Tajemnicze Las Salinas

Z Santo Domingo do ciemnych piasków Las Salinas prowadzi prosta droga, tylko trzeba wiedzieć, jak jechać. Toteż warto jechać z kimś, kto wie. I kto ma własny wóz. Najlepiej terenowy. Czasem lepiej nie kombinować a zwyczajnie zdać się na kogoś. Szczególnie w niedzielę! Jasne, można się tam dostać po kawałku transportem publicznym, potem na pace i jeszcze na motoconcho. Ale po co tłuc się godzinami na kraniec świata do tego Las Salinas po swojemu, skoro człowiek dostaje zaproszenie z wliczoną podwózką i musi je przyjąć bo głupi będzie, gdy tego nie zrobi. Poza tym z niedzielą jest tak, że albo dasz się komuś zaprosić, albo wcześniej czy później ktoś się wprosi do ciebie. Dlatego jeśli w dniu świętym można legalnie pożerować na koszt innych – wybór jest oczywisty! Co więcej, tu chodzi o przygodę.

Ze szczerą więc uciechą pozwoliłem zorganizować część własnego weekendu Danielowi oraz Monice, jego matce. Tym bardziej, że oboje jakoś tak spontanicznie odświeżają w sobie pierwotny zapał do odkrywania własnego kraju. Co naturalnie udziela się innym. Regularnie kursują do różnych zakątków Dominikany, mniej lub bardziej odległych czy dostępnych. Jeżeli obiecują, że wezmą człowieka do miejsc, które ten z marszu dopisze do swych ulubionych, to właśnie tak będzie.

Dominikana stała się dla Moniki i Daniela ojczyzną już dawno. Chyba pasują im słowa pewnego klasyka, że „ojczyzna jest tam, gdzie dobrze”. Zagaiłem niegdyś Daniela z jaką banderą miałbym go powitać na lotnisku, gdyby któregoś dnia zdecydował się przylecieć do Polski. Pytałem, czy szykować barwy Izraela, Austrii, Hiszpanii czy Dominikany? Odpowiedział – „wybierz Dominikanę, wtedy wybierzesz wszystkie!” Tym lepiej, bo flagę dominikańską miałbym od razu.

Padre Daniela pochodził z Tel Awiwu. Monika, madre Daniela jest Austriaczką. Daniel przyszedł na świat na Majorce. Potem rodzina przeniosła się za ocean do północnej Dominikany. W Sosua senior działał z powodzeniem na rynku nieruchomości. Myślał jednak o nowym biznesie, najlepiej w dominikańskiej stolicy. Jeździł tam, podpatrywał, szukał szans. Wkrótce spieniężył to, co było do spieniężenia w Sosua i ostatecznie ruszył do Santo Domingo by podjąć ryzykowne wyzwania w branży e-commerce. Okazało się, że raz jeszcze trafił w dziesiątkę. Niestety, jakiś czas później zmarł na serce. Monika z Danielem mocno przeżyli ten rodzinny dramat lecz firmą zajęli się skutecznie i utrzymali ją na rynku. Miałem okazję współpracować z nimi przez jakiś czas. Wtedy też zawiązała się nasza bliższa znajomość. Poza tym Daniel robi dobre zdjęcia i dzieli się cennymi uwagami (albo się nieszkodliwie wymądrza). Zawsze targa ze sobą tonę sprzętu w plecaku. Długie i krótkie obiektywy. Nie starcza mu miejsca na suchy prowiant. Ja używam tylko jednego obiektywu: krótkiego. Jeśli chodzi o Monikę to aktywnie gra w golfa. Musi grać bo jest prezesem. Ja za to lubię golf ponosić. Ale kogo to interesuje, gdy piszę o tropiku. Lepiej już jedźmy do Las Salinas…

Do Las Salinas

Z Santo Dominigo należy obrać kierunek na San Cristóbal. Istniejąca obwodnica pozwala ominąć to miasto. Chyba, że komuś przyjdzie ochota poszwendać się trochę w rodzinnych stronach dyktatora Trujillo. Jeśli nie to potem grzeje się trasą numer 2, czyli Carreterą Sanchez aż do Baní. Tam można stanąć i popróbować najsłodszego owocu na świecie, tutejszej odmiany mango zwanej – banilejo. Tylko trzeba jeszcze trafić na sezon, tj. maj albo październik. Tak czy inaczej, warto zapamiętać: mango z Baní nie są do bani! Carretera Sanchez prowadzi dalej do Azua, potem przez San Juan de La Maguana aż do granicy z Haiti w Elías Piña. Tylko, że teraz mało nas to obchodzi bo w Baní i tak musimy odbić na południe by jakoś dojechać do celu – do Las Salinas. Uliczny labirynt w Baní niby nie jest rozległy lecz jakoś podejrzanie łatwo się tam zgubić. Nieraz w Baní trzeba swoje na próżno wyjeździć. Zamiast ślepo kręcić lepiej od razu spytać kogoś na ulicy. Być może nawinie się jeden z miejscowych i być może zrozumie, o co nam chodzi. W Dominikanie dobrze jest znać nazwy jakichkolwiek punktów przelotowych na trasie do celu. Wtedy zapytany będzie się mniej głowił. Zasada jest prosta: pomagajmy, tj. podpowiadajmy miejscowym a miejscowi pomogą nam. W Baní szukamy wylotu na drogę numer 510 (Carretera Máximo Gómez), która przecina Villa Sombrero i mknie do Matanzas (co brzmi po hiszpańsku dźwięcznie ale znaczy „Rzezie”). Dalej leży wioska Las Calderas a zaraz potem niewielka baza marynarki i stocznia o tej samej nazwie. Kiedy droga się skończy (dosłownie!), to już na pewno jesteśmy u celu – przy plaży Las Salinas nad Zatoką Las Calderas.

Dla terenowej fury koniec asfaltu jest początkiem tego, co 4X4 lubią najbardziej. A tutaj do polubienia i do rozjechania mamy bardzo dużo ciemnego i raczej grubego piachu. – ciemnego z natury nie z brudu. W każdym razie amatorzy miałkiej mączki z okolic Punta Cana mogą się w Las Salinas nie odnaleźć. Gdzieś tam na obrzeżach parkingu zalega prowizoryczny szlaban w postaci dwóch kołków i sznurka. Myśląc o przygodzie off road musimy go sforsować. Sami – co może być nie lada wyczynem dla kogoś, kto jednak szlabany respektuje. Lub z pomocą strażnika, któremu by bardziej pasowało aby auto zostało na parkingu. Kilka uśmiechów i argument, że ciężko pokonać całe Las Salinas na piechotę załatwi sprawę. Nawet do bólu pryncypialny Dominikańczyk na służbie w mundurze, pojmie, że marnowanie nóg na łażenie kilometrami po piachu jest nieludzkie.

Droga wolna. Oto wita Las Salinas. Ujeżdżamy spory odcinek, czasem nieco w piachu boksując i wreszcie stajemy w jakimś punkcie rozległej przestrzeni, gdzie człowiek od razu zaczyna oddychać głową. Przed nami błękitna i pomarszczona tafla Morza Karaibskiego, które bardziej tu mruczy niż szumi. Pod nami wciąż ciemny, ziarnisty piasek, ponadziewany kamieniami różnej wielkości i koloru, i gdzieniegdzie przyszpilony zasuszonym konarem, który morze w przeszłości po swojemu wypchnęło na brzeg. Nie jest to plaża folderowa a raczej księżycowa (niestety z wyraźnymi śladami bytności ludzkiej). Lecz tylko taka wydaje się tutaj pasować. Tutejszy pejzaż nie chce innej plaży. Szary piasek i szare dunas – wydmy – stanowią o jego bogactwie. Z kolei hen daleko, po drugiej stronie morskiej głębi wylegują się prawdopodobnie karaibskie brzegi Wenezueli. O wiele bliżej majaczą ponure wzniesienia, należące jakby do innej, nieodległej wyspy lecz to wciąż ląd dominikański, stąd ledwo widoczny bo zamglony: najpewniej Zatoka Neiba i Barahona. I wreszcie bardziej na północ zbierają się wody innej zatoki, o wiele potężniejszej – Bahía de Ocoa.

Nie wiem, jaki mamy czas lecz słońce mówi, że do południa jeszcze trochę zostało. Czekanie na jakąś przyzwoitą godzinę by można było wypić rozluźniający koktajl nie ma sensu. Tak przynajmniej ocenia sytuację Monika. Z bagażnika wyjmuje wielką butlę rumu Brugal i jeszcze większą coca-coli. Gdziekolwiek na świecie zmieszamy ze sobą te dwie ciecze (mniejsza już o cytrynę), wiadomo co wyjdzie – tęsknota za… wolną Kubą. Okazjonalną rolę barmana odgrywa Daniel, ja przytrzymując mu we właściwej pozycji trzy styropianowe kubki zapewne gram rolę barowego kontuaru a Monika gdzieś zniknęła. Zresztą nie ma już czego odgrywać. Po chwili zbiega na gotowe – zygzakiem z wydmy, zwieńczonej kępą jakichś chaszczy. Wiadomo po co tam poszła. Popijamy z tych groteskowych kubków biwakową wersję Cuba Libre, która kolorem nie różni się od zwykłej, mocniejszej herbaty, popijamy (bez lodu) jak cwaniacy, którzy sami sobie zorganizowali all inclusive na Księżycu. Jakoś tak dobrze nam się porobiło, że zaraz każdy zaczyna o tym donosić.

