnie angielski”.

Nie pamiętam, bym tam nie pił. Zawsze jakoś piję. Po całym dniu docieram do Sosua wymęczony i spragniony. Brakuje mi sił i ochoty na inne rzeczy. Pragnę relaksu. Poza tym, czeka mnie droga do Santo Domingo: sześć godzin z przerwą w Santiago na rozprostowanie kości, fizjologiczne ulgi i zabezpieczenie kolacji. Koniecznie wcześniej trzeba pomyśleć o znieczuleniu. Inaczej música romántica, jaką nadają w busach Caribe Tours, może się odbić człowiekowi na psychice. Muzyczny program układał meloman sadysta. Niestety, swym gustem zaraził szofera. Dlatego w Sosua trzeba wypić prewencyjny koktajl. A najlepiej kilka. Wtedy dojedziemy do Santo Domingo w jako takiej kondycji. Wierzcie mi, przychodzi to łatwo. Gdybym miał w zwyczaju każdorazowo kończyć wojaże w Sosua, to picie mogłoby się zmienić w trwałe opilstwo. Na szczęście, zdarza mi się to sporadycznie, toteż idę tam w cug bez lęku. Tym bardziej, że cug ma zazwyczaj zapach i posmak mięty, limonki oraz rumu…

Ten karaibski dream – team zawsze jakoś przywabi człowieka do siebie. Raz wychodzi z tego mojito, raz caipirinha, raz daiquiri. Dobrze jest mieć Kubę za sąsiada! I Brazylię w zanadrzu. Zresztą, cuba libre też się tutaj pija. A gdzie się tego w świecie nie pija? Przy czym „wolna” wersja dominikańska tego trunku, to santo libre: rum plus 7up. Kiedyś z ciekawości wziąłem do ust, lecz fanem nie zostałem. Całość była za słodka i jakaś taka dziecinna w smaku, przypominająca oranżadę, albo szampan piccolo na raucie w McDonaldzie. Lepiej już pić po ludzku rum z colą i koniecznie z limonką. Bez limonki to obraza. Jakby nie patrzeć, cuba libre, mimo, że koktajl to z nazwy kłamliwy, jak diabli, to jednak klasyk. Po co zmieniać go w ograny imieninowy „śrubokręt”.

W płynnym menu barowym trafi się też pewnikiem np. sex on the beach, albo coco-loco. Lepiej nie pić. A zadbać, by to pierwsze wam się przydarzyło, a to drugie – nie przydarzyło. Co więcej, ponoć po trzecim coco-loco rzyga się, jak strute kocię pod płotem. Można nie doczekać zachodu słońca. I przegapić wschód. A zawsze przyjemniej popatrzeć na żywo, powzdychać na trzeźwo do swej starej, nowej czy okazjonalnej miłości, niż mieć to jedynie namalowane na „haitańskim obrazku”, z gruntu należycie prymitywnym, nabytym od… Dominikańczyka, który dopiero co go ukończył, by zaraz brać się za produkcję następnego, podobnego.

Na plaży w Sosua trzeba zatem pić dla przyjemności, i w miarę z klasą, by się nie osunąć pod plastykowy stół na piach, nie upodlić, jakimś troglodyckim blekotaniem, i co najgorsze, nie przysporzyć sromotnej roboty barmanowi, polegającej na odstawieniu klienta, rozluzowanego w zawiasach do autobusu, albo na mozolnym uświadamianiu mu jedynego, słusznego kierunku, jaki musi obrać… Niestety, przejście długim korytarzem z drzew wzdłuż Playa Sosua, w jako takim cieniu i przy odrobinie chłodu, i mijanie kolejnych koktajl-barów zawsze kończy się notorycznym popełnianiem, piątego grzechu głównego; grzechu nieumiarkowania w jedzeniu i piciu. Przede wszystkim, w piciu. Chociaż muszę przyznać, że nakarmić też tam porządnie potrafią, szczególnie rybami i owocami morza. A takiej rybce to się w dominikańskim rumie świetnie pływa.

Innymi słowy, Playa Sosua kusi i nie warto się tej pokusie opierać. Nie żal spędzonego tam popołudnia. To chyba jedyne miejsce w Dominikanie, z tych turystycznych przetwórni, gdzie nie mam problemu z przebywaniem wśród roju turystów. Lubię tę plażę. Robię swoje i zaraz stamtąd uciekam. Ukontentowany, na rauszu, son of the beach…

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *