Archiwa tagu: Rio San Juan

Moje boskie Rio

Kiedy wspominałem o Río San Juan prawie dziesięć lat temu miałem obawy, że odsłonię za dużo i odczaruję miejsce, gdzie odnalazłem własny „dominikanki azyl”. Człowiek, jeden czy drugi, jest naiwny. Chce zachować dla siebie to, co rajskie jak najdłużej. Ale tak się nie da. Bo człowiek jest tylko człowiekiem, w końcu się z innymi podzieli, nie wytrzyma. Z drugiej strony, czułem podświadomie, że trafią tam nieliczni. Bo Río potrafiło maskować swe walory, dla większości pozostało po prostu nijakie. Ponoć, miasteczko było dawniej prosperującą wioską rybacką. Teraz wiedzie żywot niespieszny, szczęśliwie uniknęło turystycznej rozróby, nie wciska ludziom pamiątkarskiego kiczu.

Ale nie jest zapóźnione w rozwoju, nie jest otępiałe, ma swoje turystyczne wabiki; lagunę mangrową,dyskretne plaże, ciche zatoczki, tropikalne landszafty, wokół rozbuchaną przyrodę. Wydaje się być pro – turystyczne, wytrwale zachowując przy tym umiar. Jednak Río ma przede wszystkim uzależniający klimat, to coś nieuchwytnego siedzi w ludziach, w otoczeniu, Río ma jakąś pociągającą wieczną sielskość, tym uwodzi.

Bienvenidos a Río San Juan, czyli witamy w Río

W czasie „wojaży inicjacyjnych” po Dominikanie w 2006 roku gościłem w Río trzy razy. Niewiele brakowało do czwartego razu. Ale po powrocie z Haiti dopadła mnie zemsta człowieka, który jadł szkło a ja patrzyłem na te wyczyny z angielskim dystansem, albo złośliwością w stylu Monty Pythona: Jak to jest chodzić po świecie ze szklaną watą w tyłku? Kiedy ten fakir, szaman, czy kim on tam był wykończył swój spektakl, wybrał mnie z tłumu, zajrzał mi prosto oczy, głęboko i natarczywie. Nie wiedziałem, co planował, ale wytrzymałem tę „parapsychiczną” próbę. Niech sobie czaruje sąsiada, albo byłą żonę, nie mnie. Myślałem, że wyszedłem z tego cało.

Nic bardziej mylnego. Dzień później sczyściło mniedoszczętnie, czary-mary zadziałały. I może podwójnie, bo nie dałem tamtemu napiwku. Nie pamiętam, czy nie chciałem dać, czy zapomniałem. Nadwątlony działaniem nieznanych sił powodujących gastryczną katastrofę próbowałem ostatni raz odwiedzić Río. „Zobaczyć Río i umrzeć”, zapewne tego chciałem. Ale nie wyszło. Choroba zmieniła mnie w karła szukającego kryjówki w rowie, tuż przy drodze do Río. Bredziłem coś cienkim głosem, bo na nic innego nie było mnie stać.

Trzej przyjaciele w Dominikanie w Rio San Juan
©Caribeya, Tres Amigos, trzej Przyjaciele w Río San Juan. Marzec 2016

Na początku było znacznie lepiej. Najpierw dotarłem do Río od strony Sosua i Cabarete. Potem jeszcze dwa razy, w ten sam sposób. Stałem na poboczu północnej, krajowej drogi numer 5, łapiąc na stopa często kursujące carros públicos, te tanie wieloosobowe, „kolektywne” taksówki, znacie je, pisałem o nich nie raz, albo sami nimi jeździliście mając z tego jako taką frajdę. Najlepiej zrobić tak: kiedy zbliża się pożądany wehikuł, z typowym trapezem na dachu – choć innym niż w zwyczajowej taxi – wystawiamy rozczapierzoną dłoń (tyle paluchów, ilu potencjalnych pasażerów), aby szofer ocenił, czy ma hamować, czy pruć dalej.

Będąc w np. duecie, robicie „victory” dokładnie tak, jak Churchill, czyli wewnętrzną stroną dłoni w stronę łapanego. Jeśli jakimś cudem dłoń ułożycie odwrotnie, dacie kierowcy sygnał, aby się… odpieprzył. Takie niuanse, tutejsza mowa ciała. Złapałem furę od razu. Wewnątrz zaskoczenie, bo tylko jeden pasażer, urzędnik banku, jak się okazało, w odprasowanej kremowej guayaberze. Myślałem, że to będzie „puszka sardynek”, bo carros públicos potrafią wycisnąć soki z ludzi, szczególnie na tej trasie. Bywa, że człowiek przyjmuje z musu pozycję, jaka skompromituje niejednego jogina.

Do pokonania ponad czterdzieści kilometrów. W Dominikanie to jednak długi odcinek. Z powodu kondycji dróg. Dzisiaj jest o niebo lepiej, inny wymiar. Nakładli wszędzie asfaltu, wyrównali, pociągnęli autostrady przez kraj, jest po czym jeździć. Nasi spece-drogowcy mogli by się poduczyć. Ale wtedy stany nawierzchni przechodziły z jednej skrajności w drugą. Raj dla terenówek. Poligon przetrwania dla osobówek. My jechaliśmy zużytą toyotą corollą. Połowę z tej czterdziestki śmignęliśmy normalną szosą, resztę polem minowym po eksploatacji, z setkami dziur i lejów różnej szerokości i głębokości. Gdy jest po czym jechać, dominikańscy kierowcy śmigają, jak pershingi, gdy droga znika prowadzą swe fury ostrożnie, schodzą do tempa żółwiego. Każdy felerny ruch i chwila bezmyślnej brawury mogą się skończyć tym, że koła i strzępy podwozia zostaną z tyłu.

Dla kierowcy to oznacza kaplicę: setki pesos na naprawy i zawieszenie roboty na jakiś czas. Dbają o maszyny, na ile mogą, bo rodzina musi jeść. Czasem, ładując się do jednego, czy drugiego carro público zadawałem sobie nieme pytanie: jak to możliwe, że taki złom wciąż jest na chodzie? Ale koszty przejazdów były rewelacyjnie, więc nie narzekałem. Aby do przodu. Nie zliczę, ile razy korzystałem z tych osobliwości dominikańskiego transportu, tam na północy, albo w Santo Domingo. Río zawsze opuszczałem w carro público, a potem gapiłem się po drodze w wiejskie pejzaże ustrojone palmami królewskimi, ostatnio z moimi amigos, Pablem i Arturem.

©Caribeya, Okolice Río San Juan.
©Caribeya, Okolice Río San Juan.

Río magnetyzowało mnie od pierwszego wejrzenia, posiadło mnie, skradło mi duszę. To przez ludzi, którzy mówili, że w Río jest tranquilo, „spokojnie”, że jest tam piękna naturaleza, „przyroda”, że trzeba tam jechać i pójść na taką małą plażę, też „spokojną”, gdzie będą tylko Dominikańczycy. Tamtym ludziom chodziło o El Caleton, wtedy nie mogłem tego wiedzieć, chodziło im o to cudo leżące kawałek poza Río San Juan, ni to miastem, ni wioską zawieszoną w popołudniowym letargu. Tutejsi zwali ją pieszczotliwie la playita, całkiem trafnie, bo to faktycznie była „plażyczka” i taką pozostała. Jakieś dwieście metrów drobnego piasku, morze koloru, od razu do polubienia, tafla wody ledwo wzruszona i faktycznie więcej miejscowych, niż obcych.

Jedni sjestowali, byczyli się na leżakach, stojących pod migdałowcami, inni jedli dusznego kurczaka z ryżem i z czym tam jeszcze, pili rum i Presidente. W wodzie kawałek od brzegu młody, może sanky-panky, żigolak po tutejszemu, ogolony na zero, prężny Mulat coś kombinował z turystką ze dwa razy od niego starszą, co najmniej, nurkował, długo nie wypływał, no wiecie, chyba dobrze tamtej było, bo chichotała, jak Ania Shirley po malinowym winie.

El Caleton nie zmieniła się do dzisiaj, choć wtedy było tam zupełnie dziko, tak że fauna żyła po swojemu, coś mnie okrutnie haratnęło w dłoń, chyba wlazłem w nieswoje chaszcze, jak pionier, jakiś owad, osa czy inny diabeł z lancetem, pojawiło się to-to nagle, wykonało wyrok i czmychnęło, jak „predator”, ryknąłem z bólu, wpakowałem dłoń w sól oceanu; na tej „plażyczce” nie było żadnego normalnego baru, czy garkuchni, raczej prowizorki, a ludzie przywozili wałówkę ze sobą, siadali i zaczynali biesiadę. Z biegiem czasu powstała jakaś wydajniejsza infrastruktura, na szczęście nieinwazyjna, taka typowo karaibska, drewniana, malownicza, aby można było zjeść „coś z rafy” i wypić piña coladę prosto z wydrążonego ananasa i wyjeść do reszty miąższ. O tej piña coladzie Pablo powie dziesięć lat później, że „jest pierwszej wody”.