Las Salinas należy do nas. I do wiatru; ciepłego, przyjemnego. Krążymy, rozmawiamy, coś tam planujemy a słońce podchodzi coraz wyżej. Potem widzimy terenówkę podobną do naszej. Czyli jednak komuś zachciało się tego samego, w tym samym czasie, na tej samej plaży? Na szczęście – niekoniecznie. Przecież tą terenówką przywiozła nas tutaj Monika. Otwarty bagażnik zachęca do jeszcze jednej kolejki w „barze”. Potem przychodzi nam moczyć nogi w karaibskiej solance. Na razie tylko nogi. Woda ma niebywałą przejrzystość. Można głupio pomyśleć (co też zrobiłem), że jak plaża jest szara czy też czarniawa to woda może być taka sama, czyli brudna. A to nieprawda. Wystarczy do tej wody wejść i wychodzić się już nie chce. Co też potem nastąpiło bo Monika z Danielem zaciągnęli mnie w taki rewir Las Salinas, gdzie wreszcie mogło nastąpić nasze całkowite, tj. po uszy, zanurzenie. I nastąpiło. Nie przymierzając – na kilka godzin…

W życiu tyle nie przesiedziałem w wodzie na raz. Nie tylko dlatego, że było mi w niej po prostu dobrze ale dlatego, że poza wodą było mi po prostu straszne źle. Monika z Danielem nie przewidzieli jednego: inwazji krwiopijców. Podobno trafiliśmy na jakąś anomalię. Filmowe czy prawdziwe Wybrzeże Moskitów to confetti przy tym, co nas zaatakowało w Las Salinas. I to właściwie tylko w tym konkretnym punkcie, w tej konkretnej zatoczce. Gdzie indziej skrzydlate bestie cięły sporadycznie. Tutaj cięły metodycznie. Całe to nasze niedzielne byczenie się, zaplanowane w Las Salinas zostało w zasadzie zredukowane do horrendalnie wydłużonej kąpieli. Siedziałem z Danielem w wodzie, może z dziesięć metrów od brzegu z postanowieniem, że nigdy z niej nie wyjdziemy. Prędzej zasolimy się tam, jak wieprzowe półtusze. Za to Monika wyrozumiale donosiła nam wzmacniające trunki, zestawy lunchowo-obiadowe a potem jeszcze maski, płetwy i chyba rurki. Z niewyjaśnionych przyczyn (temat dla Strefy 11) komary nie brały się za Monikę. Mogła sobie po ludzku plażować. Być może, jako kobieta potrafiła się po swojemu z najeźdźcami… przekomarzać.

Natomiast ja z Danielem, z pozycji zawziętych (albo zdesperowanych) wodników kontemplowaliśmy piaszczyste wzgórze, okraszone muszlami, zaraz za plażą na której czyhały na nas te przeklęte, rozsierdzone wampiry. Na wzgórzu ktoś postawił masywny krzyż. Podobno zrobił to na czyjąś pośmiertną prośbę. Lokalna i w sumie świeża legenda mówi, że do Las Salinas przybył niegdyś jakiś ekscentryczny Włoch i tak mu się okolica spodobała, że zażyczył sobie tam pochówek. Raczej wiadomo, że z różnych względów postulaty nieboszczyków nie są ignorowane. Tak czy inaczej, obecność krzyża była ewidentna. Za to coraz mniej ewidentna stawała się nasza obecność w tej zatoczce, na tej plaży, pod tym krzyżem. W pełni licząc się z konsekwencjami utraty litrów cennej krwi, wyskoczyliśmy z morskiej wody spienionej własnymi kulasami, jak dwie Afrodyty albo – zważywszy na stopień naszego pomarszczenia – jak dwie Hermafrodyty.

Daniel, wpakował się na mokro do swej terenówki, gdzie spokojnie siedziała już Monika i ruszył z kopyta, nie czekając na mnie. Bo nie dałem mu na siebie poczekać. Po prostu wystrzeliłem przed siebie, tempem wyrobionym jeszcze w szkolnych biegach, rozpaczliwie licząc, że rój skrzydlatych antychrystów zawyrokuje zbawienny odwrót. O dziwo, tak się właśnie stało. Zaraz też dogoniła mnie terenówka. Lecz nie wsiadłem, zabrałem jedynie aparat. Potem drobiłem w piachu, kilka metrów przed maską, jak w tym filmie: „Co mi zrobisz, jak mnie rozjedziesz?” i łapczywie łapałem, ile się dało, z tego całego Las Salinas.

Warto było poświęcić niedzielę by tam dotrzeć i doznać tajemniczego, miejscami surowego klimatu tej okolicy. Może należałoby kiedyś eskapadę powtórzyć? Pomyślałem o tym na wysokości kilku kilometrów, przelatując nad Dominikaną w drodze na Jamajkę i dalej do domu… Gdzieś tam hen w dole rozpoznałem charakterystyczny kształt haczykowatego dzioba, znany mi z mapy. To przecież Półwysep Las Calderas z plażą Las Salinas…

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *