Archiwa tagu: Santo Domingo

Roztańczeni tropikiem

Moi dzisiejsi rozmówcy, Zosia i Cristian de los Santos, mają w sobie dużo karaibskiej radości i polotu. To bardzo pozytywni, sympatyczni ludzie. Do tego aktywni i wiedzą czego chcieć od życia.

Ona Polka, On Dominikańczyk – zakochani w sobie i w Dominikanie. Potrafią dzielić się tym krajem mądrze, z wigorem i pasją – prywatnie i zawodowo (co i tak na jedno wychodzi).

Parę lat temu stworzyli nad Wisłą „De los Santos Project” popularyzując wśród Polaków dominikańską historię, kulturę oraz to, co stanowi istotną część tożsamości Dominikańczyków, czyli muzykę i taniec. To bardzo taneczne małżeństwo. Przekonacie się!

Obecnie mieszkają w Santo Domingo i rozwijają projekt podróżniczy Pal’Caribe. O wszystkim opowiedzą.

Ponadto dowiemy się:

  • jak ogarnąć dominikańską stolicę,
  • jak wygląda „covidowa” godzina policyjna,
  • jak kochliwi są Dominikańczycy,
  • co zostawili po sobie Tainos,
  • jak zrozumieć bachatę,
  • jak Polka przekonała Dominikańczyka (nie odwrotnie!) do tańczenia?

Oddaję im zatem głos.

„Myślę, że żadna nawet najbardziej ekstremalna sytuacja nie jest w stanie zabić dominikańskiej natury. Pamiętam, że w międzyczasie powstało nawet kilka piosenek z koronawirusem w tle, już samo to pokazuje luźne podejście do tematu.”

Przenieśmy się w rzeczywistość Dominikany.

Zapraszam.

Rozmowa z Zosią i Cristianem de los Santos

Caribeya:  Od razu zapytam Was o to miasto. Przyznaję, mam do niego słabość. Elektryzuje, nęci; wchodzi w krew, w pamięć. Do tego, wyciska morze potu. To bardzo karaibskie, nienasycone miasto. Zatopione w lepkim, wilgotnym powietrzu. Czasem tajemnicze, albo lubieżne. Oczywiście, potrafi także dręczyć: właśnie tym palącym słońcem, ulicznym chaosem, co i rusz bajzlem do kwadratu. Melymel, dominikańska „Mama Rapu” śpiewa o nim „kiedy jestem daleko, tęsknię za tobą, nie ma nic takiego, jak ty”. Jak Wam się żyje w Santo Domingo?

Zosia de los Santos: Wiedziałam, że to pytanie się pojawi! A odpowiedź na nie jest równie zawiła jak i samo miasto Santo Domingo. Myślę, że każdy postrzega stolicę trochę inaczej i dotyczy to też nas. Dlatego proponuję, żebym ja opowiedziała o niej z perspektywy osoby „przyjezdnej”, która zdecydowała się tutaj zamieszkać, a Cristian z perspektywy człowieka, który się w tym mieście urodził.

Cristian de los Santos: Tak, Santo Domingo to zawsze był i będzie mój dom. Tutaj się urodziłem i wychowałem. Moim barrio była Sabana Perdida, Santo Domingo Norte – koniec świata, wszędzie daleko, transport fatalny. Teraz wygląda to zupełnie inaczej. Mamy metro, teleférico (miejska kolejka linowa), połącznie do centrum jest o wiele lepsze. Kiedyś w centrum miasta (Stare Miasto/ Malecón) bywaliśmy bardzo rzadko, życie toczyło się w dzielnicy. Przy okazji muszę powiedzieć, że Santo Domingo to miasto bardzo rozwarstwione, ma w sobie dużo kontrastów. Są tu zarówno przepiękne dzielnice z luksusowymi wieżowcami, szerokimi ulicami, gdzie jest czysto, a o porządek dba policja, ale są też nadal dzielnice, gdzie nawet policja bałaby się wejść i gdzie nie zawiezie Cię żaden taksówkarz. Jest też oczywiście klasa średnia, mieszkająca w tzw. residenciales, czyli zamkniętych, nowoczesnych osiedlach. Warto o tym mówić, bo od jakiegoś czasu widzę, że Dominikanę przedstawia się bardzo jednostronnie, jako biedny kraj Trzeciego Świata, a tak naprawdę znaleźć można tutaj wszystko. Kraj się rozwija i idzie w dobrą stronę, a przykładem tego jest Santo Domingo. 

Zosia: Faktem jest jednak, że wielu turystów, a nawet Dominikańczyków omija Santo Domingo szerokim łukiem, bo głośno, chaotycznie, wszędzie korki, zgiełk i jak sam wspomniałeś powietrze jest jakby bardziej wilgotne, słońce jakby praży mocniej. Mając do wyboru ten chaos i gwar oraz piękną plażę w Punta Cana, większość będąc na wakacjach wybierze pewnie to drugie. Coś więcej kryje się jednak pod tą skorupą. Myślę, że są takie rzeczy, które dostrzega się dopiero po pewnym czasie. Trzeba poczekać, aż to miasto się przed Tobą otworzy, albo inaczej – aż to Ty otworzysz się na nie i zdecydujesz się tak naprawdę je poznać. Wtedy pojawią się chwile, kiedy poczujesz je tak mocno, że to uczucie pozostanie z Tobą na zawsze. To dlatego wiele osób chce stąd uciec, ale kiedy są już daleko, tęsknią do tego klimatu.

Cristian: Santo Domingo ma wiele wad, ale ma też takie rzeczy, których nie znajdziesz w żadnym innym miejscu na ziemi. Chaos z jednej strony jest przytłaczający, z drugiej jednak strony ma w sobie pewną magię, jest wibrujący, sprawia, że życie tutaj jest bardziej aktywne, nie czuć monotonii. Ludzie tworzą specyficzny klimat. El Capitaleño (mieszkaniec stolicy) reprezentuje karaibski luz próbując dostosować się do życia w wielkiej metropolii o szybkim tempie. To niesamowite, jak potrafimy uzyskać ten balans. To miasto codziennie daje Ci też przykłady ile jest w życiu dróg, że Twój los jest tylko w Twoich rękach; możesz odpuścić i żyć z dnia na dzień, albo guayar la yuca (lit. trzeć maniok – ciężko pracować), żeby do czegoś dojść. Poza tym, nie ma nic lepszego jak usiąść niedzielnym popołudniem w ulubionym colmadon i darse pal de fría’ (lit. dać sobie parę zimnych – wypić kilka orzeźwiających piw); oddać się długim spacerom po Maleconie i dać się otulić przyjemną morską bryzą, zagrać w domino z niezwyciężonymi starszymi panami w Ciudad Colonial, a później zatańczyć merengue na koncercie Bonyé w ruinach klasztoru i po głośniej imprezie zgłodniałym wstąpić na chicharroncito (smażona wieprzowina).

 


 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.

Post udostępniony przez Pal’Caribe (@palcaribe.dominikana)

 

Zosia: Warto wspomnieć, że życie w stolicy wiele też ułatwia. W przeciwieństwie do innych dominikańskich miast (może oprócz Santiago), jest to miasto z prawdziwego zdarzenia, które oferuje całą gamę atrakcji kulturowych; mamy teatry, kina, operę, restauracje, dyskoteki, parki etc., a z rzeczy bardziej praktycznych – uniwersytety, rozwinięty rynek pracy, ładne mieszkania w niskiej cenie, sklepy i usługi wszelkiego rodzaju. To tutaj znajdują się też wszystkie urzędy, dlatego mieszkając w Santo Domingo wszystkie sprawy formalne załatwiamy na miejscu.

Na koniec dodam jeszcze kwestie historyczne. Santo Domingo, a konkretnie Zona Colonial to dla osób zainteresowanych historią krajów latynoskich czy historią kolonialną nie lada gratka! Najstarsze miasto obu Ameryk, budynki z XVI wieku, większość bardzo dobrze zachowana; każda ulica, każdy kąt kryje w sobie jakąś część burzliwej historii tego kraju. I ten niesamowity klimat tutejszych patios! Uwielbiam się tutaj zgubić, wtedy zawsze odkrywam nowe, wyjątkowe miejsca. Jeśli w którymś momencie przyjdzie nam przeprowadzić się do innego miejsca, to i tak na pewno często będziemy tutaj wracać.

Cristian: Dodam, że capitaleño rodzisz się i umierasz! Santo Domingo to ludzie, kultura, historia, klimat i flow. To miasto zawsze będzie miało swoje miejsce w moim sercu!

Pamiętam, że na początku pandemii trafiłem na fotografie stolicy robione dronem o różnych porach dnia. Patrzyłem na nie z niedowierzaniem. Dzielnice, szczególnie po zmroku, były wyludnione. Główne arterie komunikacyjne, przeważnie nabite huczącą masą pojazdów, świeciły pustkami. Dotąd nie widziałem dominikańskiego życia w stanie takiego „zamrożenia”. Normalnie te stołeczne ulice są codziennie poligonem dla zmysłów – od rana do nocy. Jak Santo Domingo radziło sobie przez te „pandemiczne tygodnie” pełne restrykcji? Był lockdown, różne warianty godziny policyjnej, nadzór przestrzegania dystansu społecznego w barrios, etc. I jak wyglądał Wasz dzień w tym zupełnie nieoczekiwanym okresie?

Zosia: Ten okres trwał raczej krótko, potem wszystko zaczęło powoli wracać do normy. Szybko wróciły budki z chicharrones, a reggaeton zaczął dudnić jak wcześniej. Odnośnie do samej pandemii i przestrzegania obostrzeń, podobnie jak w innych przypadkach i tutaj relację między teorią a praktyką opisałabym raczej jako „to skomplikowane”. Myślę, że żadna nawet najbardziej ekstremalna sytuacja nie jest w stanie zabić dominikańskiej natury. Pamiętam, że w międzyczasie powstało nawet kilka piosenek z koronawirusem w tle, już samo to pokazuje luźne podejście do tematu.

Cristian: Jeśli chodzi o toque de queda (godzina policyjna) to na samym początku bardziej to respektowano i policja faktycznie docierała nawet do barrios, później jednak zewsząd zaczęły dochodzić nas słuchy, że godzina policyjna to fikcja. Kiedy pytaliśmy o aktualną sytuację znajomych z różnych regionów, w odpowiedzi usłyszeliśmy: „Jakie toque de queda? Tutaj nie ma toque de queda”… Z tego co zaobserwowaliśmy, ludzie szybko zaczęli przyzwyczajać się do sytuacji i żyć w miarę normalnie, przynajmniej w obrębie swojego miejsca zamieszkania, co oznacza działalność sklepików, budek z jedzeniem wieczorem, a kiedy wszystko jest zamknięte, spotkania towarzyskie w domach czy też na ulicy.

 


 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.

Post udostępniony przez Zofia De los Santos (@sofayer.andayer)

 

Zosia: Trzeba powiedzieć, że w kraju tropikalnym ciężko jest zamknąć ludzi w domu, szczególnie bez klimatyzacji… Zaduch i wilgoć zadręczy każdego. Dominikańskim zwyczajem wszyscy po południu wychodzą na balkon, patio lub chodnik przed domem i tam spędzają czas – tego nie da się w ludziach zmienić. To dotyczy również maseczek, jeśli w Polsce ludzie mają z tym problem, wyobraź sobie co może się dziać tutaj. Bądźmy szczerzy, w maseczce nie da się oddychać w tym klimacie, i to dlatego wiele osób, będąc na zewnątrz, zwykło nosić ją na brodzie, albo trzymać w ręce…

Cristian: W okresie, kiedy godzina policyjna była w Santo Domingo od 17:00, najgorsze były korki! To było nie do zniesienia, nawet nie chciało się wychodzić gdziekolwiek. Później była od 21:00 (w weekendy od 19:00), więc było to w miarę znośne, można było się swobodnie przemieszczać, pojeździć po kraju, otwarto też wiele restauracji i barów. Ludzie zaczęli spotykać się po prostu wcześniej, chodzić do restauracji czy do colmadonu na piwko, a później wracać do domu i tam kontynuować imprezę. Dominikańczyk ma w naturze chęć zabawy i tego nie da się go oduczyć. Tak naprawdę nie potrzebujemy lokalu, żeby się dobrze bawić! Aha, oczywiście otwarto też cabañas (domy schadzek) tak, żeby każdy mógł znaleźć coś dla siebie!

To zostańmy przy tej dobrej zabawie. Cristian wspomniał wcześniej o koncercie kapeli Grupo Bonyé. To już kultowe wydarzenie muzyczne. Pod ruinami klasztoru św. Franciszka w Zona Colonial. Od lat, w każdy niedzielny wieczór. Wtedy nobliwi dżentelmeni pod wodzą maestra Félixa Báeza wycinają karaibskie rytmy: son, merengue, bachata… Jest głośno, energetycznie, leje się rum. No i rządzi taniec. Wy tańczycie, prawda? Od zawsze tańczycie? Santosowie tańcem żyją? Gdziekolwiek, kiedykolwiek?

Zosia: Taniec to faktycznie ważna część naszego życia. Dla mnie to życiowa pasja. Muzyka i taniec towarzyszą mi odkąd pamiętam. Pierwszy raz zapach sceny poczułam mając zaledwie 4 latka. Powiadają, że jako jedyne dziecko podskakiwałam do rytmu! 

Cristian: U mnie historia jest zupełnie inna. Muzyka dla Dominikańczyka to część codzienności, wszystko jest nią przesiąknięte, jest wszechobecna, od rana do nocy. Pamiętam, kiedy zaprosiłem Zosię po raz pierwszy do mojego rodzinnego domu. Od razu zlecieli się sąsiedzi i kazali mi zatańczyć z nią merengue. Dla mnie to był obciach, bo za tancerza się nie uznawałem, a wiedziałem, że ona kocha taniec. Jakoś poszło… Najważniejsze, że ona była zadowolona!

Zosia: Tak, pamiętam ten dzień! To wtedy pierwszy raz zatańczyłam merengue i to z rodowitym Dominikańczykiem! To było coś! Kilka lat później, kiedy Cristian przyleciał do Polski, ja już prowadziłam kursy tańca. Wpadłam wtedy na pomysł, żeby Cristiana w to zaangażować, widziałam w nim duży potencjał. Opierał się, ale wyszło na moje i powstało „De los Santos Project” – nasze wspólne taneczne dziecko. Teraz czuję satysfakcję, bo dzięki temu, Polska mogła doświadczyć niezwykłego klimatu bachaty czy merengue z pierwszej ręki.

 

 

Cristian: Lekcje tańca oraz wszystkie taneczno-muzyczne wydarzenia, które organizowaliśmy pod flagą „De los Santos Project”, traktowałem jako dzielenie się kulturą Dominikany. Miło było patrzeć na radość i pozytywną energię, którą powodowała w ludziach dominikańska muzyka. Zafascynowani tymi karaibskimi klimatami, pytali często o mój kraj, chcieli wiedzieć więcej o jego kulturze, ludziach. A ja z wielką radością opowiadałem im o Dominikanie. 

Zosia: Teraz kiedy jesteśmy już w Dominikanie też często tańczymy, muzyka gra u nas prawie cały czas; pobudzające merengue, gitarowa bachata, romantyczne bolero, a w niedziele obowiązkowo salsa! Zaczęliśmy też prowadzić lekcje tańca on-line, dla tych, którzy zamknięci w domu, poszukują dodatkowej dawki pozytywnej energii. Szczególnie w tych pandemicznych czasach, muzyka daje dużo radości, dystansu i wytchnienia. To zdecydowanie najlepsza terapia na stres!

Ponoć, aby zrozumieć bachatę trzeba znać dominikańską duszę. I odwrotnie, aby pojąć Dominikańczyków, warto oswoić się z bachatą. Czym jest bachata? W jaki sposób dominikańska mentalność jest zaszyfrowana w tych rytmach, w tej śpiewnej liryce, w tej nierzadko ckliwej ekspresji?

Cristian: Bachata to zdecydowanie jeden z najbardziej popularnych gatunków muzycznych w Dominikanie. Powstała w latach 60-tych i w odróżnieniu do merengue, które jest rytmem wesołym i skocznym, ma charakter bardziej uczuciowy, pochodzi m.in. od bolero – romantycznego, subtelnego rytmu kubańskiego.

Zosia: Mówi się, że słowem, które najtrafniej opisuje bachatę jest amargura, czyli gorycz, zgorzkniałość, głęboki smutek i faktycznie, słuchając wielu utworów, nawet nie rozumiejąc tekstu, można wpaść w stan melancholii. Powoduje to m.in. charakterystyczna „płacząca” gitara.

Cristian: Mimo, że Dominikańczycy sprawiają wrażenie ludzi bardzo wesołych i zawsze uśmiechniętych, są też wrażliwi i bardzo, bardzo kochliwi. Szczególnie mężczyźni! Zawsze to powtarzam – dominikański macho żyje dla kobiet. Od najmłodszych lat uczymy się jak zwrócić uwagę kobiet i je zdobyć. Czasami nam się uda, czasami nie. O tym właśnie jest bachata, opowiada o wszystkich odcieniach miłości – zakochaniu, odrzuceniu, zdradzie, nienawiści – wpisanych w dominikańską kulturę i mentalność.

Zosia: Kobieta pokazywana jest często w roli „femme fatale”, jest dumna, zimna i bezlitosna, nie zważa na uczucia mężczyzny. Faktycznie, w pewnym stopniu oddaje to rzeczywistość, podobnie jak Cristian, też mam wrażenie, że to mężczyźni są tutaj bardziej uczuciowi i to oni ganiają za kobietami zabiegając o nie na każdy możliwy sposób. Ten stan rzeczy wpisał się już na stałe w dominikańską kulturę, aż do tego stopnia, że od kilku Dominikanek mieszkających w Europie usłyszałam, że czują się tam mniej atrakcyjne, bo brakuje im komplementów, uwagi mężczyzn, którą w swoim kraju mają na co dzień. Cóż, trzeba przyznać, że Dominikańczycy są niezwykle szarmanccy i umieją sprawić, żeby kobieta poczuła się wyjątkowo, trudno im się oprzeć. Mnie się nie udało…

 

 

Zosia, obroniłaś w Polsce intrygującą pracę dyplomową o pierwotnych mieszkańcach Hispanioli, którymi byli Tainowie; pisałaś o tzw. indygenizmie, czyli nurcie, głównie literackim, odwołującym się w kulturze dominikańskiej do rdzennych tradycji i wartości. Powiedz, co odkryłaś dzięki tej pracy? Czy indygenizm wpływa na poczucie tożsamości narodowej wśród dzisiejszych Dominikańczyków?

Kiedy poznałam Cristiana, zaczynałam właśnie studia na Filologii Hiszpańskiej, ale o Dominikanie nie miałam wielu informacji. Szybko zaintrygowała mnie jednak historia i kultura tego kraju, co rozwinęło się jeszcze bardziej po moim pierwszym pobycie na Hispanioli. Szczególnie zainteresowała mnie historia prekolumbijska i czasy kolonialne, dlatego postanowiłam zagłębić się w ten temat przy okazji pisania pracy dyplomowej. Fascynujący jest dla mnie fakt, jaką mieszanką kulturową są Dominikańczycy, w ich żyłach płynie krew trzech różnych ras: rdzennych mieszkańców, Hiszpanów oraz Afrykańczyków.

W pracy skupiłam się na Tainach, ich wpływie na kulturę dominikańską i tożsamość narodową Dominikańczyków. Szybko jednak odkryłam, że temat jest bardziej zawiły niż mi się z początku wydawało. W Dominikanie, w przeciwieństwie do krajów Ameryki Łacińskiej, gdzie nadal żyją potomkowie pierwotnych plemion, nie zachowało się wiele pozostałości po plemieniu Taíno. Po słynnej rzezi dokonanej przez gubernatora Nicolasa de Ovando, nastąpił nagły spadek liczebności tubylców, co sprawiło, że do połowy XVI w. praktycznie zniknęli oni z powierzchni ziemi. Dlatego myślę, że plemię Taíno jest dla Dominikańczyków pewnego rodzaju mitem osławionym krwawą historią, który zarówno w czasach niepodległościowych jak i dziś, spełnia rolę fundamentu dominikańskiej tożsamości narodowej.

W wyniku tego tragizmu historycznego i mitologizowania kultury rdzenni mieszkańcy są idealizowani i gloryfikowani, a pamięć o nich jest przejawem najszczerszych patriotycznych uczuć, zakorzenionych głęboko w sercu i duszy. To dlatego dominikańscy patrioci na Dominikanę powiedzą Quisqueya (jak mieli nazywać wyspę Tainowie), a w hymnie zamiast określenia dominicanos pojawia się quisqueyanos. Hołd kulturze przodków składają również artyści pisząc poematy o ukochanej przez lud królowej Anacaonie i jej areytos (utwory poetyckie służące do odśpiewywania na uroczystościach religijno-kulturowych Tainów) oraz nieugiętym Enriquillo, który przez 13 lat walczył z Hiszpanami o prawo do godnego życia i wolności dla swoich współplemieńców. Te postacie pojawiają się także w kulturze popularnej – w piosenkach czy na muralach. W sztuce często spotkać można symbole zainspirowane sferą religijno-duchową Tainów czy też ich piktogramami. Nadal kultywuje się również prekolumbijską tradycję kulinarną – przygotowanie tzw. casabe, prostego placka z manioku.

Dziś, po przeanalizowaniu wielu źródeł, do którym mam dostęp dopiero będąc tutaj, nie mam wątpliwości, że największy wkład w szeroko pojętą kulturę Dominikany ma element afrykański, jednak myślę, że Tainowie zawsze będą mieli swoje miejsce w pamięci i sercach Dominikańczyków.

Wróćmy teraz do Waszych pomysłów na życie. W samej Dominikanie chcecie rozwijać kolejny „rodzinny projekt” – tym razem podróżniczy – Pal’Caribe. Włóczęga po tym kraju jest zawsze konkretną przygodą. Niektóre prowincje, szczególnie w zachodniej Dominikanie, te położone najbliżej granicy z Haiti pozostają nadal w turystycznej niszy. I to sprzyja, choćby indywidualnym eksploracjom. Jakiej Dominikany można spodziewać się podróżując z Wami?

Cristian: Pal’Caribe powstało, aby przybliżyć Polakom poznanie właśnie tych miejsc, do których wciąż ciężko dostać się na własną rękę, a które obfitują w najpiękniejsze dominikańskie skarby. Trzeba przyznać, że Dominikana znana jest na całym świecie przede wszystkim jako mekka all inclusive; Punta Cana zdecydowanie przyczyniła się do rozwoju dominikańskiej turystyki i otwarła drzwi innym regionom, żeby mogły dać się poznać. I chwała jej za to! Dominikana w całej swojej okazałości jest jednak wciąż niedostępna, tutejszy system poruszania się czy zdobywania informacji jest dość chaotyczny i często utrudnia turystom dostęp do dominikańskich perełek. Pal’Caribe powstało jako opcja dla tych, którzy mają ochotę na głębszą eksplorację, ale niekoniecznie chcą stresować się kwestiami organizacyjnymi.

 

 

Zosia: Po zakończeniu pandemii z pewnością znów wystartujemy z naszym flagowym projektem o nazwie „Dominikana Twoich Marzeń”. Ma on na celu tworzenie spersonalizowanych programów dla osób indywidualnych. W tym przypadku, to nasz klient decyduje jakiego rodzaju wyjazd go interesuje, a my zajmujemy się jego organizacją. Ktoś woli zupełny relaks i obserwacje tropikalnej natury, kogoś innego interesuje turystyka aktywna i nutka adrenaliny. Każdy program jest inny, bo dopasowany w 100 procentach do konkretnej osoby. Głównym przewodnikiem w tym projekcie jest oczywiście Cristian, bo kto pokaże nam Dominikanę lepiej niż rodowity Dominikańczyk? Wycieczki z nim są nasycone nie tylko solidną wiedzą „książkową”, ale przede wszystkim historiami z życia wziętymi, ciekawostkami, które może znać tylko osoba, która się tutaj urodziła i wychowała.

Cristian: Wszyscy, którzy zdecydują się ze mną podróżować, muszą się też nastawić na dużo muzyki, tańca, śmiechu i rumu, bo w naszym „wesołym autobusie” zawsze się dzieje! A to, co się wydarzy w guagua (autobus), zostaje w guagua!

Gdzie lubicie jeździć najbardziej? Wasze ulubione dominikańskie rewiry?

Cristian: Odpowiedź na to pytanie to spore wyzwanie, bo jak to mówią, Dominikana „lo tiene todo” (ma wszystko). Po tych latach podróżowania po Dominikanie mamy jednak swoich faworytów, do których często wracamy.

Zosia: Pierwszym miejscem jest, bez wątpienia, Półwysep Samaná. Dla mnie, jest on kwintesencją karaibskiego klimatu, w jego obrębie mieści się wszystko to, co mnie osobiście kojarzy się z Dominikaną – soczysta, egzotyczna natura, nieziemsko piękne plaże, górzyste przylądki, ciepło i przyjacielskość bijąca od lokalnych mieszkańców, muzyka i taniec za dnia i w nocy, wyśmienite jedzenie oraz na koniec najlepsze – kameralność i poczucie intymności.

 


 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.

Post udostępniony przez Pal’Caribe (@palcaribe.dominikana)

 

Cristian: Dokładnie, Samaná wciąż jest jeszcze niedostępna dla masowej turystyki, przez co nie jest wyeksploatowana, ma nadal świeżość i dziewiczy klimat. Kolejnym naszym azylem jest tzw. Sur Profundo, okolice Barahony i Pedernales, region zupełnie wyjątkowy, niepowtarzalny. Tamtejszy kolor wody uznaliśmy zgodnie za najpiękniejszy w całej Dominikanie.

Zosia: W najgorętszych miesiącach lubimy też spędzić kilka dni w górzystym centrum Dominikany, np. w Jarabacoa. Trzeba przyznać, że dominikańskie góry mają w sobie magię i specyficzny klimat, a rześkie powietrze daje wytchnienie od stołecznego upału.

Cristian: Na koniec muszę wymienić wybrzeże północne, od Cabrera po Monte Cristi – tutaj wybór jest bardzo ciężki, bo perełek jest tam sporo, ale warto wspomnieć szczególnie o rzekach czy naturalnych kąpieliskach, w które obfituje ten region – a to Dominikańczycy lubią nawet bardziej niż plaże.

Cristian, gdybyś miał określić swoich rodaków tylko trzema słowami, czymś co idealnie opisuje dominikańską kulturę, tę esencję – „dominicanidad„, tę codzienność wymieszaną z aspiracjami i pragnieniami lepszej przyszłości  – co by to mogło być i dlaczego?

Cristian: Namiętni, zdystansowani, solidarni.

Namiętni, bo kochamy życie i umiemy się nim cieszyć. Żyjemy intensywnie, impulsywnie, mamy gorącą krew. Nie tracimy czasu na zamartwianie się, korzystamy z tego co jest i po prostu dobrze się bawimy, w biedzie czy w luksusie, w chorobie czy w zdrowiu, w pracy czy w domu, przy porannej kawie czy wieczornym rumie… zawsze jest dobry czas, żeby celebrować życie!

Zdystansowani do świata, innych ludzi i samych siebie. Zauważ, że tutaj nikt się nie obrazi, kiedy krzykniesz do niego „Ey, gordito” (Hej, grubasku). Żartujemy sobie ze wszystkiego, nawet z naszych wad i kompleksów. Nie bierzemy życia zbyt na poważnie. W innych krajach ludzie sprzeczają się o politykę, religię, problemy społeczne… my też, ale kończymy te rozmowy nie podziałem, a śmiechem.

Solidarni z tymi, którzy potrzebują naszej pomocy. Na co dzień widzę te gesty solidarności i chęć pomocy w najbardziej przyziemnych sytuacjach, kiedy przypadkowy przechodzień pomoże mi zaparkować, kiedy sąsiadka wiedząc, że jestem chory przyniesie mi caldo con cilantro y mucho ajo (rosół z dużą ilością kolendry i czosnku), kiedy pytam o adres jedną osobę, a odpowiada mi pięć, z czego trzy z nich chcą mnie tam zaprowadzić osobiście… to zwykłe, wydawać by się mogło, nieznaczące sytuacje, które sprawiają, że żyje się nam wszystkim po prostu lepiej.

Dziękuję Wam, Amigos, za tę rozmowę…

 


Cristian de los Santos – Dominikańczyk, patriota, po uszy zakochany w swojej ojczyźnie, jak mówi: „Mogę żyć w wielu krajach świata, ale umrzeć zamierzam w Dominikanie”. W Polsce spędził 6 lat, przywiedziony tam przez los i miłość do blondynki o niebieskich oczach; tam studiował, pracował i z pasją przekazywał Polakom wiedzę o kulturze Dominikany. Obecnie jest przewodnikiem po Dominikanie dla polskich turystów.

Zofia de los Santos-Gonzalezfilolog języka hiszpańskiego, tancerka, pasjonatka kultury i historii Dominikany. Śmieje się, że „amor wystrzelił do niej naraz dwie strzały: męża Cristiana i Dominikanę; obydwoma trafił w samo serce”. Współtwórczyni dwóch projektów mających na celu promocję kultury dominikańskiej w Polsce: projektu tanecznego „De los Santos Project” oraz podróżniczego „Pal’Caribe”.

Zdjęcie tytułowe, zrobione w półwyspie Samaná, za pozwoleniem (c) Pal’Caribe / De Los Santos

Domowa restauracja Alexa

Alejandro, albo krócej Alex zaprasza do swojej restaurante casero, czyli „domowej restauracji” D’Ive Empanadas Y Pasteles En Hojas. Nie chodzi jedynie o to, że jedzenie jest domowe. Co i tak brzmi już dość zachęcająco! Chodzi też o to, że takie jedzenie serwowane jest dokładnie w domu Alexa; w dużym pokoju, w przedsionku, albo gdy ktoś ma ochotę – przed domem, przy ulicy, oraz z drugiej strony, na patio. Ale w środku najlepiej! Wszędzie biega urocza, żywotna suczka o imieniu Aruna. Chce nowych przyjaciół. I od razu znajduje. Alex mówi do gości: „teraz to jest także wasz dom!”. I to sprawia, że człowiek zadomawia się tam momentalnie.

D'Ive Empanadas Y Pasteles En Hojas, Alex
Zadowolony Alex w swojej kuchni.