Koktajl pina colada na plaży El Caleton w Rio San Juan
©Caribeya, Piña colada „pierwszej wody”
El Caleton, Río San Juan.

Wciąż mam wiele powodów by tam wracać. Zresztą, najważniejszy powód obejmuje wszystkie pozostałe: po prostu Río wydaje mi się przejmująco znajome, wręcz rodzime. A przecież leży w parnym tropiku ponad osiem tysięcy kilometrów od tego domu, który chowam w pamięci najgłębiej! I znowu przenosi mnie w lata szczenięce, na wieś dokąd z uwielbieniem jeździłem, aby spędzać tam każde wakacje. Dominikańskie siano pachnie tak samo, jak polskie. I kropka. A dominikańskie krowy muczą, jak nasze, gdy mają ochotę. Popołudniami siadywaliśmy w dziadkiem na ławce przed wielką chałupą, wyjadając z garnka bób, który ugotowała nam babcia. Lubiłem nadgryzać sinawą łupinę bobu i wyciskać z niej małego Kermita-Żabę, którego bez ceregieli pożerałem. Oto Karaiby magiczne, Karaiby zwodnicze – odurzą człowieka, zakpią z niego, zamieszają mu w głowie. Poza tym, trzymają tam bojowe koguty na smyczy. Gabriel García Márquez nie wymyśliłby tego lepiej w swoim Macondo.

Amigos w Dominikanie

Pojechaliśmy we trzech. Pablo, Arturo i ja. Tres hombres, tres amigos. Trzech facetów z Polski z imionami przestawionymi na lokalne odpowiedniki, tak jak przestawiliśmy czas, cofając go o kilka godzin, czyli… zyskując na czasie. Dawno nie miałem takiej żywej radości z podróżowania po Dominikanie, takiego wiatru we włosach, takiego bitnikowskiego zatracenia, a praktycznie większość tego co najlepsze w podróży zdarzyło mi się właśnie tam, gdzie zresztą zrozumiałem, że podróż to najpierw skracanie dystansu, każdego, że podróż spełnia się po kawałku, w drodze, en el camino, a nie gdy się kończy.

Choćby ktoś kazał mi lądować na księżycu, pewnie z marszu szukałbym porównań: w Dominikanie to, w Dominikanie tamto… Dawno nie jeździłem po tym kraju z kimś, nie włóczyłem się mając u boku towarzyszy podróży, występując w roli przewodnika, logistyka, trochę kaowca, czy „głównego mafiosa”, jak mnie raz ochrzcił Pablo. To było całkiem budujące doświadczenie i przyznam, że chętnie bym je powtórzył!

Dotąd odkrywałem Dominikanę w pojedynkę, albo z Bonitą, partnerką moją życiową tłukłem się jakimkolwiek transportem wielokrotnie, od wschodnich krańców wyspy przez „dziki dominikański zachód”, po zagubione w czasie rewiry Haiti, lub z południa na północ, z Santo Domingo do Puerto Plata, czy Sosua, czy gdzie tam jeszcze i z powrotem. Wtedy nachodziły mnie podobne odczucia: przeżywanie tego kraju wspólnie jest nową przygodą, świeżym doznaniem, uruchamia więcej emocji. Podróżując sam, odkładam ciągle w głowie to, co muszę koniecznie pokazać innym, albo inaczej – na co muszę spojrzeć znowu oczami innych. Chodzi o rzeczy duże, małe, spektakularne, czy niepozorne. Ich kaliber, gabaryty, forma, konsystencja nie mają znaczenia. Ważne są impresje, jakie powodują, to impresje są notowane w umyśle, do ponowienia przy kolejnej okazji.

Uwielbiam dzielić momenty zachwytu z drugim człowiekiem. To chyba uzależniające. Ci, którzy mnie znają wiedzą, że potrafię wracać w te same miejsca wielokrotnie, choćby po tych samych śladach, bez znudzenia, z pożądaniem, z apetytem, ze spojrzeniem wyostrzonym na wszelakie zmiany wokół, mniej lub bardziej subtelne. Ponadto, dochodzi wrażenie, pewnie naiwne, iż człowiek wraca jakby do siebie, że dogląda swojego, że stworzył tam jakieś więzi. W każdym razie, gdy innej osobie wyjawię na żywo jedną, czy drugą „tajemnicę” moich wcześniejszych ekscytacji, mam wówczas przekonanie, iż poprzednia podróż dopełniła się, zyskała na wartości. W takim sensie, podróż może trwać w nieskończoność. Miejsca dobrze mi znane poznaję jeszcze lepiej, albo odczuwam mocnej dzięki zaciekawieniu ludzi, których tam zabieram, którzy widzą po swojemu to, co im stokrotnie zapowiadałem. Teraz chwytam ich emocje, spontaniczne reakcje, „olśnienia”. Są dla mnie cennym uzupełnieniem podróżniczych wrażeń. Zawsze.

W dominikańskich rewirach krążyłem z przyjaciółmi po raz pierwszy. Z Arturem byłem już wcześniej na „miejskim trekkingu” w Londynie i na wojażach po Andaluzji. Przed rokiem, w jakimś nocnym barze w Maladze, gdzie lali do szklanek rum z DominikanyBrugal, powiedziałem: „zobaczysz, przyjdzie dzień, gdy będziemy to pili w oryginalnej scenerii!” I przyszedł. Pablo zaś odwiedzał „Karaiby i inne rewiry”, od jakichś trzech, czterech lat. Znaliśmy się „wirtualnie”. Chłonął wszystko, co karaibskie, czytał, komentował, rozpalał wyobraźnię, choć ciałem przesiadywał tygodniami w Azji, bo miał tam kluski za półtora złotego na obiad. Kiedy przestała go bawić azjatycka muzyka (a jest to meloman pełnokrwisty!) zamienił ją na latynoską. W „realu” widzieliśmy się raz, aby się po męsku napić, co nam wyszło koncertowo.

Jestem szczęśliwy, że udało nam się popróbować tej niemożliwej Dominikany we trójkę, że mogłem im pokazać swoje ulubione „mety”, które odwiedzam z niegasnącym sentymentem, jak Las Galeras, czy Río San Juan. Mamy teraz „wspólną pamięć”, która mam nadzieję wzmocni naszą przyjaźń, pamięć, do jakiej możemy sięgać. A przynajmniej do tych jej fragmentów, jakich nie zdążył wyczyścić Brugal

Muchas gracias, Amigos!

Z Arturem wróciliśmy do Polski, dopadł go dominikański bakcyl, co było do przewidzenia. Jeśli w sklepie osiedlowym trafi Wam się dominikański rum, albo dominikańska kawa, podziękujcie Arturowi. Sądząc po jego bagażu ma dryg do kontrabandy. Kiedyś poleciłem mu książkę-reportaż Luki Rastello „Przemytnik doskonały”. Był lekturą zachwycony. Pablo został dłużej, niebawem wraca. Ciężko mu z tym powrotem. Napisał mi tak: „Mój drogi Przyjacielu! Już za tydzień o tej porze będę w domu. Jeszcze tu jestem. Jeszcze chodzę po tych ulicach. Jeszcze oddycham tym powietrzem, jem te owoce, ale zegar nieustannie tyka. Łzy mi się już w oczach kręcą. Pozdrawiam Cię serdecznie. Ech ta Dominikana”. Wzruszył mnie tym, autentycznie.

Gdy spytałem Artura, jak mu w rutynowej rzeczywistości, odpowiedział: „Masakra. Nie mogę się ogarnąć.”

Moi drodzy, Dominikana uzależnia!

Kogut na sznurku

Uciekam do wilgotnego tropiku i choćby moja Chiquita patrzyła na mnie krzywo, obstawię kilka dobrych walk kogutów w jakimś dominikańskim pueblo. Oczywiście, nie powiem, że wystawię na arenie własnego koguta, bo wiadomo, są pewne granice. Nie przy ludziach, nawet Latynosach. Ale w cudze ptactwo bojowe chętnie zainwestuję zwitek przechodzonych pesos. I popiję rumem. Jeśli zakłady nie wypalą, to nie poczuję straty, bo trunek mnie wyleczy. A mojej Chiquicie obiecuję, że na pytanie – co będziemy jedli nie odpowiem, jak staruszek pułkownik, weteran wojny domowej odpowiedział swej kobiecie w noweli Márqueza „Nie ma kto pisać do pułkownik”. Nie odpowiem – „gówno!” W Dominikanie czeka na mnie karaibska koszula, guayabera. Do tego, prawda, mokasyny na gołe stopy, cygaro między wargi i lśniący kogut pod pachę.

Koguci head hunter

Wybór rasowego koguciego wojownika to rzecz niełatwa, jeśli podchodzi się do sprawy profesjonalnie. Myślę, że rozumiem sportowych head hunterów którzy jeżdżą w tumanach kurzu po afrykańskich wioskach, albo czają się na za szopą z blachy falistej w latynoskim slumsie i obserwują sprytnych młokosów, rypiących z pasją w piłę. Czeka ich sporo godzin spędzonych na obserwacji, zanim któregoś wskażą palcem, wyrokując: „prowadź mnie do swej matki”. Analogicznie wygląda selekcja kogutów, tyle że na końcu z kogutem się nie gada. Bo kogut nawet w realizmie magicznym słabo pojmuje nasz język. No i nie prowadzi się go matki, bo ta fakt, kocha go po kurzemu niezmiennie, ale wyraźnie „pieje do niego”, że rezygnuje z kariery dumnego reproduktora, gdzieś na spokojnej prowincji a cholerne poczucie spełnienia w twardych, męskich grach, ciągnie go w szemrane zaułki, do zgiełku i świateł koguciej areny, gdzie swe wybryki okupi wiązką paskudnych blizn na dziobie.

Trzeba się pstrokatym bestyjkom uważnie poprzyglądać, i nie tylko gdy ścierają dzioby i pazury na poletku z ubitej ziemi, trenując w sparingach gdzieś na tyłach wioski ale i w tak zwanym normalnym życiu: co osobnik je, ile pije, czy grzebie w ziemi, jak długo, czy aby nie przesadza, czy jest faktycznie kogutem czy koguta udaje, czy ciągnie go kur, jak często, czy jest obojętny, jeśli tak, to czy przewlekle, jak reaguje na innego samca, czy chce się bić, czy się zaprzyjaźnić, jak długo siedzi w kurniku, czy woli klimat kameralnej randki jeden na jeden, czy znika w burdelowym szaleństwie i orgiach, czy sam ugania się za jedną kurą, czy harem kur łazi za nim i gdaka, czy operuje na swoim podwórku, czy może przeskakuje parkan, szukając nowej przygody, albo czy korzysta z usług kur „przy drodze”.

Albo czy w sąsiednim kurniku ma rywala, jak sobie z nim radzi, czy dziobie z marszu, czy próbuje coś ugrać, czy po próbnej walce, odstawiony na bok, wali dziobem w tynk? Czy to oznacza depresję, wyrzuty sumienia, wątpliwości „w co ja się… kurka pakuję”, czy może ma niedostatek wapnia, dlatego szarpie ścianę.

Widać, jak na dłoni, że nie obejdzie się bez solidnego odrobienia pracy domowej.

Jaki właściciel , taki kogut

Prawda jest jedna. Nie zawsze kogut hodowany do walk okazuje się kogutem bojowym. I trzeba dobrego oka ale i pewnie intuicji, aby z tuzinów prężących się ptaków wybrać tego jednego, swego pupila, przyszłego championa. Murowanym elementem selekcji bojowych osobników jest solidne poznanie ich właścicieli, gdyż to oni – dosłownie – od początku do końca kształtują swych podopiecznych, zarówno fizycznie, jak i charakterologicznie. I głównie o charakter tu idzie. Poznanie upodobań, nawyków, odchyłów i zboczeń każdego gallero pozwoli zweryfikować pogląd na jego koguta. Sposób prowadzenia się gallero jest zagłębiem wiedzy dla koguciego „łowcy głów”. Proste. Jaki pan, taki kogut, nie od dziś to wiadomo.

Koguty są różne. A to obserwacji nie ułatwia. Jeden, czy drugi maskuje swe życie prywatne znakomicie, znika z pola widzenia na pół dnia, po czym wraca skonany, ostatkiem sił nurzając dziób w rynnie z wodą. I do końca nie wiadomo, co mu w głowie siedzi, sport czy, proszę pana, dupy. Pytanie, czy te kuraki chowają się z przekory, bo tak im się podoba, czy może chowają się, bo szelmy faktycznie mają coś do ukrycia, i to niejedno świństewko. Na przykład „drugie życie”. Zatem jeśli, wedle teorii, to w ich zachowaniu, odbija się zachowanie właściciela, zostawmy jednego a zlustrujmy drugiego. Dokładnie.

Gdzie ten skurczybyk łazi po nocach? Dlaczego w kredensie stoją tylko flachy z rumem i nic poza nimi. Co pod zaślinioną poduszką robią sprasowane stringi, o rozmiarze na oko nie pasującym na żadnego z domowników. I wracamy do koguta. A raczej nie wracamy, nie mamy do czego wracać, perspektywy żadne, porzucamy drania na pastę jego własnego losu.

Gdy idealny kogut nawali

Czasem zostajemy wrobieni w zupełnie inny sposób. Wytropimy idealnego koguta i jeszcze lepszego właściciela. Tandem, na który warto postawić. Wdrożeni do interesu nie mamy cienia wątpliwości, jak zakończy się wieczór na arenie, komu zabłysną światła. Cierpliwie czekamy, przelewając budujące myśli o zarobionej forsie z jednej półkuli w drugą. Za wcześnie jednak. Nasz champion niefortunnie jednak walkę przegrywa. I to z kretesem. Na pamiątkę ostaje się garść poszarpanych piór, debet i trzy raz tyle złości, ile ważył kogut.

Dlaczego rzetelnie wyselekcjonowany faworyt nie podołał wyzwaniu? Ano wyszło, że jego wspaniałomyślny właściciel na krótko przed walką zechciał odegrać rolę ojca równiachy, i dał „synowi” okazję do wyluzowania się, uwolnienia pokładów napięcia. Wrzucił podopiecznego w kuszące czeluście kurnika i zatrzasnął luft. No i się kogucik odprężył. Tyle, że zabrakło mu pary w miejscu, gdzie powinien jej mieć najwięcej. Na arenie w zwarciu z oponentem. Męska fizjologia to jeden wielki podstęp, niestety. A jak jest z piłkarzami? W czasie turniejów trener pragmatycznie izoluje ich od żon i kochanek, nakazując ascezę. Ogary żądz niech lepiej uwalniają na boisku. Niektórzy stosują trenerskie dyrektywy, co do joty, vide: Zinedine Zidane. Ale mowa nie tylko o sporcie. Gdzieś wyczytałem, że nawet jazzman Miles Davis zaliczył szybki numerek tuż przed występem, a później błąkał się po scenie, ledwie dociskając trąbkę. I co się dziwić kogutowi.

Kogucik malowany

A mój kogut, jeśli nie zszedł jeszcze z tego padołu, żyje i pasie się w Río San Juan. Trafiłem na niego przypadkiem, gdy któregoś popołudnia otępiony upałem, błąkałem się po kolorowych zaułkach miasta. Od razu przypadł mi do gustu. Natychmiast łobuza rozpoznałem. Ktoś przywiązał mu sznurkiem nogę do drzewa, aby nie dał drapaka. Gdy w swoim czasie chłonąłem marquezowskie dziełko „Nie ma kto pisać do pułkownika” wyobraźnia podsuwała mi obraz koguta, dokładnie takiego który teraz gapił się we mnie, wyraźnie poirytowany. Pogardliwie przewracał ślepiami.  Zapiał raz i drugi, obserwując, jak zareaguję. Realizm magiczny jest bardziej realny niż myślałem. Kur zebrał się w sobie i wypiął pierś, aby ostatecznie zaznaczyć, kto rządzi a kto słucha. Nazwałem go, może trochę dziecinnie  – „kogucik malowany”. Pewnie inaczej bym go nazwał, gdyby był czarny, albo biały.

Zastanawiałem się wtedy ile jest wart, bo bym go kupił i zabrał do domu, do Polski. Ciekawe, co by powiedziała Chiquita, gdyby wszędzie w chałupie walały się ziarna kukurydzy a domownicy i goście ślizgali się na szklistym, ptasim gównie. Nie kupiłem go. Nie sądzę, abym w ogóle mógł go kupić. To nie był egzemplarz na sprzedaż. Ten kogut był przeznaczony do walk. Spotkałem rasowego gallo de pelea. Wojownika „na uwięzi”, wyczekującego swej szansy na okrągłej arenie. Tylko „marquezowskiego pułkownika” nie zdążyłem spotkać. Pewnie, jak co miesiąc poczłapał na pocztę z nadzieją, że w końcu, po latach dostanie jakieś pieniądze z emerytury…