Spacer z Eduardem

Nie planowałem żadnego towarzystwa tego dnia. Nie widziało mi się, aby kogoś przygarniać. Chciałem iść w miasto sam, zresztą jak zazwyczaj, tak mi najbardziej pasowało. Łażenie z kimś wymaga dodatkowego zachodu, nastawienia, kompromisu. To nie był dzień, aby łazić z kimkolwiek. W hotelu Maison Gautreaux dawali co rano śniadanie, i było dobre, roboczo zwałem je „śniadaniem dyktatora”. Zawsze serwowali taki sam zestaw: dwa tosty z serem i szynką, kawa, świeży sok, owoce – melon, papaja, ananas. Brałem się za to z niezmienną uciechą. Jeśli coś mi smakuje jem do znudzenia, porzucam bez sentymentów i przyczepiam się do czego innego, i tak w kółko. Dotąd jadałem te śniadania sam, jakoś tak się trafiało, że nikogo nie było; albo już zjedli, albo mieli dopiero jeść, inna rzecz, wtedy hotel świecił pustkami. Lecz tamtego ranka przyszedł i siadł za stołem, blisko mnie, drugi człowiek. Myślę sobie, Meksykanin. Czasem tak jest, patrzysz na kogoś i w jakiś niepojęty sposób chcesz, aby kimś był. Albo lepiej, żeby nie był. Ten wyglądał na Meksykanina, i ta myśl, że może nim być, poprawiła mi humor. Za wcześnie. Jednak, wyszło, że Chilijczyk.

Nie mogłem wytrzymać, musiałem go sprawdzić. Przełknął tost i przedstawił się. Nazwisko miał Suárez. Imię Eduardo. Nie, no z takim nazwiskiem Chilijczyk? W dodatku z Santiago de Chile. Uparłem się na tego Meksykanina, i nie popuściłem. Dlatego zapamiętałem go po swojemu, jako „Suárez z Ciudad Juárez”. Wiadomo, że w tym meksykańskim mieście ginie ostatnimi laty więcej ludzi niż much, bo wyżynają się w nim gangi narkotykowe, lecz mnie się to miasto inaczej kojarzy, widzę w nim beatników z powieści memu sercu bliskiej „W drodze” Jacka Kerouaca, mimo że tamci wjeżdżali do Meksyku w Nuevo Laredo. Ale Ciudad Juárez, choćby sama nazwa, wydawała mi się zawsze obietnicą jakieś przygody, egzotycznych ekscesów w oparach tequili i wolę nie myśleć o zabłąkanej kuli, jaka mogłaby zakończyć bieg w mojej skroni. Eduardo pracował w Haiti, w Port-au-Prince, jako informatyk. W Dominikanie chciał spędzić wakacje. Przedstawiałem go już szerzej przy okazji „Haitańskiej inicjacji”.

A może by tak spacer?

Wydawało mi się, że przy śniadaniu widzę go pierwszy i ostatni raz. Ale wyszedłem na Avenida George Washington, czyli na Malecón i kogo znajduję, Eduarda, stoi i rozgląda się, jakby chciał dać dyla, tylko blokuje go sznur aut. Przed czym uciekał? Mógłby przede mną, lecz bardziej chyba przed komiwojażerem, który go docisnął do szarego pnia palmy, próbując opylić pasek do spodni. Z marszu wybawiłem Eduarda od natręta, nie señor i jeszcze raz nie, mój amigo niczego nie kupi, amigo kiwa głową na potwierdzenie i tamten oddala się wreszcie, aby zaraz dopaść inną ofiarę. Eduardo nie miał żadnych planów, poza tym, że czekała go jazda na lotnisko i potem do hotelu, który rezerwował zdalnie i wiedział o nim tyle, że jest gdzieś w centrum starówki, za to ja wiedziałem dokładnie, gdzie ten przybytek się znajduje i w sumie mógłby to być jakiś cel naszego spaceru w tamte rewiry. Ot, dwie pierdoły dojdą sobie nieśpieszne do tego hotelu, sprawdzą czy wciąż tam stoi tak, jak stał wczoraj, przedwczoraj i czy nie zniknął, i potem te dwie pierdoły pomyślą, co jeszcze zrobić dla rozerwania się przed południem, może kupią fosforyzujące lody od chłopaka pchającego mobilną lodziarkę w kształcie pingwina. Wtedy wpadł mi znienacka do głowy szatański pomysł, aby zabrać Eduarda na pieszą wycieczkę i pokazać mu nieco więcej w Zona Colonial. Najgorsze, że ta idea przypadła mu do gustu od razu, w ogóle nie próbował się wykręcać, tylko się zgodził, jak niemądry jakiś, może zwyczajnie chciał wytracić resztę czasu i czuł, poniekąd słusznie, że mu sprawę ułatwię. Otarł krople potu, jakie mu osiadły na wąsach i to jakich! Zaraz, chwilę, to chyba przez te wąsy, ja z niego Meksykanina zrobiłem, Pancho Villę takiego. Osuszył tę rosę po nosem, podciągnął portki, i nie wiedząc co go czeka, ile będzie musiał drałować w tym zbierającym skwarze, oddał się pod moją sadystyczną opiekę. Przynajmniej miał obuwie zdatne do łażenia, bo informatycy lubią adidasy i skarpetki, gardzą mokasynami na gołe stopy.

Samiec i Samica, czyli seks w betonie

Poszliśmy Malecónem, mijając Ministerstwo Kultury, aby nieopodal mini-parku stanąć na moment przy czymś, co się zwie El Obelisco del Malecón. Dominikańczycy mają rubaszność we krwi, wolą więc nieformalną nazwę tego gigantycznego monumentu – El Macho. Kazał go postawić dyktator Trujillo, gdy przemianował Santo Domingo na swoje miasto – Ciudad Trujillo. Jaki jest El Macho, każdy widzi, wigoru mu nie brak, pręży się bezwstydnie. Wszystko by się zgadzało. Jeśli Morze Karaibskie jest miękkim podbrzuszem Santo Domingo, to El Macho jest jego, wypisz wymaluj, fallusem w nieustannej gotowości. Trujillo, ten „Kozioł”, by temu przyklasnął. W republice dzierżył licencję numer jeden na ciupcianie. Tyran jebaka tejże republiki. Ponoć zamachowcy zabili go, gdy jechał znowu ciupciać. Kilkaset metrów dalej okazuje się nagle, że na miasto stołeczne trzeba patrzeć raczej, jak na hermafrodytę, bo oto widać drugi obelisk o niezbyt nośnej oficjalnej nazwie Monumento a la Independencia Financiera, zwany potocznie Hembra, czyli Samica. Tym razem sprośna inwencja Dominikańczyków sugeruje, że mamy do czynienia z betonową waginą. Obelisk symbolizuje wyzwolenie Dominikany od zagranicznych długów, czytaj jankeskich, o co zadbał Trujillo. A powszechnie kojarzy się z cipą po prostu, i basta. Macho, hembra, samiec i samica, on i ona, tylko że dwa w jednym, niemal obok siebie, jakby nie było – obojnactwo. Jakiś polityk miał powiedzieć, że ten żeński obelisk jest, czymś jakby „la puerta de entrada a la Ciudad Colonial”, czyli z grubsza – wrotami do kolonialnej starówki. Psiakrew, co za przenośnia! Almodóvar nie wymyśliłby tego lepiej, jeśli ktoś pamięta „Porozmawiaj z nią”. Niewtajemniczonym napomknę tylko, że wielki Pedro-reżyser wymyślił bohatera, któremu kazał wchodzić do wielkiego sromu, co wyglądało, jakby ten cichcem wsuwał się za teatralną kurtynę. Uroczyście zatem, wespół z Eduardem wkroczyliśmy w tkankę starego Santo Domingo niemal ocierając się o monstrualną „szamszurkę” (chytre zapożyczenie z Henry’ego Millera).

Ktoś puknął Garbusa

Idąc Calle Palo Hincado stanęliśmy przy „Bramie Miłosierdzia” (Puerta de la Misericordia), bo mój chilijski kompan spocił się niemiłosiernie, jak młoda Jodie Foster w pierwszej scenie „Milczenia owiec”, gdy biegała po lesie w szarawym dresie, tylko tamtej było z tym do twarzy, ponadto Eduardo zasapał się, w łbie mu się zakręciło, i bądź tu wspaniałomyślny i proponuj informatykowi miejski trekking, bez ryzyka, że to się skończy reanimacją, ledwo znasz człowieka, a już miałbyś go dmuchać w usta. Na Calle Espaillat znowu przerwa, lecz nie z powodu słabnącej kondycji, lecz za sprawą wypatrzonego lokalnego kuriozum, czerwonego VW „Garbusa”, któremu zafundowano kosmiczny tunnig. Zyskał po nim aparycję garbusa pukniętego mocno w tyłek. Nie wyglądał źle, to trzeba przyznać, wyglądał lepiej niż niejeden oryginał. Na El Conde Eduardo poszedł wymienić dolary w miejscu, które mu wskazałem. Nie wiem, czy się dogadać nie mogli z właścicielem kantoru, czy może jeden drugiemu próbował wcisnąć trefne banknoty, w każdym razie Eduardo wymieniał i wymieniał, od tego czekania czułem, że się starzeję, ale czego się nie robi dla świeżo poznanego kompana, który zadeklarował, że postawi ci piwo. Wcześnie bo wcześnie, lecz komu to wadzi, w tropiku pijesz, kiedy pić ci się chce, a południe masz nieraz już z rana, przynajmniej tak ci się wydaje, oto względność, tropik łatwo zmienia dżentelmenów spoglądających na zegarki w rozluźnionych pijusów, w tropiku zegarek to jedynie błyskotka, biżuteria, a czas naginasz sobie sam, jak to robił Salvador Dalí na swych sławetnych malunkach, tutaj to całkiem proste, nie trzeba mieć talentu.