Wchodzi się do Alexa z ulicy Calle 19 de Marzo, pokonując parę wysokich schodów. Nie jest to wejście „na salony”. Można się zdziwić. Jest tam, powiedzmy, osobliwie. Wąsko, ciasnawo. Ponadto, bez mocnego światła – naprawdę kameralnie. Inaczej. Ale widać wielki, zajmujący prawie całe przejście, stół przykryty purpurowym obrusem. Stół trochę się chybocze, bo podłoga ma ubytki, ale kogo to obchodzi. Jeśli brakuje przy nim miejsca, dostawia się stolik numer dwa, mniejszy, niższy i kolejne krzesła; kto chce, może siąść na kanapce w przedsionku koło starszej señory, teściowej Alexa; gdzie komu wygodniej. Duszno? Jest przecież wiatrak. Zwiększamy moc i robi się przyjemnie. Jeszcze wczoraj Alex nie wiedział, dzisiaj już wie, jaką bachatę puścić nam na powitanie. Zapuszcza „Como Sanar” Franka Reyesa. Jest sympatyczny gospodarz, jest muzyka. Teraz trzeba rumu na rozruch!

Alex łapie za telefon (milknie bachata, bo szła z telefonu, który ma łączność z głośnikiem) i dzwoni do colmado, czyli do sklepu „na rogu” ze wszystkim. Zamawia litrową flaszkę rumu Brugal Extra Viejo, dwa kartony soku pomarańczowego Rica, kubki styropianowe i worek lodu. Za sześć minut zamówienie przyjeżdża motorem. Płacimy dostawcy. Rozlewamy kolejkę. Bursztynowy płyn idzie w krew. Alex obserwuje gości stojąc przy kolorowych zasłonkach między kuchnią, gdzie pomaga mu żona Ivelise, a „jadalnią”; coś tam zagaduje, uśmiecha się, znów powtarza, abyśmy czuli się, jak u siebie. Jest radosny, wyluzowany; czeka cierpliwie na gwóźdź programu, czyli nasze zamówienie posiłku!

Empanadas, D'Ive Empanadas Y Pasteles En Hojas

DSC_0237
Kawał pieroga!

Empanadas, D'Ive Empanadas Y Pasteles En Hojas

Sprawa będzie prosta, ale zwlekamy z konkretami, jakbyśmy upajali się samą wizją tego, co nas czeka. Wczoraj było tak dobrze, że jesteśmy tu dzisiaj. Tak nas Alex nakarmił, takie rarytasy zaserwował, tak od siebie uzależnił. A wpadliśmy tylko na empanadas. Wiecie, co to empanadas? Przypomnijmy! To pierogo-podobne, nadziane rozmaitym farszem i łatwo „wchodzące” przegryzki, usmażone, rumiane i np. podane do ręki. Alex podaje duże empanadas. Mówi, że skoro sam jest „duży”, to jego empanadas nie mogą być inne. Uczciwe podejście. I tym gwarantuje zachwyt i rozpustę swoim gościom.

Co zjemy zatem? Ktoś wybierze empanadas z serem oraz warzywami, albo kurczakiem (Empanadas de Queso y Vegetales, Empanadas de Pollo) i będzie zadowolony. Ktoś inny zje te z wołowiną (Empanadas de Res) i zacznie ryczeć ze szczęścia; mięso w farszu jest podsmażone, połączone z papryką, cebulką, idealnie doprawione – jest fantastyczne. Ma wielu fanów. Ale to dopiero połowa sukcesu, kto wie, czy nie mniej?

Empanadas de Lambí, D'Ive Empanadas Y Pasteles En Hojas
Bogate wnętrze empanady ślimakowej (Empanada de Lambí)

Całą resztę splendoru zagarniają bowiem Empanadas de Lambí (ze ślimakiem skrzydelnikiem) i Empanadas de Cangrejo (z nadzieniem krabowym). Tak aromatycznego, delikatnego i sublimowanego farszu długo by szukać. To jest poezja. Ambrozja. Alex chowa jakiś sekret. Jakąś tajną recepturę. Podpisał pakt z diabłem na rozstaju dróg. Nieważne. Niech pilnuje tajemnicy. I pichci te empanadas do końca świata i jeden dzień dłużej.

Empanada de Cangrejo, D'Ive Empanadas Y Pasteles En Hojas
Krabowy czar (Empanadas de Cangrejo)

Ten człowiek był moim odkryciem. Jak słowo daję. Szukałem, jeszcze z Polski, miejscówki blisko Parque San Miguel, gdzie da się zjeść dobrze, niedrogo i w rodzinnym klimacie; gdzie można zasiąść z grupą i trochę pobiesiadować. Skanując Zona Colonial na Google Maps trafiłem do D’Ive Empanadas Y Pasteles En Hojas, do Alexa.  Nazwa restauracji pochodzi od czułego zdrobnienia imienia żony gospodarza – Ive. Romantycznie, prawda? Skontaktowałem się z nim via WhatsApp i „zażarło”. Nomen omen. Alex wali prosto z mostu, że nie oferuje luksusów, on po prostu krami gości tak, aby sami ten luksus poczuli. Uroczy kuchta, który wie, co mu w garnkach buzuje! Jedzenie jest proste i pyszne, podane od serca, czego więcej trzeba?

Empanadas, D'Ive Empanadas Y Pasteles En Hojas
Empanadas. Krótki stop-over w drodze do żołądka.
Jugo de chinola, sok z marakui, D'Ive Empanadas Y Pasteles En Hojas
Jugo de chinola, czyli lodowaty sok z marakui. Samo złoto.

Po kilku wizytach w tej „domowej restauracji” uznałem, że inne rodzaje przekąsek mogłyby dla mnie nie istnieć. Zestaw w postaci empanady ślimakowej, krabowej i soku z marakui stanie się moim kolejnym, wysuniętym na samo czoło i zapewne do znudzenia powtarzanym dominikańskim klasykiem. Oczywiście, tylko u Alexa. Przy najbliższej wizycie w Santo Domingo.

Jeśli nie ja, to Wy.

Zajrzyjcie tam, dajcie się wciągnąć w nałóg spożywania empanadas. I potem wróćcie. Również z własnym rumem. Jak chcecie. No hay problema. Rum-biby dozwolone!

Gdzie:

D’Ive Empanadas Y Pasteles En Hojas

Skrzyżowanie Calle 19 de Marzo/Calle Santiago Rodríguez, Zona Colonial, Santo Domingo; Tel. +1 809-638-9767; WhatsApp +1 829-994-0207

Przykładowe ceny:

Empanadas de Lambí, 150 pesos (ok. 11 pln)

Empanadas de Cangrejo, 150 pesos

Empanadas de Res, 100 pesos (ok. 7,50 pln)

Empanadas de Queso y Vegetales, 100 pesos

Jugo natural de chinola, de tamarindo (sok z marakui, albo owoców tamaryndowca),  50 pesos (ok. 3,50 pln)

Uwaga: Na rachunki od 500 pesos (ok. 36 pln) obowiązuje zniżka 10 % na hasło „Marcin Cangrejo” (czyt. Marcin Kangreho). Oferta bardzo atrakcyjna, szczególnie przy konsumpcji grupowej! 🙂

Dominikana razy dziesięć

W tej dacie, 13 listopada 1492 roku, Krzysztof Kolumb lawirował między wyspami obecnych Bahamów a wybrzeżem dzisiejszej Kuby. Brakowało mu jeszcze ponad trzech tygodni do odkrycia innej wyspy, która później zawładnęła nim najmocniej i jaką ochrzcił mianem „La Española”. Mnie, szczęśliwcowi, do powrotu na ten czarujący kawałek karaibskiego lądu, pozostało dokładnie dwa miesiące. Dochodzi coś jeszcze. W styczniu 2019 roku wyląduję tam już po raz dziesiąty w ciągu minionych trzynastu lat.

Choć, gdyby zagęścić wszystkie wyprawy, to spędziłem w Dominikanie łącznie niespełna siedem miesięcy. Co pewnie nie jest wynikiem imponującym w porównaniu np. z rodakami, rezydentami biur podróży, którzy zadomowili się tam na dłużej. Z drugiej strony, parafrazując Indianę Jonesa, wolałbym bardziej liczyć przebieg, niż bieg. A przyznam, że czuję tę intensywność zarówno w ciele, jak i w duszy.

Przez ponad dekadę żyłem Dominikaną wręcz namiętnie i kogo mogłem wciągałem w ten kraj; w jego klimat, w ludzkie historie. Był on każdorazowo planowaną z rozmysłem odskocznią od regularnej pracy, wszelakiej rutyny, od jesiennego, czy zimowego marazmu. Był odniesieniem do innych podróży i źródłem niekończących się porównań. Próbowałem odkrywać go zawsze po swojemu, podróżując na własną rękę i w bliskości Dominikańczyków: solo, z Kingą, z rodziną, ze znajomymi.

Przy okazji, poznałem (na żywo i wirtualnie) mnóstwo fantastycznych ludzi, którzy dali ponieść się pasji podróżniczej i ku mej radości, decydowali, że ruszą na wyspę po własne przygody. Lubiłem im pomagać, szkicować plany, omawiać punkty na mapie, a potem wyczekiwać relacji, upewniając się, czy wszystko jest w porządku. Przeważnie wracali z petardą wrażeń i emocji, porządnie zarażeni „dominikańskim bakcylem” i oczarowani serdecznością miejscowych. Usłyszałem wiele dobrych i krzepiących słów, wiele szczerych podziękowań; pozostały cenne kontakty. Pośród nich są tacy, którzy uczestniczą w moim karaibskim zawrocie głowy od samego początku.

A ten sięga stycznia 2006 roku…

Dzikości odkrycie

Kto był w mieście Santa Bárbara de Samaná być może kojarzy, że wzdłuż mariny rozstawione są kilkumetrowe wieżyczki widokowe; można tam wejść i spojrzeć na zatokę, albo na wysepki Cayo Linares i Cayo Vigía połączone mostem, zwanym niegdyś „mostem prowadzącym donikąd”.

W 2006 roku przyjechaliśmy z Kingą do Samany z urokliwej mieściny Sánchez, gdzie jedyny „kantor wymiany walut” mieścił się na zapleczu sklepu z mydłem i powidłem, gdzie o szóstej rano budziły nas wyjeżdżające zewsząd motorki i gdzie hotelowa sprzątaczka częstowała kawą; gorącą, mocną i słodką. W Samanie spacerowaliśmy tamtejszą promenadą przy porcie, zjedliśmy świeżo usmażone tostones, potem weszliśmy krętymi schodami na jedną z takich wieżyczek, wysuniętą najbardziej na wschód, wciąż w zasięgu mariny, lecz prawie przy rogatkach miasta.

To był idealny punkt do obserwacji oraz fotografowania motoconchos przejeżdżających tamtędy bez przerwy. Wtedy, mieliśmy już za sobą niezapomniane doświadczenie podróżowania tym środkiem transportu. Od razu przyszło nam to zrobić z rozmachem – na trasie z Cabarete do Puerto Plata, choć pierwotnie chcieliśmy dojechać tylko do Sosúa. Ale tak nam się spodobało (ten wiatr we włosach i dzikość w sercu), że nasz kierowca Jorge musiał podchwycić w końcu ten entuzjazm, mimo że wpierw kręcił nosem (bo tacy wolą motorkami podwozić raczej na krótszych dystansach).

Uzupełniwszy bak, kontynuowaliśmy drogę mijając widziane po raz pierwszy w życiu zielone łany trzciny cukrowej. Jorge nosił skórzaną kurtkę, która zapięta do połowy wypełniła się podczas jazdy powietrzem, czyniąc z jej właściciela gigantycznego chrabąszcza. Wysadził nas na rondzie w centrum Puerto Plata. Na „stalowym rumaku” przejechaliśmy wówczas we trójkę prawie 40 kilometrów. Spotkaliśmy Jorgego w Cabarete dwa lata później. Zmężniał i nabrał ciała. Widać, poprawiło mu się. Może te długie dystanse oferował regularnie, biorąc za to ładne pesos.

Klejnot półwyspu Samaná

Natomiast, w Samanie stojąc na szczycie wieżyczki, co najmniej przez godzinę, rejestrowaliśmy coraz to bardziej kuriozalne egzemplarze motoconchos razem z ich pasażerami: babcią i dwojgiem wnucząt, lolitką w stroju szkolnym, siedzącą tak, jakby miała wyskoczyć w biegu, señorem z wielką sztachetą na ramieniu,  innym señorem z lodówką, jeszcze innym z pomarańczową, wyglądająca jak bomba, butlą gazową; ponadto wielokrotnie przemknął nam przed oczami wehikuł będący krzyżówką motocykla, meleksa oraz deski do prasowania; co okazało się lokalną, jakże charakterystyczną odmianą rikszo-podobnego, czy też tuk-tuko-podobnego motoconcho

To wówczas zapaliłem się do pomysłu i, choć czas gonił nas całkiem nie po latynosku, przekonałem Kingę, aby za wszelką cenę dotrzeć na północno-wschodni kraniec półwyspu Samaná, gdzie ponoć niczego nie było, poza tym, że było tam pięknie. Tak trafiliśmy do Las Galeras. Reszta to historie, które znacie, bo o Las Galeras wspominam, kiedy tylko przyjdzie mi ochota…

Kończąc na dziś zastanawiam się, jaka Dominikana we mnie pozostała, jaka jej cześć odłożyła się gdzieś w tam w środku przez te wszystkie lata, i co jeszcze moglibyśmy dla siebie wzajemnie zrobić?

W styczniu, zabieram moją szaloną Grupę i Was do zachodnich rewirów tego kraju. Przede wszystkim tam, gdzie niegdyś oddychało mi się najpełniej, podobało najbardziej, tam blisko granicy z Haiti, gdzie podróż zbliża się do jakiegoś sedna, gdzie nastaje szaleństwo przestworzy, pośród których podróżnik odkrywa niejako kraj w kraju, co tylko potęguje jego radość z nowych odkryć.

Dominikana, wioska Enriquillo
Fale Morza Karaibskiego obmywające nabrzeże wioseczki Enriquillo, na trasie z Barahony do Oviedo.
Dominikana, Cabo Rojo
Dominikańskie czerwonoziemy w okolicach Cabo Rojo, Pedernales

Odwiedzimy prowincje Barahona, Independencia, Bahoruco i Pedernales. Zobaczymy takie miejsca, jak Laguna de Oviedo, Cabo Rojo, Bahía de las Águilas, Lago Enriquillo… Wjedziemy do zaszytej w masywie Sierra de Bahoruco jedynej na świecie kopalni larimaru – błękitnego, półszlachetnego kamienia, który wydobywany jest tylko w Dominikanie.

Enriquillo, Pedernales
Muchachos z Enriquillo

Wierzę, że spotkamy ludzi, który nie pogubili się w tych rozległych i różnorodnych krajobrazowo przestrzeniach. Ufam, że ci ludzie zbliżą się do nas bardziej, niż gdziekolwiek indziej. I zachwycą prostotą, pokorą, mądrością życiową oraz spojrzeniem, które jest gwarantem atencji dla przybysza; spojrzeniem, w które wpisany jest uśmiech…

Tak, mniej więcej, wyobrażam sobie moją dziesiątą podróż do kraju, który dał mi dotąd tyle frajdy…

Aleja wspomnień

Pojechaliśmy z Kingą do Dominikany w 2006 roku, bo tak się złożyło. Miała być Kuba. Potem była. Ale wówczas trafiło na Dominikanę. I tak już zostało. To był szczęśliwy traf. Szczęki nam spadały na klapki, gdyśmy się włóczyli po tym kraju, gdyśmy sycili nim oczy. Taki to kraj! W 2007 roku poleciałem tam działać, jako fotoreportero. Szwendałem  się po ulicach Santo Domingo. Tak sobie wymyśliłem. I bakcyl dominikański zasadził się na mnie, dopadł mnie, przejął nade mną kontrolę. Zostałem wkręcony w czasoprzestrzenną spiralę o nazwie „Dominikana”. Nie ma znaczenia, czy widzę rok 2007, czy dajmy na to, 2010, 2014, 2017, bo i tak wszystko układa się w jakąś całość. Jak w nieliniowym montażu u Quentina Tarantino. To jest kawał mego życia, nie tylko podróżniczego. Za kilka dni skończę w tej „mojej” Dominikanie 40 lat. Niech to diabli! Ale dalej mi się chce…

Droga przyszłości

Wtedy nie wiedziałem, że aleją Máxima Gómeza spacerował niegdyś codziennie wieczorową porą dyktator Rafael Leónidas Trujillo Molina, bo lekarze mu ponoć powiedzieli, że to dobre na serce. Gdyśmy w 2006 roku przyjechali z Kingą z Sosúa do Santo Domingo i wysiedli na terminalu autobusowym Caribe Tours, poszliśmy najpierw aleją 27 de Febrero; zalaną słońcem, chaotyczną, owładniętą kakofonią dźwięków, rozjeżdżaną wehikułami wszelakiego sortu i kondycji.

Do głowy by mi nie przyszło, że rok później będę śmigał tą stołeczną arterią regularnie w zapchanych do szczętu carros públicos; że jej wschodnią cześć od Plaza de la Bandera po aleję Churchilla przejdę pieszo kilkakrotnie; że cztery lata później dam się tam wyprowadzić w pole wytrawnemu oszustowi, co opisałem w „Anatomii szwindlu”; że w sąsiedzkim Centro Olímpico Juan Pablo Duarte poznam fantastycznych młodocianych adeptów baseballu i sfotografuję ich podczas treningów; że w barze na skrzyżowaniu z aleją Dr. Fernanda Artura Defilló dostanę prawie każdego dnia na śniadanie „swoje” empanadas oraz „swój” sok z marakui – dopiero co zmiksowany, nie za słodki; że jedenaście lat później poprowadzę tamtędy, używając na przemian własnej orientacji i GPS-u, zagubionego kierowcę mini busa, który znał ponoć stolicę, lecz sprawiał wrażenie, jakby ostatnio był tam w dzieciństwie, z babcią na lodach kokosowych.

Aleja 27 de Febrero będzie mi się potem kojarzyć z podróżami po samej Dominikanie, bo ze wspomnianego terminalu Caribe Tours wielokrotnie ruszałem gdzieś w kraj; na zachód, czy na północ, od Barahony po Sánchez. Gdy tylko dostałem w kasie biało-żółty bilet, a raczej podwójny paragon w kolorystyce flagi Watykanu, i odczytałem z niego, jak się zwała kasjerka (co nieraz było czymś tak cudownie brzmiącym, jak Guadalupe Natera Vasquez), łapałem jeszcze przed odjazdem gorącą, słodką i diablo mocną kawę, „wyciskaną” z termosów do plastykowych „naparstków”. Wtedy byłem gotów podróżować dokądkolwiek, po tej kawie właśnie, Café Santo Domingo, najlepszej na świecie.

Santo Domingo, Avenida 27 de Febrero / Avenida Máximo Gómez.
Młodość. Skrzyżowanie alei 27 de Febrero z Aleją Máxima Gómeza. 12 lat wstecz, 2006 rok.
Jeździec pomylony

Przy pomniku tego „dominikańskiego Kościuszki” Máxima Gómeza, który trafił z ojczystego kraju do obcego, aby się o niego bić, przepłynął z wyspy na wyspę, aby walczyć o niepodległość Kuby, przy tej statui bohatera, który dosiada rumaka bełtającego powietrze przednimi kopytami, herosa wskazującego dłonią na wyprostowanym jak strzała ramieniu jedyny słuszny kierunek „wolność”, tam skręciliśmy z Kingą w poświęconą mu aleję, wiodącą w dół, jakieś trzy kilometry, aż do samego nabrzeża Morza Karaibskiego, do bulwaru Malecón, zwanego aleją Jerzego Waszyngtona.

To wszystko prawda poza jednym. Na rączym koniu siedzi ktoś inny. Nie Máximo Gómez. Ktoś równie zasłużony, lecz nie on. Siedzi José de San Martín; argentyński generał, bohater narodowy Argentyńczyków, Chilijczyków i Peruwiańczyków, zasłużony przywódca walk wyzwoleńczych w Ameryce Południowej i towarzysz broni Simóna Bolívara. Doczekał się chwały oraz… ignorancji. Taki nagłówek sprzed lat w najstarszym dominikańskim dzienniku „Listín Diario”: Monumento a don José de San Martín es usado como urinario. Z grubsza, posąg w randze pisuaru. Co więcej, sam Gómez wyjechał pierwotnie na Kubę nie dlatego, że chciał. Wyjechał, bo musiał. Przegrał we własnym kraju. Dopiero z czasem to przejrzałem…

Władca maczet

Kim był więc Máximo Gómez? Na pewno postacią nietuzinkową. Przyszedł na świat w miasteczku Baní, w zachodniej Dominikanie. Tam, skąd pochodzi najsłynniejsze dominikańskie mangoel banilejo; gdzie rokrocznie urządzane są mangowe dożynki. Zapamiętano go, jako wybitnego dowódcę wojsk kubańskich w trakcie wojny o niepodległość tego kraju. Wcześniej, jako nastolatek bronił Dominikany przez inwazją wojsk cesarza Haiti – Faustyna I. Haitańczycy sromotnie przegrali. Potem zaciągnął się do armii hiszpańskiej. Przeszkolono go za oceanem, w Saragossie.

Kiedy Hiszpania przegrała walkę o odzyskanie utraconej kolonii i wycofała się z wyspy, Gómez wyemigrował na Kubę. Oczywiście, w niesławie. Tam jednak przejrzał na oczy, przestał służyć w wojsku hiszpańskim i przystąpił do kubańskiego ruchu wyzwoleńczego. Pokazał powstańcom taktykę, zwaną „szarża maczet”. Uzbrojeni w te narzędzia piechurzy nacierali na wroga, wycinając go do nogi. Coś, jak kościuszkowscy kosynierzy w trakcie insurekcji.

Do krwawej kampanii doszło w Guantanamo, gdzie plantatorzy dostali wycisk, choć chroniły ich oddziały Hiszpanów. W przerwach między walkami, Gómez dorabiał za granicą. m.in. przy budowie Kanału Panamskiego. Z czasem przyjął najwyższy stopień wojskowy – generalissimusa armii kubańskiej. Układał coraz skuteczniejsze strategie bitew powstańczych. Niektóre budziły w nim mieszane uczucia, np. podpalanie hektarów trzciny cukrowej. Cechowała go niezłomność, nie kłaniał się kulom. Jedna z nich trafiła go w szyję. Rana po wyleczeniu zamieniła się w trwałą dziurę. Zatykał ją kawałkiem wełny a szyję obwiązywał chustką.

Odrzucił hiszpańską propozycję wspólnej batalii przeciwko siłom Stanów Zjednoczonych. Kuba uzyskała częściową niepodległość w 1898 roku, pod protektoratem USA. Gómez nie przyjął nominacji na prezydenta. Podobno uznał, że jako Dominikańczyk z krwi i kości nie powinien być formalnym przywódcą Kubańczyków. Zresztą, polityka nie była jego żywiołem. Do rodzinnego kraju nie wrócił. Zmarł w Hawanie, gdzie pochowano go na tamtejszym Cmentarzu Kolumba. Na hawańskim bulwarze Malecón stoi teraz pomnik ku chwale Dominikańczyka.

W Santo Domingo również stanął. Tyle, że nie tam, gdzie mi się wcześniej wydawało. Nieco dalej, choć w pobliżu. Na skrzyżowaniu alei 27 de Febrero z Máximo Gómez trzeba skręcić w prawo, nie w lewo, i dojść do kolejnego skrzyżowania; z aleją Johna F. Kennedy’ego. Tam znajdziemy posąg bohatera, o którym mowa. Teoretycznie powinien dzierżyć w dłoni szablę, nieodłączny atrybut bojownika-wyzwoliciela. Niestety, dzierży powietrze, bo szabla regularnie znika. Za sprawą rabusiów.

Aleja zdarzeń

Zeszliśmy z Kingą aleją Máximo Gómeza podobnie, jak schodził dyktator, maszerując „szybkim krokiem w otoczeniu ministrów, doradców, generałów, adiutantów, dworaków idących w naznaczonej szacunkiem odległości, z czujnym spojrzeniem, z nadzieją w sercu, wypatrujących choćby jednego gestu, jednego ruchu, skinienia, które pozwoliłoby zbliżyć się do Szefa, wysłuchać go, zasłużyć sobie na rozmowę, chociażby miało się w niej kryć oskarżenie” („Święto Kozła”, M.V. Llosa).

Wtedy nawet nie pomyślałem, że rok później zatrzymają mnie w tamtej okolicy mundurowi, wylegitymują i łagodną perswazją wymuszą skasowanie zdjęć, które kilkanaście minut wcześniej zrobiłem pod konsulatem Stanów Zjednoczonych; nie podejrzewałem, że dwa lata później i dwa spojrzenia od miejsca tego zatrzymania, w ambasadzie Watykanu zamieszka nuncjusz apostolski o nazwisku niechybnie podobnym do mojego, którego świat zapamięta później, jako głównego obwinionego w dominikańskiej aferze pedofilskiej; nie mogłem przewidzieć, że Jorge, którego zresztą dopiero miałem poznać, poprosi mnie o sfotografowanie wielkiej dziury w ziemi, czyli placu budowy pierwszej linii metra w Santo Domingo, biegnącej dokładnie pod aleją Máxima Gómeza.

Metro Santo Domingo, budowa, rok 2007
Jeden z budowniczych pierwszej linii metra w Santo Domingo.
Metro Santo Domingo, budowa, rok 2007
Dziura w ziemi, która zamieni się później w stację metra Estación Joaquín Balaguer.
El Macho

Potem skręciliśmy z Kingą w lewo, aby wysadzaną smukłymi palmami nadmorską promenadą dotrzeć do obelisku El Macho, zwanego tak przewrotnie przez rubasznych Dominikańczyków, ze względu na jego falliczny kształt i będącego dość wierną kopią pomniku Waszyngtona z Nation Mall w amerykańskiej stolicy. Pod tym obeliskiem dyktator kończył spacer. W perspektywie miał choćby wyszukane nocne rozrywki takie, jak schadzki z nieletnimi dzierlatkami, które kazał sprowadzać swym akolitom do ekstrawaganckiej rezydencji Casa de Caoba w swoim rodzinnym mieście San Cristóbal, leżącym nieopodal stolicy.

Malecón w Santo Domingo, w tle El Obelisco Macho.
Obsadzony palmami Malecón w Santo Domingo. W tle El Obelisco Macho, 2006 rok.
El Obelisco Macho, 2014, Mural poświęcony siostrom Mirabal.
El Obelisco Macho w nowej szacie z 2014 roku. Zjawiskowy, eksplodujący kolorami mural poświęcony dominikańskim heroinom – siostrom Mirabal.

Aleję Máxima Gómeza przemierzałem wielokrotnie, z góry do dołu i na odwrót. Przeważnie na piechotę. Nieraz metrem, albo wskakując do carros públicos. Poświęciłem jej sporo czasu i potu. Fotografowałem jej życie w różnych okresach; od 2006 roku do dzisiaj… Często lądowałem w miejscu, gdzie krzyżuje się z aleją Independencia.

Wrażenia miałem podobne, jak Urania Cabral z cytowanej tu już powieści Llosy.

„Węchem rejestruje tyle różnych zapachów, że można to porównać do natężenia hałasu atakującego jej słuch. Spaliny wydobywające się z rur wydechowych autobusów, które kopcą dymem unoszącym się wprost na przechodniów, smród smażonego tłuszczu dobiegający ze straganu, na którym skwierczą dwie patelnie, gdzie sprzedają jedzenie i napoje, no i ten zapach – ciężki, nieokreślony, tropikalny fetor żywicy, gnijących zarośli, spoconych ciał, powietrza nasyconego zwierzęcymi, roślinnymi i ludzkimi zapachami, które konserwowane przez słońce, wolniej się rozkładają i ulatniają. Ta gorąca woń porusza jakąś intymna strunę w jej pamięci i przywraca czasy dzieciństwa […]”

Skrzyżowanie alei Máximo Gómez z aleja Independencia, Santo Domingo.
Każdy pcha swój wózek…
Skrzyżowanie alei Máximo Gómez z aleja Independencia, Santo Domingo.
Kolporterki dziennika „El Caribe” (tu logo z 2007 roku) i sprzedawczyni kart telefonicznych Orange.
Aleja wspomnień, aleja Máximo Gómez, Santo Domingo, Dominikana.
W oczekiwaniu na zielone światło…
Pucybut, Santo Domingo, Avenida Máximo Gómez.
Macho – pucybut.
Haitańscy robotnicy, Avenida Máximo Gómez, Santo Domingo.
Roześmiani haitańscy robotnicy…
Avenida Máximo Gómez, Santo Domingo.
Palacio de Bellas Artes, Pałac Sztuk Pięknych w renowacji…
Avenida Máximo Gómez, Santo Domingo.
Autobus szkolny. Jeden za drugim.
Avenida Máximo Gómez, Santo Domingo.
Funkcjonariusz nieistniejącej już „miejskiej drogówki” AMET – La Autoridad Metropolitana de Transporte, zastąpionej w 2017 przez nowe służby, zwane DIGESETT – Generalną Dyrekcją Bezpieczeństwa i Transportu Drogowego.

Nieopodal stacji metra Estación Joaquín Balaguer, czyli tej która w 2007 roku była bezładnym placem budowy, wyląduję razem z Kingą w połowie marca. Spotkamy się z Claudią, z którą w lipcu ubiegłego roku dzieliłem ścianę w „Centrum Obrazu” na starówce w Santo Domingo, na której wisiały nasze fotografie podczas wystawy „Everyday Dominican Republic – Miradas Cotidianas”.

I tak to się toczy. Od dwunastu lat. Daje o sobie znać, co i rusz. Dominikańskie uzależnienie…

*Cytowane teksty pochodzą z powieści „Święto Kozła”, Mario Vargas Llosa, wyd. Znak, Kraków 2016 

Javier był kimś

Za pieniądze klienta wszystko idzie załatwić. Javier tak mawiał. Lubił to powtarzać. Był obrotny. Zresztą, jak wielu Dominikańczyków. No, to załatw mi chłopie duże mango, czasem go przedrzeźniałem. Wtedy mrużył oczy i cedził, że może skombinować „coś do palenia”, albo dziewczynki. Nie jestem el frutero, ripostował, tych od owoców masz na ulicy. Trzeba myśleć o rzeczach, które dają zarobić jakieś sensowne pesos a nie o bzdurach, które zabierają czas. Tego uczył Javier. Czasem mi się chłop przypomina. Niegdyś mieszkałem w Santo Domingo w dystrykcie Bella Vista, w hotelu o tej samej nazwie. Ulokował mnie w nim po znajomości Jorge, redaktor dziennika, z którym wtedy współpracowałem, jako samozwańczy (foto)reporter. Javier był tam boyem, chłopakiem od wszystkiego. Dla mnie był boyem rasowym, był Kimś.

Cristina

Hotel „Bella Vista” traktowałem, jako bazę wypadową. Częściej mnie w nim nie było, niż byłem, co oczywiste, lecz za każdym razem z uciechą tam powracałem; czy to z dziennych misji w Santo Domingo, czy z kilkudniowych wypadów w dominikański interior. Zajmowałem tani pokój z wiatrakiem na suficie i z widokiem na mangowiec. W mini chłodziarce trzymałem podstawowe zapasy: piwo, owoce i maść na wszystko. Właścicielką hotelu była Cristina. Do pracy podjeżdżała białym jeepem i z marszu brała się do rządzenia. Miałem w zwyczaju „meldować” jej, gdzie wybieram się danego dnia; szczególnie informowałem ją o wyjazdach dłuższych na zachód, gdzieś pod granicę z Haiti, albo na północ: do Puerto Plata, Río San Juan, czy Samaná. Przywykła do tych moich briefingów. Nie mogłem ich zaprzestać. Nie chciałem, by snuła najgorsze domysły, gdy ktoś ze służby doniesie jej, że moje łóżko stoi nieruszane od trzech, czy czterech dni.

Mangowiec rosnący w ogrodzie, Dominikana
Dojrzewające mango-zwisy.
Ulica karmiąca

Większość z posiadanych pesos, poupychanych gdzieś po kieszeniach, przepuszczałem w pobliżu. Wszystko miałem tam pod ręką. Dominikańska ulica jest samowystarczalna i codziennie kusi tym samym, w tych samych punktach, o tej samej porze. Jeśli mały biznes jest na kółkach, to i tak podjedzie tam, gdzie poprzednio. W Dominikanie można się spokojnie do czegoś przyzwyczaić i potem z tego przyzwyczajenia do woli czerpać korzyści. Gdy od „swojego” sprzedawcy empanadas usłyszałem: estoy operando aqui, „tu jestem, tu działam, tu operuję!”, byłem szczęśliwy, wiedząc, że jutro, pojutrze czy za tydzień nic się nie zmieni, i dostanę te swoje frykasy tam, gdzie zawsze.

El frutero, czyli sprzedawca owoców na ulicy w Santo Domingo, Dominikana.
Wózek owocowy.
Karaibskie śniadanie, w pobliżu hotelu Bella Vista, Santo Domingo
Karaibskie śniadanie mistrzów. Od lewej kawał papai, ananasa, sok z marakui, 3 empanadas. I kawa. Café dominicano. Jak narkotyk.

To samo, jeśli chodzi o każdą inną rzecz, najsłodszą kawę na świecie, jugos naturales, owoce, tostones, piwo, losy na loterię, używane komórki, karty telefoniczne, gazety, jakieś breloki, jakieś baterie, fosforyzujące lody, słodkości z gwajawy, czy co tam jeszcze. Swoje obchody ulicy robiłem przeważnie wcześnie rano, kupując wszystko, co mi się nawinęło i z czego mogłem skompletować własną wersję karaibskiego śniadania.

Piwo z Javierem

Za to późnym popołudniem niewiele już jadłem, raczej wpadałem do colmado by posiedzieć, posłuchać bachaty i wypić piwo albo dwa, albo trzy. Decydowała pojemność butelki, jaką spragniony wydobyłem na chybił trafił z arktycznych czeluści firmowej lodówki Presidente. Taka lodówka to podstawowy mebel w każdym spożywczaku, czy barze w Dominikanie, od Santo Domingo po odległe grajdoły.

Piwo Presidente w Santo Domingo, Dominikana
„Prezydent” nabity w butelkę.

Piwo kupowałem dla siebie i dla Javiera. Bywało, że dzieliłem z nim momenty przyjemnego rauszu po całodziennym kieracie. Potem on wracał do swoich na przedmieścia, w mało-turystyczne rewiry zwane Km. 9, a ja do pokoju i do komputera, oblepionego kolonią cyber-mrówek. Javier nie był zwykłym boyem hotelowym, był prawą ręką Cristiny, co oznaczało, że robił wszystko. Nobilitacja i frustracja w jednym.

Kiedy uparłem się, aby mieć w pokoju hotelowym caja fuerte, czyli sejf, Javier powiedział, że to nie ma sensu. Szybko dowiedziałem się, w czym rzecz. Poszliśmy do innego pokoju z sejfem. Javier zatrzasnął go, po czym otworzył bez klucza i większego wysiłku, jak Sztukmistrz z Lublina. Dałem sobie spokój.

Macho i jego koszula

Często widywałem go, ubranego w guayaberę, karaibską koszulę z czterema kieszeniami. Najpewniej pochodzi z Meksyku, albo z Kuby. Mnie podoba się jej kubańskie pochodzenie. Chłopak miał dziewczynę. Na randki zakładał elegancką koszulę z dwoma kieszeniami. Upychał w nich owoce gwajawy, dla wsparcia miłości witaminą. Jeden owoc dla siebie, drugi dla wybranki. Wreszcie stało się. Dostał zaproszenie do domu przyszłych teściów. Nie mógł tam iść z pustymi rękami. Znowu pomyślał o gwajawach. Tylko teraz miał do zabrania cztery sztuki. A tylko dwie kieszenie. Wtedy sprytna matula doszyła mu jeszcze dwie na dole. I tak zrodziła się pełna guayabera! Fantastyczna historia, czyż nie?

Dominikańczycy mają dla niej własną nazwę – chacabana. Ponoć Javier odziedziczył tę koszulę po dziadku. Chwaliłem ją za każdym razem, gdy w niej przychodził. Była pięknie skrojona, w kolorze kremowym, z podwójnym haftem z przodu, bez oznak znoszenia. Można powiedzieć, krawiecki majstersztyk. Zakonotowałem, że Javier nosił ją chętnie, niejako dumy z rodzinnej pamiątki. Dzisiaj młodzi Latynosi raczej nie przepadają za zbyt staroświeckim krojem chacabany. Za to Javier wyglądał w niej bardzo gustownie, prawdę mówiąc, zazdrościłem mu tej koszuli i tej prezencji.

Relaks po oględzinach

Muchacho zasuwał na trzy etaty i nieraz ciężko było go wyciągnąć z roboty do baru o sensownej porze, zważywszy na to, że musiał jeszcze jakoś dotrzeć do domu na krańcu świata. Wtedy, z moją pomocą, bar przychodził do niego. Javier na to zasługiwał. Najbardziej podłe obowiązki wykonywał popołudniami. Przede wszystkim ogarniał bałagan po gościach, którzy zdążyli opuścić hotel. Wietrzył zapotniałe komnaty, wciąż zalatujące mieszaniną sexo y amor. Do czarnego worka w rozmiarze lubianym przez medycynę sądową ładował wymęczoną pościel, notorycznie czymś zabrudzoną; pełna galeria podejrzanych wymazów, z krwią włącznie. Sam widziałem, bo Javier dopuszczał mnie do oględzin. Ze wszystkich tych okrutnych plam dało się wyczytać najświeższą historię cielesnych zmagań, gwałtownych miłości, czy miłosnych gwałtów, no jakichś niemożliwych kopulacji, kulminacji, jakichś no nie wiem, boleści…

Kiedy Javier robił swoje, ja siedziałem u siebie, przeglądając ostatni urobek zdjęciowy. Czekałem na telefon od niego. W końcu dzwonił, podając mi numer pokoju, do którego miałem się udać z tym, co najlepsze. Brałem z lodówki butelki z „Prezydentem”, wciąż zmrożone, jak igloo i gnałem tam, gdzie mnie wzywał. Chyba nie było takiego pokoju w Buena Viście, którego byśmy nie zamienili na tymczasowy bar.

Władca noży

Innym zadaniem Javiera, zwłaszcza o poranku, było doglądanie kuchni. Poganiał tam kucharza i jego asystenta, obiboka. Nie za wiele mieli obaj do roboty, lecz to nie oznaczało, że mogli siedzieć bezczynnie. W międzyczasie zauważyłem u mego przyjaciela słabość do kuchennego osprzętu. Wyraźnie cenił noże. Wielokrotnie kciukiem szacował ich ostrość, jak rzeźnik przed jatką. W jego zachowaniu było coś niepokojąco naturalnego. Mieć go po swojej stronie – oto reguła przetrwania!

Kiedy któregoś dnia wybrał nóż formatu maczety, przeżegnawszy się w duchu, pomyślałem, że oto Javier podjął właśnie jakieś kluczowe decyzje w swoim zapracowanym życiu. Zbiegło się to z przyjazdem Cristiny do hotelu. On jednak wykorzystał połyskujące ostrze noża w roli podręcznego lusterka. Przeglądając się w nim z bliska, badał stan uzębienia. Było to bardzo charakterne. Bo Javier charakter miał.

Najlepiej odnajdywał się w trzeciej ze swoich hotelowych ról – w roli recepcjonisty: witającego, rozliczającego i żegnającego gości. Witał serdecznie i żegnał, bo musiał, za to rozliczać uwielbiał. Był przy tym irytująco skrupulatny. Kiedy nieraz z czymś zalegałem, dobrze o tym wiedział i przystępował do windykacji. Szelma jeden, wolał zapomnieć, ile to piwa razem wypiliśmy. Na mój koszt! Ale cóż, mając świeżo w pamięci jego przymiarkę do roli „władcy noży”, wolałem płacić. Jeśli chodziło o forsę, Cristina mogła na niego liczyć. A nie wyglądał na skarbnika. Raczej na kogoś, kto regularnie przyjmuje zlecenia mokrej roboty i przeliczając pesos, albo „zielone”, po prostu przelicza zainkasowane wadium.

Chłopak z „dzielni”

Powierzchowność Javiera stawiała go raczej wśród osobników przestępczej konduity. Umówmy się, nie jest to typowy wymóg dla kandydata na recepcjonistę. Jednak Cristina myślała inaczej. Albo po prostu miała nosa, zatrudniając go w hotelu. Ten domniemany brutal z obrzeżnych barrios, o jakich Márquez pisał – „dzielnice psich bójek”, ten śniady macho z blizną pod okiem, potrafił być elokwentny, do żywego zabawny i na swój sposób spolegliwy. Javier – delikwent chodzący krokiem „praskiego cwaniaka”, był barwną namiastką tego najprawdziwszego Santo Domingo – chaotycznego i lubieżnego, do którego być może, co bardziej rozbudzony turysta chciałby dotrzeć, by je zobaczyć na własne oczy, dotknąć, posmakować, tj. po ludzku poznać, lecz tkwiące w nim obawy (poniekąd uzasadnione) trzymają go na dystans. Wtedy Javier mógł sprawę ułatwić.

Wnosił do hotelu aurę tych właśnie rewirów latynoskiego molocha, gdzie wstaje się o świcie za głosem bojowego koguta i stawia diabelską kawę na ogniu, gdzie słucha się radia na cały regulator, gdzie ryk motorów walczy o eter z dudniącym reggaetonem, czy bachatą, gdzie czuć spaliny wymieszane z wonią przejrzałych owoców, mydlin wylewanych do rynsztoka i jedzenia smażonego na ulicy, gdzie w ciągu dnia żyje się tak, by jakoś przeżyć, gdzie kombinuje się pesos, jak tylko można, bo w końcu jest rodzina, bo rosną długi, gdzie zawsze znajduje się czas na domino i baseball, na tipsy i papiloty, na piwo, jeśli nie na rum, gdzie zawsze jest kogo obgadać, czy zbesztać po uszy, gdzie chicos, gangsterzy z MTV, opuszczają jeansy tak nisko, że im widać przecinek z tyłu, gdzie chicas, dziewuchy gangsterów z MTV, podciągają legginsy tak wysoko, że im widać przecinek z przodu, gdzie amorów wszelakich nigdy dość w tym lepkim, jak syrop powietrzu, gdzie jęki miłości nie gorszą sąsiadów tylko aktywizują, i gdzie się w końcu to całe towarzystwo z inwentarzem wszelakim kładzie spać bez świadomości, że gdzieś tam istnieje jakiś przyjezdny, turysta, słowem obcy, któremu by trzeba jakoś uatrakcyjnić wycieczkę czy ogólnie zrobić dobrze. W rewirze Javiera obcy musiałyby na swoje pięć minut zasłużyć.

Javier bałamut

Natomiast w hotelu Bella Vista od razu liczono się z Javierem. Był gwiazdą i tyle. Przyjezdni podskórnie wyczuwali, że miał w sobie jakiś autentyczny kawał życia, blisko którego warto pobyć chociaż przez moment. Dlatego lgnęli do niego, zamęczając chłopaka w recepcji, na korytarzu, na patio. Szczególnie osaczały go białe turystki z Ameryki, czy Europy. Latały do tropików solo, wyraźnie wyposzczone. Kręciły się przy Javierze, zagadując go w spanglishu.

Javier, mimo że zawalony robotą, korzystał ze swego uroku, ile mógł. Odpowiadał na zaczepki. Był przystojnym draniem, trzeba mu to oddać. Rozgrywał te całe ksiuty po swojemu, niby od niechcenia, urabiając panny, jedną po drugiej. Nie wiem, czy on te wszystkie przelotne znajomości sprowadzał do oczywistego finału. Niewykluczone. Tak czy inaczej, był południowcem i południowa krew się w nim kotłowała. Raczej nie przepuszczał okazji. Z natury lubił zdrowo pochędożyć. I lubił o tym poopowiadać z detalami.

Javier „dobra rada”

Bywały noce, gdy zdarzało mi się w zupełnym negliżu przeleżeć pod buczącym wiatrakiem od zmierzchu do świtu, bo inaczej się nie dało, parność mnie gnębiła, ratowałem się, jak mogłem. Raz zapomniałem zaryglować drzwi, no i wreszcie zasnąłem. Rano wpadł znienacka do pokoju Javier i mnie przyfilował w adamowej odsłonie, dopiero oczy przecierałem po przebudzeniu. Zmieszany chwyciłem za piernaty, by się nimi owinąć, jak to robią aktorzy na filmach, gdy mają przejść po seksie z łóżka do garderoby i wybełkotałem jakoś tak, że „Javier, dzisiaj nie, por favor!”. Drań ten, kogut jeden co bierze wszystko, co się rusza, zaśmiał się podejrzanie, a mi chodziło o usługę sprzątania pokoju, że „dzisiaj nie”.

Kiedyś, stojąc przy recepcji, narzekałem na zmienność czerwcowej pogody. Wtedy mnie Javier uświadomił, hultajsko szczerząc zęby: „są takie rzeczy, amigo, które robisz przy słońcu i przy deszczu„. Lubował się w rozwijaniu tej życiowej sentencji, bezczelnie bazując na własnym, donżuańskim doświadczeniu. Wyjawiając mi swoje sypialniano – łóżkowe albo kuchenno – stołowe sekrety ars amandi, zarazem udawał buchaltera, rewidował rachunki gości i wklepywał je do komputera jednym paluchem.

Dr Javier zaskoczony 

Raz udało mi się Javiera zaskoczyć własnym popisem rubaszności. Któregoś popołudnia poszliśmy obaj do sklepu elektrycznego za rogiem. Cristina wysłała chłopaka po żarówki. A ja mu towarzyszyłem. Na miejscu poleciałem wzrokiem ku półce, gdzie kłębiła się jakaś drobnica, w tym wyjątkowo absorbujące różowawe niby zaślepki. W ich kształcie było coś bezwstydnie anatomicznego, a szło o anatomię kobiecą. Musiał to potwierdzić „dr Javier”. Wziąłem jedną taką „zaślepkę” i podsunąłem mu po nos, pytając z udawaną powagą, co też mu to-to przypomina. Ten, dławiąc się ze śmiechu wypalił: tú estás loco, amigo!, że szalony jestem. Jakby przyznał, że większy ze mnie zbereźnik od niego. Cóż, wypadało potraktować to, jako komplement.

Na koniec wspomnę, że Javiera poznałem w dość osobliwych okolicznościach. Muchacho w stroju recepcjonisty wymiatał psie bobki na parkingu przed hotelem „Bella Vista”. Stałem obok, oparty o palmę i patrzyłem, jak mu idzie. Obchodził się z nimi, jak z pralinami, które nieszczęśliwie pospadały na zakurzoną podłogę. Brał je na szufelkę i ostrożnie przenosił do śmietnika. Zlitowałem się nad nim, demonstrując łatwiejszą metodę – „futbolową”; wykopałem to gówno na aut. Po czym zaprosiłem chłopaka na kawę. Jakby nie było, kawa i praliny świetnie się dopełniają. Tak poznałem Javiera. Nie widziałem go jedenaście lat. Nigdy go potem nie spotkałem. Został w mej pamięci.

Flamboyant

Minęła wówczas druga tropikalna noc w Dominikanie, znacznie dłuższa od pierwszej, zaledwie dwugodzinnej, tuż po przylocie z Europy; po przyjeździe z lotniska do miasta. Dopiero po tej drugiej nocy funkcjonowałem normalnie. Był czerwiec 2007 roku. I duszny poranek w Santo Domingo. Przetarłem oczy i wyszedłem na świat. Chwyciłem w pobliskim colmado kawę i świeże empanadas, rozejrzałem się po okolicy. Wtedy zobaczyłem to drzewo rosnące kilkadziesiąt kroków od hotelu, gdzie miałem nocować przez kolejne tygodnie. Rosło na jednej z posesji, zagarnąwszy dla siebie większość ogrodu.

To był Delonix regiaeksplodujący szaloną czerwienią flamboyán dominicano, albo flamboyant, malinche, poinciana, zwany też ognistym drzewem, albo płomieniem Afryki, gdyż ma ponoć rodowód madagaskarski. Kiedyś widziałem to drzewo na obrazie jakiegoś malarza-prymitywisty; dominikańskiego, bądź haitańskiego Nikifora. Teraz miałem je przed sobą, w pełni rozkwitu. Pamiętam radość, podniecenie, niemalże śpiew duszy. Znowu tam byłem – w Dominikanie! Przez wiele miesięcy diablica nie dawała mi spokoju. Opętała mnie, kazała wracać. I wróciłem. Nadal wracam. Po jeszcze. Nie potrafię inaczej…

Miły gość

Pamiętam noc przyjazdu. Tamten człowiek otworzył drzwi, wpuścił mnie do środka i główkował co zrobić. Najpierw zapisał coś szybko w zeszycie, nie wiadomo co. Nie chciał niczego. Paszportu, dolarów, czy pesos. Parafek na jakichś kwitkach. Nie chciał. Bo niczego nie rozumiał. Tylko się uśmiechał. Jakiego człowieka stać na uśmiech w porze, o jakiej powinien przewracać się na drugi bok w łóżku? Swoim, cudzym, jakimkolwiek. Ja też nie rozumiałem, co do mnie mówił. Zresztą, on mówił niewiele. Ani trochę po hiszpańsku. Używał swojego języka – kreolskiego.

Mnie także pozostał jedynie grymas uśmiechu. Chodziło o to, żebym poszedł spać. O nic więcej. Jeśli ktoś sugeruje ci, abyś to zrobił, to pewnie nie nadajesz się do niczego innego. Rano potwierdzimy rezerwację, zapłacę ile tam trzeba, gdzieś podpiszę. Tego chciał tamten, tak podejrzewałem. To był Haitańczyk. Choć nie u siebie, wydawał się zadomowiony. W bejsbolowej czapce stołecznej drużyny Tigres del Licey. Miły gość. Witał mnie o czwartej nad ranem w hotelu „Bella Vista”.

Klucz na gębę

Dostałem klucz. Na gębę. Bez niczego. Za szczerość. Za wory pod oczami. Za bełkot utrudzonego wędrowca. Wyglądało to tak, jakbym wszedł z ulicy, padł na pierwsze lepsze wyrko i nikomu to nie wadziło. Podziękowałem i poczłapałem do pokoju o numerze wypalonym na kawału drewna przytroczonego do klucza. Tam było gęste, jak krochmal i nagrzane powietrze. Kiedy wszedłem do pokoju, zderzyłem się ze ścianą gorąca. Włączyłem światło i natychmiast wiatrak na suficie, aby rozgonił tę zabójczą duchotę.

Kilka minut później łapałem już normalny oddech. Szybko przywykłem. Mnie taka parnota nie wadzi, lubię taką wilgoć. Dopiero w tropiku czuję, że oba płuca mam zatrudnione na pełnym etacie. Wielu słania się na nogach, oddychając „nawilgłą watą”, jak to ujął Krzysztof Mroziewicz w „Fideladzie”. A mnie te tropikalne opary, paradoksalnie, energetyzują. Choć nie wtedy. Bo szybko zasnąłem. Wymordowany po podróży. Nie musiałem wspomagać się alkoholem przez zaśnięciem w tropiku, o czym instruował Kapuściński w „Wojnie futbolowej”. Padłem, jak dziecko. I spałem twardo, choć krótko. Nie wiem, czy śniłem o czymkolwiek. Być może. Za to, obudziłem się dziwnie wypoczęty i gotowy na nowe wyzwania. A czekało mnie ich co niemiara.

La cucaracha

W łazience zabrakło wody. Prysznic milczał. Pewnie zbyt wcześnie zabrałem się za mycie. Jeszcze nie czas na wodę w rurze. Wyjrzałem przez okno. Kiedy spałem musiała przejść obfita burza. Powiało lżejszym luftem. Podwórko zamiatał ten sam Haitańczyk, który kilka godzin wcześnie pełnił rolę zgubionego recepcjonisty. Ileż liści zaległo na patio! W deszczu pospadały z drzew, przeważnie figowców. Leżały wszędzie. Na kamiennej mozaice, na białych, żeliwnych stołach i krzesłach. Spojrzałem na najbliższe drzewo. Miało niewielkie owoce, które nadal dojrzewały. Owoce w kształcie, jakby bladozielonych, gładkich jąder. Drzewo było wielkie, rozłożyste. To był mangowiec.

Za nim, nieco dalej na dachu, krzątała się starsza kobieta w luźnej koszuli nocnej, w turbanie z ręcznika. Wieszała prześcieradła na sznurku, choć ledwie wzeszło słońce. Chwilę wcześniej słyszałem spóźnione pianie koguta. I za nim ujadanie psa. Jeden drugiemu dokazywał. „Zamknij dziób, a ty stul pysk!” Wiatrak łopotał na mniejszych obrotach, a ja leżałem pod nim w szczątkowej garderobie, co potem często praktykowałem. Chyba, że skazano mnie na klimatyzację. Wtedy czułem się bardziej, jak półtusza wieprzowa rzucona w odmęty chłodni.

Myjąc zęby zauważyłem karalucha wielkości ciasteczka, spacerującego po zasłonie prysznicowej. Wyglądał, jak mini zabawka nakręcana kluczykiem. Nie zrobiłem mu krzywdy. I wzajemnie. Potem spotkałem go ponownie. Widać, dane nam było dzielić rewiry w pokoju hotelowym. Nie wiem, czy po mnie łaził, gdy spałem, czy dobierał się do resztek bananów, jakie mi zostały po podróży. Tak, przywiozłem banany z powrotem do macierzy! Prawdę mówiąc, wciąż ledwo dojrzałe.

Niewykluczone, że karaczan znaczył teren po swojemu. Dowodów na to nie miałem. Jednak w czasie porannej kąpieli, kiedy widziałem, jak zuchwale grasuje w mojej obecności, nie wzbudził we mnie odrazy. Nie rwałem się, aby go zgładzić, choćby mokrym klapkiem. Szkoda mi było robala. Karaluch, czy nie to jednak jakiś współlokator. La cucaracha, la cucaracha…

Dominikański smak

Kiedy zszedłem po schodach do głównego holu, nie zostałem tam znajomego Haitańczyka. Na recepcji siedziała señorita z ugładzonymi włosami i w garsonce, wklepując coś do komputera, przekładając segregatory. Przywitała mnie, uśmiechnęła się i wróciła do tego, co ją zajmowało. Po chwili, pewnie gdy skończyła to co było ważniejsze, zainteresowała się mną ponownie. Zagaiła skąd jestem, ile zostanę w Dominikanie, jakie mam plany? Odpowiadałem jej na bieżąco. Wreszcie rzuciłem, że w kraju gdzie mieszkam pada zimą śnieg. To zawsze robi wrażenie na ludziach, którzy namiastki tej „atrakcji” zaznają jedynie przy otwieraniu zamrażalki.

Coś tam jeszcze dopytywała, lecz musiałem jej przerwać. Poczułem głód. W pobliżu była garkuchnia, gdzie można było zamówić cokolwiek na wynos. Wziąłem to, co mi posmakowało, gdy poprzednio byłem w Dominikanie. Smażone platanosy i sok z marakui. A coś do tego?, pytała recepcjonistka. Mięsa żadnego nie chcesz? Smażonego kurczaka, albo pollo guisado, tj. kurczaka duszonego. Nie chciałem. Być może pomyślała, że ja nie wiem, w czym rzecz, i nieświadomy upieram się, aby wsuwać same „zapychacze”, coś jakby nasze ziemniaki. Jednak nie miałem ochoty na więcej.

W końcu uległa, zadzwoniła gdzie trzeba i po kilkunastu minutach dostałem swoje platanosy. To był smak pierwszej dominikańskiej podróży. Sprzed półtora roku. Nie do podrobienia. Rozkoszowałem się nim. Ku uciesze, ale i zdziwieniu recepcjonistki…

Dziewczyna z balkonu

Potem przyjechał człowiek, który w nocy załatwił mi transport z lotniska. Pracował dla znanej francuskiej firmy. Był ekspatem. Zabrał mnie na strzeżone osiedle, w zachodnim Santo Domingo, gdzieś za parkiem Mirador del Sur, blisko portu Haina. Mieszkał tam z żoną, która rzadko wychodziła z mieszkania w wieżowcu, bo się bała. Wysiadywała godzinami na balkonie, patrząc na ocean, wypatrując błyskawic na horyzoncie i czekając na męża. Czasem, z duszą na ramieniu, wybiegała po drobne zakupy do sklepu.

Szybko wracała, płoszona seriami piropos, czyli niewybrednymi komplementami, rzucanymi w nią przez dominikańskich machos. Nawet ich nie rozumiała, ale przerażały ją syki, cmokania, gwizdy i pohukiwania. Chyba z rok przesiedziała na tym balkonie. Co tydzień, bodajże w czwartki, czekała na wejście tankowca do portu. Jeśli nie wpływał, albo spóźniał się, wówczas jej mąż miał problem z brakiem paliwa na stacji. No, wiesz, mieszkamy na wyspie! Tak, poniekąd słusznie, streściła swoje obserwacje.

Tam gdzie flamboyant

Oboje byli bardzo życzliwi. Nakarmili mnie rybą mahi-mahi, dotrzymali towarzystwa podczas paru weekendów, przewieźli późnym wieczorem wzdłuż Malecónu. Pamiętam, że utknęliśmy w korku blisko jakiegoś nocnego klubu. Dudniąca muzyka, tłum przyklejony do wejścia z oślepiającym neonem, wszędzie walające się puste butelki po rumie.

Rozglądałem się z tylnego siedzenia, chłonąc ten cały chaos fiesty zamotanej w parne, wilgotne powietrze. Kiedy opuściłem szybę, od razu podeszła jedna z chicas z wiadomą ofertą. Uwiesiła się okna, wdzięcząc się, prężąc, strosząc pióra. Chodziło o masaż. Un buen masaje, mi amor. Od razu uściśliła jaki, mrugając porozumiewawczo. Tyle się dowiedziałem. W końcu ruszyliśmy dalej.

W nietaniej restauracji na Plaza de España, gdzie mnie zaproszono, zdawałem moim towarzyszom relacje z wypadów w głąb kraju. Robili wielkie oczy, gdy mówiłem im, że dwa dni wstecz popijałem piwo gdzieś pod granicą z Haiti, albo tropiłem tam iguany. Oni, jeśli opuszczali Santo Domingo, brali na cel przeważnie okolice Punta Cana, albo Bayahibe. Chcieli mieć plażę, relaks, bufet all-inclusive, grillowaną langustę, takie przyjemności. Niezbyt się do tego paliłem. No, może poza langustą, której bym nie odmówił. Poza tym, roznosiła mnie energia, nie do zużycia nad hotelowym basenem. Potem straciliśmy kontakt, jakoś tak. Każdy miał swoje sprawy.

Mnie ciągnęło do tych ognistych, czerwcowych flamboyantów. Gdziekolwiek rosły, tryskało z nich życie. Do życia mnie ciągnęło.

Flamboyant, Parque Mirador del Sur, Santo Domingo
Flamboyán w swoim pełnym ogniu – u wejścia do parku Mirador del Sur. Na koniu generał Antonio Duvergé. Urodzony w Portoryko dominikański wojskowy z francuskimi korzeniami. Aktywny bojownik o niepodległość Dominikany.

Everyday Dominican Republic

To już oficjalnie. Taki news. Dzisiaj wieczorem czasu dominikańskiego, tj. 4 lipca 2017, w Centro de la Imagen („Centrum Obrazu”) na starówce Zona Colonial w Santo Domingo zostanie zainaugurowana wystawa fotograficzna „Everyday Dominican Republic – Miradas Cotidianas”. I potrwa miesiąc. Ukazuje dominikańskie życie codzienne okiem 16-stu fotografów z: Dominikany, Chile, Argentyny, Portoryko, Hiszpanii oraz… Polski. Niejako reprezentuję nasz kraj. Łącznie zostanie pokazanych 100 zdjęć, w tym 2 moje fotografie.

Selekcji dokonali oczarowani Dominikaną fotografowie/fotoreporterzy, m.in. Orlando Barría, współpracujący ze światowymi agencjami informacyjnymi, jak EFE, czy AFP. Skupieni na Instagramie wokół projektu Everyday Dominican Republic (www.instagram.com/everyday.dr), zaprosili mnie do udziału w tej wystawie. Projekt zrodził się we wrześniu 2016 roku. Inspiracją dla niego była (licząca obecnie na IG ponad 350 tys. „obserwujących”) inicjatywa Everyday Africa (www.instagram.com/everydayafrica), zapoczątkowana w 2012 roku przez dwóch pracujących w Afryce dziennikarzy/fotoreporterów Petera DiCampo i Austina Merilla.

Nie mogę osobiście uczestniczyć w otwarciu wystawy tam, na miejscu, w Santo Domingo. Za to, wysłałem Organizatorom „depeszę”, której fragment po polsku Wam tutaj przytoczę:

„Przyglądam się Dominikanie od ponad 10 lat. Pochodzę z Polski. Większość moich rodaków przyjeżdża do tego kraju i zakochuje się w nim od razu. Tylko, że swoje wakacje spędza tam głównie w resortach all inclusive.
Jednak, prawdziwa Dominikana jest gdzie indziej. Chciałem jej poszukać. Taką czułem potrzebę od samego początku. I odnalazłem tę prawdziwość: w życiu codziennym Dominikańczyków, w spojrzeniach ludzi, w ich prostych, lecz pełnych treści historiach.
Zresztą, uważam, że taki jest głębszy sens podróżowania – skracanie dystansu, przede wszystkim tego między ludźmi.
Jestem dumny i szczęśliwy, że „moje dominikańskie spojrzenie” zostało zauważone. Że Polak mógł się znaleźć w gronie pełnych profesjonalizmu i pasji – fotografów, portretujących dzień po dniu ten niemożliwy kraj – Republikę Dominikańską.”

Kilka refleksji

Tak. Dominikana daje się fotografować. Naturalnie i prawie wszędzie. Nie brakuje też takich, którzy potrafią się dobrze ustawić do zdjęć. Myślą o przelotnej auto-promocji, zabawie, żarcie sytuacyjnym. Raczej niewielu pyta, co dalej z tymi zdjęciami, gdzie się ukażą i kiedy. To nie ma znaczenia. Albo nie jest najważniejsze. Po prostu, mają ochotę na zdjęcie. Co kończy się jakąś frajdą obu stron.

Kiedy wieczorem, przy szumiącym wentylatorze siedzę i przeglądam materiał: ten robiony z ukrycia, z akcji, z bliska i daleka oraz ten trochę ustawiany z udziałem pełnych zapału „modeli”, to emocje wzbierają raz jeszcze. Albo inaczej. One nie tyle odżywają, ile być może dopiero się rodzą. I kto wie, czy nie bywają silniejsze od tamtych „w terenie”. Bo teraz lepiej widać, jaką wykonało się robotę. Satysfakcjonującą, czy nie.

Obie chwile przeżywam podobnie. Chyba lubię je przeżywać. Gdzieś tam na ulicy z aparatem w działaniu i „po godzinach”, choćby w wygodnym fotelu, albo na skraju łóżka, teraz z aparatem w spoczynku i lodowatym „Presidente” pod ręką. Co rzuca mi się w oczy? Choćby ktokolwiek fotografowany tylko pozował, albo zdarzenie wydawało się przesadnie aranżowane, to w takim materiale tkwi wciąż kawałek czegoś autentycznego, mgnienie realidad dominicana, lub innego latynoskiego, południowego świata.

Każdego dnia tyle nowych tematów, albo też każdego dnia tematy te same, tylko w nowych wariacjach. W dziesiątkach wariacji, które niezmiennie fascynują, wciągają i nie sposób ich pominąć zwyczajnym: to już było, kolego! Niektóre motywy jakby wchodzą do obiektywu same, utrwalane są nieświadomie, albo trzeba je utrwalić i basta, innych warto szukać, też gonić za nimi. Albo stać bez ruchu. Cierpliwie, lecz aktywnie, wypatrując okazji. Warto zapuścić się tu i tam, nie żałować nóg, nie żałować czasu, zawsze po drodze coś się trafi.

Dominikaną ciężko się znudzić!

Tam się wraca po jeszcze. To porywający kraj. Jak i jego mieszkańcy.

Po prostu, Everyday Dominican Republic.

Marcin i Kinga na tropie

Mieliśmy z Kingą u zarania naszych przygód w Dominikanie taką zabawę. Ja byłem el jefe, czyli prawda, wódz, dyktator. Ona zaś była żoną, wierną i oddaną kobietą dyktatora, która pomiatała nim w łożu, gdy on, generalissimus, dobroczyńca narodu dzień kończył. Dzień bogaty w zdarzenia, wypełniony rządzeniem niepokorną, bananową republiką. Wstawaliśmy zazwyczaj wcześnie rano. Wrodzona dyscyplina podnoszenia się z łóżka o jasno ustalonych i utrwalonych godzinach towarzyszyła mi od dziecka, więc nie lekceważyłem jej nawet na upragnionych wakacjach w tropiku. Zważywszy na nocne akrobacje w duecie, gimnastykę poranną sobie darowałem. Wysuwałem się z pościeli wypoczęty i drapiąc się gdzieniegdzie obierałem kurs na łazienkę. Tam, rzecz jasna, dokonywałem ablucji. Rytuał ten zawsze stanowił dla mnie jedną z przyjemniejszych części poranka, gdy byłem młodym, nieobrośniętym źrebakiem, i gdy dorosłem już do rangi, umówmy się, pełnokrwistego caballero.

Jako malec poznawałem tajemnice własnego ciała, teraz, już w dalszym wieku pod kroplami ciepłej wody po prostu wspominałem z uśmieszkiem udaną noc. Ananasy, te zawsze robiły mi dobrze, będę się nimi raczył po czasu kres, a niebieskie pastylki rozgniatał butem, jak gnidy – oto myśli dyktatora. Kiedy wyprażony ukropem, czysty i szczęśliwy opuszczałem zaparowaną łaźnię, kładłem się na łóżku, relaksowałem i czekałem na żonę, która poddawała się podobnym czynnościom.

Jeśli o tym nie zapomniałem, wciągałem na dyktatorski zad świeżą bieliznę i wychodziłem na balkon. Kilka metrów za żywopłotem z hibiskusów, na patio zadbanego domostwa, codziennie, prawie o tej samej porze zmywała naczynia ładna, jak sądzę, pełnoletnia już Mulatka, dominikańska muchacha. Gdy tylko mnie dostrzegła darowała uśmiech tak cudny, że musiałem natychmiast opuścić balkon, aby moje myśli pozostały czyste.

Dyktator słynął z wierności swej żonie. I mimo, ze tropikalna rzeczywistość podsuwała mu tuziny okazji do rozmaitych grzeszków, zawsze jakoś potrafił odegnać pokusę i uspokoić krew. Jego moc dawała mu pełną kontrolę, nie tylko nad ludem swej gorącej republiki, ale i nad własnym umysłem, który poskramiał tak na jawie, jak i we śnie.

Tylko raz śniło mu się, że podszedł za blisko do kozy… Jednak sen wydał mu się tak niedorzeczny (spożywać, albo czcić kozę – to zrozumiałe, ale brać się za biedne zwierzątko – wykluczone!), że zignorował go zaraz po przebudzeniu, bez konsultacji z wieszczką. Z kolei, rozmowa z żoną przy świeżo parzonej kawie o nutach cynamonu utwierdziła go jak zawsze w przekonaniu, że jako mężczyzna może spełnić się tylko w jeden sposób, i tylko w bliskości jedynego stworzenia, jakim pozostawała właśnie jego żona…

Na śniadanie, przeważnie skromne, bo składające się jedynie z soków i kilku kawałków soczystych cytrusów schodzili razem, obok siebie, lecz nigdy pod rękę. Wszelakie romantyczne gesty rezerwowali na intymne chwile sam na sam. Kiedy stawali przed obliczem nieogarniętego tłumu, wyglądali raczej, jak partnerzy w pracy i przygodzie, nie jak notoryczni, zepsuci kochankowie. I to budziło szacunek mas. Tamtego ranka dyktator nosił na sobie letni, jasny mundur, a jego połowica bawełnianą koszulę khaki. Zjedli i zaraz potem dobrze wyekwipowani zapuszczali się w teren. Na eksplorację. Szli tropić to, co warte było wytropienia…

I to się wiele nie zmieniło od prawie 13 lat.

Ten tekst dedykuję mojej żonie Kindze: partnerce, która sprawia, że świat ten bliższy, czy dalszy jest całkiem do ogarnięcia.

Muchas gracias! 

no images were found

Efekt domina

Kuba nie widzi świata bez domina. Świat Kuby musi być „zdominowany”. Kuba jest Libre, gdy może w domino grać: po polsku, dominikańsku, kubańsku, czy jamajsku; to prawdziwy pasjonat tej gry, domino jest dla niego stylem życia, to jest aficionado do szpiku kości. Po prostu, człowiek z pasją, rozdający dominowego bakcyla. Nie jest to zwykła gra. Kuba widzi ją szczerzej. Udowadnia, że to kawał kultury, barwna codzienność na Karaibach, że to jest gra wielowymiarowa, obejmująca tamtejszą politykę, damsko-męskie relacje, czy „teorie zachowań”.

Z przyjemnością przedstawiam Wam Kubę, bo to co mówi jest cenne, jest pouczające, jest koniecznie, jeśli chcemy wejrzeć głębiej w tę buzującą latynoską, karaibską rzeczywistość. Domino jest jej częścią.

Myśmy się z Kubą wirtualnie poznali ze sześć lat temu, jeden drugiemu coś napisał, skomentował, jeden o drugim jakby pamiętał, myśmy sąsiadami zza „blogowej miedzy” byli. W końcu zaprosiłem Kubę do Rozmowy.

Sam o sobie mówi tak:

„Kuba Libre to pseudonim jaki narodził się w 2004 roku na potrzeby polskojęzycznej strony z zasadami gry w domino. Żeby pasował do tematyki. Strona powstała jako efekt poszukiwań zasad gier w domino do rodzinnego grania. Ostatecznie zgromadziło się ich tyle, że pierwotnie istniał nawet pomysł wydania tego w formie drukowanej, ale ostatecznie zebrane materiały powędrowały do sieci. Obecnie są to dwa, niszowe blogi. Jeden z instrukcjami zawierającymi reguły gier w domino oraz drugi – paranaukowy blog domorosłego antropologa kultury, któremu wszystko kojarzy się z grą w domino. Taki dziennik pokładowy, będący połączeniem doświadczeń czynnego gracza z ulotnymi przemyśleniami internetowego analityka.”

Kuba Libre jest autorem blogów: dominogry.blox.pl oraz domino6.blox.pl

Rozmowa z Kubą Libre

Caribeya: Czym jest domino dla Dominikańczyków? Nasi z Kombi śpiewali: „twój normalny dzień zawsze black & white”. Czy to pasuje do fanów tej gry na Karaibach?

Kuba Libre: Były prezydent Dominikany Hipólito Mejía powiedział o grze w domino: „To jest sport i jedna z ulubionych rozrywek Dominikańczyków, domino jest dla mnie bardzo ważne ponieważ pomogło mi bardzo w kryzysowych momentach.” W 2012 roku zorganizował w ramach swojej kampanii wyborczej mega dominowanie. Do gry zasiadło ponad 3000 graczy a dominowe stoliki zdobiła jego podobizna wraz z hasłem wyborczym „Llegó Papá”, czyli „Tato Przyszedł”. Sam zagrał a jego przeciwnikiem był Joaquín Martínez, obecnie dziesięciokrotny mistrz świata w domino. Również reprezentująca konkurencyjną partię polityczną Margarita Cedeño de Fernández, była Pierwsza Dama a obecnie wiceprezydent Republiki Dominikany, lubi pozować na dominowego gracza. Domino jako element marketingu politycznego dla mnie jednoznacznie pozycjonuje miejsce domina w Dominikanie.

No właśnie, pani Margarita jeździła z eskortą, jeszcze jako kandydatka na stanowisko vicepresidente z ramienia partii PLD, do barwnych dzielnic północnego Santo Domingo, jak Villa Mella, czy Sabana Perdida. Jadła tam z sympatykami chicharrones, czyli smażone świńskie skórki, jadła placki maniokowe, słuchała afro-karaibskiej muzyki (z jakiej Villa Mella słynie!). A potem siadała za stołem do domino, aby rozegrać kilka partyjek ku uciesze wszystkich naokoło! Co więcej, gdy wywalczyła już fotel wice prezydentowej kontynuowała podróże do „ludu”. Choćby do dzielnic biedoty, rewirów o wątpliwej reputacji, jak Gualey, nad samym brzegiem Río Ozama. Tam również grała w domino, udając swojaczkę. Gdyby przyszło Ci zmienić Margaritę na stołku (trzymamy się domina, nie władzy) to jakbyś grał, aby wygrać?

Nie usiadłbym. Babę zastąpić w grze tylko dla machos? Nawet dla mnie, wychowanego w duchu równouprawnienia, to taki atawistyczny odruch, pierwotny pierwiastek męskości. Poza tym, tam gra się w domino partnerskie, czyli dwóch na dwóch. Tak jak u nas w brydża. I podobnie, jak przy brydżu granie z przypadkowym partnerem nie ma sensu. No chyba, że jak Margarita chciałbym machnąć sobie fotę lub osuszyć plastikowy kubek z mamajuaną. No i jeszcze bariera językowa: tam przy grze mówi się po męsku, więc i tu jako gringo jestem znowu na straconej pozycji.

Podsumowując: trzy rzeczy wyróżniają domino z Karaibów. Po pierwsze: jest to męska gra. Czyste machismo. Po drugie: grze towarzyszy często alkohol, a najlepiej jakiś domowy wynalazek. Po trzecie: w domino gra się tak głośno, jak to jest tylko możliwe. Wrzaskliwa, dominowa gadka oraz agresywne przybijanie kamieni do stołu wyglądają niejednokrotnie, jak wstęp do bójki. To nie jest miejsce dla takiej kobity jak señora Margarita, która jest doktorem prawa oraz magistrem ekonomii. Resumując: nie znam innej rozrywki, która przy takim minimalnym nakładzie środków pasowałaby do karaibskich klimatów w sposób doskonalszy niż domino partnerskie. Prawdziwy Dominikańczyk dorzuciłby zapewne do tego seks, baseball i walki kogutów.

Spec od thrilleropisarstwa John Grisham,  znający się też na baseballu, próbował klarować reguły tej gry we wstępie do swej „baseballowej powieści” Calico Joe. Czytelnik miał po tym rozumieć żargon. Grisham po prostu „rozegrał” typowy mecz na papierze. Czy mógłbyś w podobny sposób rozegrać partyjkę gry w „domino partnerskie”?

Reguły baseballu to dla Amerykanów buła z masłem. Gdy u nas spotkasz gościa z „bejsbolem”, to na pewno nie idzie pograć sobie na trawniku przed blokiem. A domino w Polsce to gra dla dzieci, choć w naszych więzieniach jest to gra powszechna. Na Karaibach czterech facetów zasiada przy czymś co można nazwać stołem na czymś co nie zawsze musi być krzesłem; partnerzy naprzeciwko; mieszają kamienie wspólnie lub solo tak, jakby chcieli zmyć z nich niewidzialny brud; potem jednocześnie dobierają po siedem kamieni; w pierwszym rozdaniu kto ma [6-6] – zaczyna; potem wychodzi gracz po jego prawej ręce; potem kolejny i kolejny; gdy gracz nie może zagrać opuszcza kolejkę mówiąc ¡paso!, stukając w stół lub wykonując inny szybki gest zrozumiały dla pozostałych; pozbycie się szybciej swoich kamieni przez jednego z graczy oznacza victorię dla pary; ale czasami gra ulega blokadzie: gracze mają kamienie ale żadnego nie można zgrać; i wtedy gracze liczą kropki na kamieniach w ich ręku; w zależności od wersji zwycięscy dopisują albo sumę wszystkich kropek, albo tylko te od przegranej pary; przy blokadzie zwycięża para, która ma lżejsze kamienie (o mniejszej liczbie oczek); przy remisie rozdanie uważa się za niebyłe; gra się kolejne rozdania aż jedna z par przekroczy w zapisie 100 lub 200 punktów i zwycięży w rozgrywce; pary grają do określonej ilości wygranych rozgrywek; w kolejnych rozdaniach kamienie miesza jeden z przegranych, a jako pierwszy wychodzi jeden ze zwycięzców.

Co przełamuje rutynę w tej grze?

Jest w błędzie ten, kto sądzi, że wszyscy grają tak samo. Wielu graczy klarowne zasady podstawowe dopełnia o własne ekstra reguły co dodaje kolorytu rozgrywce. Inaczej więc grywa się w domino partnerskie na Portoryko, Jamajce czy Dominikanie. W Dominikanie tzw. reglas de patio („reguły podwórkowe”) są dość ciekawe i dodatkowo punktowane są extra sytuacje takie jak „paso corrido“ (gdy gracz wychodzi i może zgrać kolejny kamień bo pozostali spasowali), „paso a la salida“ (gdy grający po otwierającym pasuje), lub „capicúa“, czyli „podwójne“ zakończenie rozgrywki: gracz kończy grę kładąc na stole swój ostatni kamień, który pasuje do obu końcówek łańcucha i nie jest dubletem;  takie „zamknięcie obwodu“.

Jedna z 13 Złotych Zasad Gry w Domino, jakie wypunktowałeś na swoim blogu, mówi o tym „aby dokładnie obserwować oczy przeciwnika, gdy jest jego kolejka gry”. Wygląda na to, że domino ma wiele wspólnego z pokerem?

Domino partnerskie mnie bardziej kojarzy się brydżem niż z pokerem. Bo podobnie jak w brydżu siedzący naprzeciwko siebie gracze tworzą duet, który gra przeciwko drugiej parze. To wymaga zgrania i współpracy partnerów. Ważny jest nieformalny, pozawerbalny kontakt między nimi. Niebagatelne znaczenie mają drobne gesty i subtelne sygnały, które informują partnera o strategii gry. Oczywiście formalnie porozumiewanie się między partnerami jest niedozwolone i uważne za oszustwo w grze. Doświadczonemu graczowi wystarczy bowiem drobna informacja od partnera oraz jeden rzut oka na stół i już wie jakie kamienie mają przeciwnicy oraz wysyłający wiadomość. I właśnie dlatego gracze gestykulując i tocząc głośną konwersację nie tylko chcą zdeprymować przeciwników ale również ukryć sekretny przekaz dla partnera. Taka dominowa Enigma, bo jeżeli dodatkowo rozszyfrowaliśmy jak porozumiewają się partnerzy to wygrana musi być nasza.

Czytałem o pewnym dziewięćdziesięcioletnim seniorze z Portoryko. Wstawał wcześnie rano, jadł coś, pił kawę i szedł na „plac publiczny”, gdzie rozgrywał z kumplami dziesięć partyjek domino, każda po kilkadziesiąt minut. Potem szedł na obiad, po południu kontynuował grę. I tak od 42 lat. Ponoć nie przegrywał. Na czym polega doświadczenie w tej grze?

Domino to gra losowo-strategiczna. Dobry gracz radzi sobie z tym, że dobierze słabe kamienie. Bo nie jest sztuką wygrać mając w ręku dobre kamienie, ale ograniczyć do minimum przegraną mając słabe. W grach tego typu jak domino, rozgrywanych „na poważnie” o zwycięstwie nie decyduje jedno rozdanie ale cała ich seria, potrzebna do zgromadzenia punktów niezbędnych do zwycięstwa. W zasadzie element losowości nie jest czymś negatywnym. Potrafi sprawić, że każde rozdanie jest niepowtarzalne, a inny układ kamieni za każdym razem stawia przed graczem inne dylematy w procesie decyzyjnym. Ale domino to nie szachy. Ilość posunięć jakie ma do dyspozycji gracz w domino jest stosunkowo mała. Bardzo często gracz ma tylko jedną możliwość ruchu. Taki proces decyzyjny podejmowania słusznych i logicznych decyzji w oparciu o doświadczenia wynikające z rozegranych partii daje większe szanse na wygraną graczowi „ogranemu“, obdarzonemu inteligencją i bardzo dobrą pamięcią.

Rozwój w domino polega na sukcesywnym i samodzielnym odkrywaniu zasad dobrych i złych posunięć w oparciu o rozegrane lub świadomie obserwowane pojedynki. Dlatego przyszły mistrz gra z mistrzami. aby w końcu sam stać się niepokonany. W przypadku osób starszych gra w domino może być naturalną „gimnastyką“ umysłu, która zmniejsza ryzyko zachorowania na chorobę Alzheimera.

Wróćmy do udziału płci pięknej w grze w domino. Kiedy np. dominikańscy machos idą w sobotni wieczór oglądać, obstawiać walki kogutów, wtedy ich kobiety mają czas dla siebie. Biegną do kumoszek: na ploteczki, zrobić sobie nowe tipsy, nakręcić wałki. Chyba tylko raz widziałem młodą dziewczynę w pobliżu koguciej areny, zapisywała wyniki jakiejś loterii. Za to, przy domino widywałem kobiety częściej. Czy ta rozrywka dla machos bardziej im odpowiada, tam w Dominikanie? 

Spotkałem się kiedyś ze stwierdzeniem, że kobiety nie grają w domino bo mają widocznie coś ciekawszego do roboty. Myślę, że tam kobiety nie grywają „na ulicy“ bo to nie uchodzi. Szybciej zasiądą do partyjki domina w domu. Bo jak żona wygra z mężem w domu to jeszcze przejdzie ale jakby to uczyniła w miejscu publicznym… Wbrew pozorom panie grywają na oficjalnych rozgrywkach dominowych i radzą sobie bardzo dobrze. Ponieważ w turniejach dominowych panuje prawdziwe równouprawnienie to w czasie mistrzostw świata panie grają z panami i jest prowadzona tylko jedna, wspólna klasyfikacja. Ale najlepiej sklasyfikowanym paniom są przyznawane osobne tytuły mistrzowskie. Carolina Méndez z Wenezueli, tegoroczna złota medalistka z Dominowego Mundialu w Orlando, była ósma w ogólnym rankingu indywidualnym a w parach – czwarta! Osobiście bardzo lubię grać z paniami w domino.

W jednym z dzienników z karaibskiego wybrzeża Kolumbii wyłapałem nagłówek, który mówił, że dla miejscowych domino jest czymś więcej, niż grą. Jest „fabryką przyjaciół”. Przy jakiejś okazji wspomniałeś mi, że zdarza Ci się… „pijać w domino”. To bardzo dominikańskie podejście! Ich stoły do domino mają „fabrycznie” wyrżnięte okrągłe otwory, aby można w nie było bezpiecznie wsadzić kubek z piwem, czy rumem. Ile ta gra znaczy dla Ciebie?  

Domino to jedna z wielu fascynacji w moim życiu, ale chyba najważniejsza bo jedyna, o której prowadzę bloga (dominogry.blox.pl) w formie zapisków na tematy „okołodominowe”. Nie urodziłem się w „kulturze dominowej”, która skazałby mnie na granie w jedyną, słuszną odmianę domina jak to jest na Kubie, lub Dominikanie. Dzięki temu mogę zmieniać wariant gry i jak kameleon być raz dobrym ojcem grającym z córką i żoną w „Matadora”, a innym razem dziewiętnastowiecznym dandysem, który z piękną damą zasiada do partyjki gdzieś pomiędzy operą a nieuchronnym finałem wieczoru. Mogę również ze smakiem piwa w ustach dostawiać kolejne kamienie niby stały bywalec londyńskiego pubu, lub ze znajomymi przy rumie pograć w jamajską odmianę domina partnerskiego.

Mogę też w wieloosobowym gronie jak amerykański emeryt podominować w „Kurzą Stopę” albo zasiąść do pojedynku jeden na jeden w jakąś „mózgożerną“ grę, której autorem jest Andrzej Lewicki, dominowy fascynat mieszkający w USA. Myślę, że właśnie dlatego zdecydowałem się na reinkarnację mojej starej strony poświęconej regułom gier dominowych, która wyparowała na skutek pazerności i niechlujnych zabezpieczeń zarządcy portalu. Ale tym razem wybrałem formę bloga (domino6.blox.pl). Podsumowując: domino jest dla mnie pretekstem zarówno do zaspokojenia moich niespełnionych grafomańskich ambicji, jak i do spotkania się ze starymi przyjaciółmi.

Bardzo dziękuję za tę inspirująca rozmowę!

Auto wycisk

W miastach takich, jak Santo Domingo, Santiago czy gdzieś na północnym wybrzeżu Dominikany rządzą na drogach wieloosobowe publiczne taksówki, tzw. carros públicos. To zwyczajne osobowe bryki, w dużej ilości stare toyoty, mazdy czy inne modele made in Japan sprzed lat, do których nagminnie wchodzi więcej typków, niż powinno wejść zgodnie z przepisami. Nie mówimy tu, rzecz jasna, o brykach odpicowanych, tylko prędzej o wyjeżdżonych truchłach, sto razy stukanych, obolałych ze starości, bez połowy bebechów. Jakież to potrafią być czasem totalne gruchoty, jakież zombie na czterech kółkach, z przebiegiem Ziemia – Księżyc. Wiele z tych maszyn jeździ o dziwo normalnie, inne tylko udają, że jeżdżą… Tak czy inaczej, pasażerów nie brakuje, bo carros públicos są w miarę tanie, łatwo dostępne i świetnie zorientowane muzycznie. Co więcej, można zacieśnić (i to dosłownie!) więzy towarzyskie

Łatwo rozpoznać carros públicos po typowych oznaczeniach na dachu, na sfatygowanych drzwiach, czy przedniej szybie (bywa, że solidnie strzaskanej). Wtedy też wiadomo, skąd i gdzie jadą. Ich trasy, tzw. rutas, są ściśle ustalone i zwykle dotyczą ważniejszych komunikacyjnych arterii w mieście. Szoferom wybitnie zależy na wydajnym przerobie pasażerów, stąd na trasie rządzi zasada: im większy ścisk, tym lepiej. Powietrze ma przez auto przepływać (i co najwyżej chłodzić pasażerów), a nie się autem wozić. Kto był w Dominikanie i korzystał z tej formy transportu, ten dobrze pamięta chwile ofiarnego dzielenia dyskomfortu ze współpasażerami: ściskanie ud, wciąganie rufy, skręcanie w precel rąk i nóg. W tym samym czasie, inne części anatomii (o których właśnie pomyśleliście) w potwornej ciasnocie gubiły pierwotny fason.

Można mieć o carros públicos złe zdanie i pluć na beton, widząc je w pobliżu, lecz nie sposób ich zupełnie zignorować. Trzeba im oddać jedno: są diabelsko przydatne, nierzadko wręcz niezastąpione, nawet gdy swą aparycją zbiega ze złomowiska, jasno komunikują coś zupełnie innego…

Siedem musi wejść

Szczęśliwą cyfrą dla każdego szofera w każdym krążącym po Santo Domingo carro público jest siedem. Oznacza ona, iż szofer zgarnął już komplet pasażerów i może wcisnąć mocniej gaz. Teraz obejdzie się bez specjalnego zwalniania, ciągłego trąbienia, dawania stojącym na poboczu ludziom sygnałów, że wciąż jest miejsce. Nastaje czas kiedy szofer sobie odpuszcza. I nie dlatego, że ma jakieś opory, że się martwi o przeciążenie auta, czy może myśli o kontroli drogowej. Nic podobnego. Chętnie by jeszcze kogoś wcisnął na dokładkę i dorzucił do sakwy syndykatu ekstra pesos. Tyle, ze pasażerowie mu na to nie pozwolą, bo chociaż ryby głosu nie mają, to sardynki zapuszkowane w carro público to nie leszcze i mówić potrafią dobitnie, co uważają.

Szofer ma jechać, nie kombinować za bardzo i wysadzać ludzi tam, gdzie akurat chcą. Carro público to taki rodzaj wieloosobowej taksówki, która zawsze na swej ustalonej trasie „od pętli do pętli” korzysta z przystanków na żądanie. Te istnieją jedynie… w głowach pasażerów i tylko od woli pasażerów zależy gdzie i kiedy się zmaterializują. Co oznacza, że znajdują się gdziekolwiek. Czasem ktoś od razu powie, gdzie ma zamiar wysiąść i szofer to zapamięta, i potem stanie, gdzie trzeba, bez dopytywania. Czasem żądanie wysiadki pojawi się znienacka, bo się na przykład chłop w baby apetyczne walory zapatrzy i wtedy kierowca daje po hamulcach, dobija do krawężnika a chłop się żegna, do baby cmoka i nie do końca chętnie wychodzi.

Szofer nie szachruje

Bywa, że płaci się tuż przed opuszczeniem auta, ale przeważnie wymagane pesos są wręczane szoferowi zaraz na wejściu, albo choćby w trakcie jazdy. Jeśli kierowca otrzyma wyliczoną kwotę to świetnie, jeśli musi coś tam wydać to wydaje, albo od ręki, albo gdy ma więcej luźnego grosza lub więcej swobody w ruchach. Toteż, gdy pasażer nie otrzyma od razu reszty nie piekli się, nie komentuje, tylko czeka, bo wie, że zwrot wnet dostanie. Jeśli pasażerowi brakuje w tej materii obycia, bo jest np. żółtodziobem, jakim niegdyś sam autor bywał, to może nieopacznie pomyśleć, że go szofer wycyckał. Ale to raczej mało prawdopodobne.

Taryfy są z góry ustalone i szoferzy trzymają się ich twardo. Poza tym cała pasażerska brać czuwa. Dominikańczycy są dość wrażliwi na wszelkie próby zrobienia kogoś na szaro, szczególnie gdy na pokładzie jedzie z nimi potencjalna ofiara, czyli obcy. Wiedzą, że szofer odda kasę białasowi, dobrze to wiedzą, ale po swojemu troszczą się o białasa, więc gdy szofer jakoś przedłuża sprawę to mu uwagę zwrócą, że białas czeka zbity z tropu i nie kuma o co biega, i trzeba białasa uspokoić.

Zamiast reszty kawa

Kiedy nadeszły już te czasy, że się białas w transporcie dominikańskim jako tako wyrobił i nawet stał fanem miejskiego śmigania w carros públicos, i kiedy mu się zdarzyło, że chciał tylko dwie przecznice podjechać, a mimo to bezmyślnie dał kierowcy tyle, że ten musiał wydawać na raty, bo na raz nie miał, i kiedy się białasowi spieszyło, bo już właśnie wysiadał a kierowca nie dokończył wydawania, to białas się z kierowcą dogadał, że ten mu nie wyda tylko kiedyś kawę postawi. I ludziska w aucie to podchwycili i z aprobatą głowami kiwali, że bien, muy bien, że białas taki na kawę łasy i wie czego chce. Nie szło przecież o gadanie dla samego gadania. Spora szansa na to, że na tego szofera się jeszcze trafi. Oraz na jego kawę. Za którą zapłaci grosze ale zawsze będzie to café dominicano, czyli konkretna waluta a nie jakiś żart…

Na jednym siądzie dwóch

Klasyczny rozkład pasażerów w przeładowanej publicznej taksówce to 1:2:4. Oczywiście, kierowca siedzi dokładnie na swoim miejscu, choć często nie jest to takie oczywiste, szczególnie, gdy w aucie dyskusja wrze, a dyskusje dominikańskie wymagają zagęszczonych czynności ruchowych, toteż nie można w pełni gestykulować i zarazem auto po bożemu prowadzić, z obiema dłońmi na kierownicy. Trzeba ich dla emfazy używać, co i rusz. Dlatego ktoś tam na górze, ktoś odpowiedzialny za „dominikański gatunek”, pamięta o tym i sprawia, że takie czy inne auto cudem przechodzi na autopilota.

Po prawej stronie kierowcy zalega, jak wiadomo, fotel dla pasażera: w teorii – jednego, w praktyce – dwóch. Z tyłu gnieżdżą się cztery osoby. Prawie nie słychać, jak postękują, gdy im nieznośnie ścierpną kończyny, bo w radiu huczy skoczne merengue. Oto szczęśliwa siódemka.

Jeśli ktoś wysiądzie i zwolni się siedzenie, to szczególnie z tyłu wszyscy poczują niewymowną ulgę, ale wówczas zniknie tempo przelotowe i wróci ślimacze, bo szofer znowu będzie skanował pobocza i na klienta polował, aby wyeliminować nierentowny luz…

no images were found