Pośladki Anacaony nie bez cellulitu

Na El Conde mijamy jeszcze kafeterię zwaną La Cafetera. Chciałem tam wypić z Eduardem małą czarną, tj. café dominicano, dla pokrzepienia. Odmówił, wykręcał się, bał się że ta kawa go zabije, zamiast pobudzić, oni tam w Chile nie preferują chyba takich siekier, spasowałem. W Parku Kolumba stanęliśmy przy pomniku Admirała. Jak zwykle dosiadały go gołębie, nie szczędząc admiralskiej głowy, a niżej otaczali ludzie, turyści. Asystuje mu kobieta, półnaga, zgrabna – Anacaona, była kacykową wśród Indian Taíno, czyli żeńskim hersztem. Jej imię tłumaczy się, jako „złoty kwiat”. Umiała pisać, dlatego wyrzeźbiono ją w taki sposób, że kaligrafuje nazwisko Kolumba, co jest wystarczająco wymownym komentarzem. Hiszpańscy najeźdźcy, jacy runęli na Hispaniolę za Kolumbem, powiesili Anacaonę. Ponoć nie chciała im się po dobroci oddać. Eduardo zwrócił uwagę, że kobieta, bo tak chciał artysta-rzeźbiarz, ma zgrabne pośladki, choć nie pozbawione cellulitu, co w sumie bardziej je uwiarygodnia, czyni „życiowymi”. Trafił mi się Eduardo-koneser. Ale losu tejże indiańskiej kobiety, jaki mu przytoczyłem nie zignorował. Poszliśmy dalej: Calle Las Damas, czyli Ulica Dam, pierwsza w Nowym Świecie, Panteón Nacional, czyli Panteon Narodowy, gdzie miejsca swego wiecznego spoczynku upatrywał Rafael Trujillo, lecz Historia go tam wcale nie widziała, Alcázar de Colón, czyli rodzinna kwatera Diego Colóna, tj. Kolumba „juniora”. Wreszcie przecięliśmy Plac Hiszpański. Idąc dalej wznoszącą się ku ruinom klasztoru św. Franciszka ulicą Emiliano Tejera, dociągnęliśmy do mini-colmado El Rinconcito de Don Guillermo gdzie Eduardo wyłożył te swoje wymienione pesos i kupił nam wreszcie po dużej butelce zmrożonego, jak trzeba Presidente. Piwa ubywało i coraz lepiej kleiła nam się gadka, choć rozstrzał tematów mógłby zdezorientować postronnego słuchacza: owoce (ja po gwajawie wiatrów nie miałem!), silikon, jakim wypychają sobie piersi wenezuelskie muchachas, język hiszpański w ustach Haitańczyków. Wypadało wpić po drugiej kolejce, lecz Eduardo oprzytomniał, bo jak wiadomo niebawem miał podjąć z lotniska żonę i dziecko.

Pół litra na głowę

Przy Calle Hostos, w zgliszczach dawnego szpitala św. Mikołaja z Bari chciałem pokazać swemu „podopiecznemu” rozwrzeszczane papugi coticasdominikańskie maskotki. Nie zawiodły nas, darły dzioby, aż miło, latały, jak opętane nad pradawnymi murami, nad dachami pobliskich domów, nad palmami królewskimi, to niesamowite, że częściej są widywane w sercu starówki niż w jakiejś dżungli po środku wyspy. Eduardo zaplanował, że pokaże je rodzinie i to jeszcze tego popołudnia. Hotel Mercure, gdzie mieli nocować, stał na wyciągnięcie dłoni. W końcu i tam dobiliśmy, osiągając, jakże niezbyt wyszukany cel naszej przechadzki. Potem było z górki. Znowu El Conde, Puerta del Conde, Park Niepodległości, cmentarz z nagrobkami białymi, jak piszczele, Aleja Niepodległości i jeszcze po drodze sok z mango, pół litra na głowę (tego soku, rzecz jasna!). Wkrótce siedzieliśmy na tarasie hotelu Maison Gautreaux, tego samego gdzie kilka godzin wcześniej dane nam było spożywać śniadanie, nawiązując pierwszy kontakt. Teraz wykańczaliśmy pogawędki: o winie, że takie z kartonu często leją w knajpach, bo lepsze, „zdrowsze” niż to z butelki, bo pod korkiem to zbiera się więcej farfocli; o „Winiarce Diabła” (Casillero del Diablo) , czyli dalej o winie; o „Czarnej Wyspie” (Isla Negra), czyli jeszcze bardziej o winie, i przy tym o wyspie, gdzie rezydował chilijski wieszcz Pablo Neruda, no i o tym co zamierzamy dalej robić w życiu, tym i przyszłym. Później żeśmy się wyściskali po męsku i każdy poszedł w swoją stronę, więcej się nie widzieliśmy. Byłem swego czasu w Santiago de Cuba i nie chciało mi się stamtąd wyjeżdżać, byłem w Santiago de los Caballeros i nie narzekałem, może kiedyś nastanie pora, aby zawitać do Santiago de Chile i wykorzystać koneksje, kto wie. Tak czy inaczej, chilijski informatyk pracujący w Haiti, przebywający na wakacjach w Dominikanie, ochrzczony przeze mnie Meksykaninem, okazał się klawym gościem. I nie pogardziłbym kolejną porcją… Chile con carne…

Print Friendly, PDF & Email
Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *