Tobago Jungle Boogie

Harris woził ludzi do lasu deszczowego, albo dżungli (co brzmi lepiej, bardziej hardo), aby im pokazać ptaka. Żaden ekshibicjonizm. Taka była jego praca. Brał za to dogadane pieniądze. Ludzie chcieli ptaka zobaczyć, płacili mu chętnie. Harris musiał go wyciągnąć z nieprzebytych leśnych odmętów. To znaczy wytropić. Ponoć zazwyczaj potrafił. Był zaprawionym tropicielem. Znał dżunglę, jak Polacy „Biedronkę”. Poza tym, urodził się na Tobago. Wyspa była od zawsze jego domem. Można z Harrisem wytrzymać.

Chodziło o motmota (Momotus momota), po polsku piłodzioba wspaniałego, ptaka pretendującego do maskotki Trynidadu i Tobago. Motmot, poza tym, że go natura ładnie pokolorowała, robi dwie rzeczy, które mogą się podobać podglądaczom. Wymachuje ogonem, jak wahadłem, prawo-lewo, wołając przy tym rytmicznie jutu-jutu. W brzmieniu przypomina to nieco jakiś sowi dialekt. Nie parła ta ptaszyna zbytnio na szkło, gdyśmy ją próbowali zwietrzyć, oj nie. Nie garnęła się do ludzi. Siedziała skryta gdzieś w gęstwinie, drwiła z okazjonalnych ornitologów. Kto nie dojrzał ptaszyny na żywo, nie musiał od razu składać reklamacji, mógł spojrzeć na lokalny pięciodolarowy banknot. To pewne pocieszenie. Banknot jest stale obsiadany przez motamota. Za to w dżungli rosły rododendrony, kolokazje o liściach wielkich, jak uszy słonia i wysokie do nieba fikusy o spłaszczonych korzeniach. Na całych Karaibach jedynie na Tobago uchował się spory kawał pierwotnego deszczowego lasu. Mowa o Rezerwacie Leśnym Main Ridge, chyba najstarszym na świecie. Został założony w połowie osiemnastego wieku. Dwieście lat później rezerwat mocno ucierpiał, gdy w 1963 roku wyspę zmiażdżył huragan Flora. Sporo gatunków roślin i zwierząt zostało wówczas mocno przetrzebionych, lub zanikło do szczętu. Na szczęście matka natura nie dąży do całkowitej autodestrukcji. Umie się opamiętać. Dzięki temu, tobagańska tropikalna knieja wciąż przyciąga, intryguje. Trzeba tam było zajrzeć w wolnej chwili.

Ktoś nam zarekomendował Harrisa, speca od jungle tours. Ten przyjechał wieczorem do Buccoo Point, gdyśmy siedzieli na werandzie naszego tropikalnego bungalowu, obserwując gekony, śmigające po grubych konarach migdałowca. Były pocieszne, pełne energii, rezolutne. Zdziwiłem się na widok Harrisa. Widziałem go już wcześniej. Albo przynajmniej był podobny do Louisa Gossetta Juniora. Tego aktora. Grał pułkownika Chappiego Sinclaira w filmie „Żelazny orzeł”. Tylko był lepiej zbudowany. Powiedział, co i jak, rzeczowo przedstawił ofertę, podał cenę. Trochę się próbowałem targować. Niewiele to dało. Wyszedłem na cwaniaczka. Harris rządził. W końcu spasowałem i dogadaliśmy się. Nazajutrz miał po nas przyjechać na długo przed świtem, chyba o piątej. I punktualnie przyjechał. Minibusem. Potem ruszyliśmy w gęsty mrok po resztę grupy.

Było nas w sumie z osiem osób. W tym jakaś angielska para, jacyś Duńczycy. Anglik był różowy, ponadto urodziwy, jak Wayne Rooney. Tryskał humorem, zaiste angielskim. Oto przykład. Harris opowiadał, że podobno dawniej, by jakaś tobagańska dziewucha zainteresowała się tobagańskim chłopakiem, ten musiał jej podarować kwiat rododendronu. A dzisiaj, spytał Harris mimowolnie, co mógłby jej podarować dzisiaj? Wtedy „Rooney” odpowiedział – Blackberry! Polubiłem faceta, mimo że zerkał na mnie jakoś nieufnie, jakbym mu krzywo położył parkiet w chałupie na jakimś „Tottenhamie”. Gorzej wypadała partnerka Rooneya. Harris chwalił się swymi przygodami w oceanie. Nie miłosnymi. Mówił o łapaniu płaszczek, wielkich jak dywaniki w przedpokoju, o łowieniu wrednych barakud i czego tam jeszcze w pobliżu raf. To już zasługiwało na uznanie. Mówił też o rekinach rafowych, że nieduże, niegroźne dla ludzi, że można koło nich pływać i nie dziabną. Wszyscy mu ładnie uwierzyli, bo tak należało zrobić, tylko nie Angielka, ta musiała mieć swoje zdanie, że nie to nieprawda, że przecież shark is shark, żeby nie wciskał kitu, że ona dziękuję za rekiny i basta. Trochę przesadnie naskoczyła na Harrisa. Zmierzyłem ją wzrokiem upewniając się, czy posiada komplet kończyn. Jej wystąpienie zabrzmiało, jako echo jakiejś traumy. Najlepsi byli Duńczycy. Niewiele mówili. Bo po co? Wystarczy to, że dali światu Lego i maślane ciasteczka w blaszanych pudełkach, których się nie wyrzuca, bo nadają się do trzymania gwoździ albo szpulek nici (zależy, kto puste pudełko przejmie).

Zanim Harris wepchnął swych podopiecznych w mroczne listowie nieposkromionej tropikalnej kniei, wydał im śniadanie oraz kalosze. Każdy wybierał swój rozmiar. Nie jest to obuwie idealne na takie eskapady, to prawda. Stopy mogą się zaparzyć, zmięknąć, zmienić w rozmoczoną kajzerkę, słowem zgnić. I pewnie by zgniły, gdyby czekało nas pokonanie, dajmy na to, przesmyku Darién w czasie spaceru z Panamy do Kolumbii. W tobagańskich zaś okolicznościach przyrody mogliśmy jakoś wytrzymać te kilka godzin. Duńczyk wolał nie ryzykować podłapania grzybicy, został w całkiem nowych adidasach. Później wyglądały one bardzo źle. Jakby ich pan dopiero co wyskoczył z gigantycznego gówna, wydalonego przez podtrutego triceratopsa na planie filmu Spielberga. Dalej, wszyscy pochwycili anemiczne sandwicze z szynką i serem, oprócz Polaków. Polacy przygotowali własne kanapki. Z konfiturą z gujawy. Inny uznali, że Polacy chcieli przyoszczędzić. Kiedy drużyna posiliła się zdrowo i zaspokoiła pozostałe potrzeby niższego rzędu, padła komenda wyjścia w teren. Wówczas się rozpadało. Powtórka sceny z „Plutonu”, gdy świeże mięso armatnie wychodziło do dżungli na akcję. Tylko tam zaczynała się noc, a tu dzień. W każdym razie, wnikając w ten zlany deszczem nieprzyjazny gąszcz, nie zazdrościłem Charliemu Sheenowi.

Wcześniej, Harris rzucił mi na dzień dobry, że wyglądam, jak żołnierz. Nic dziwnego, po prostu chciałem się w dżungli porządnie zaszyć. Włożyłem maskujące ciuchy, głównie militarną czapkę niewidkę. Miałem wrażenie, że Harris mi jej trochę zazdrościł. Niepotrzebnie. Nie zdążyłem jej wyprać przed wyprawą. A Harris sam potrafił się do dżungli fachowo ubrać i wyposażyć. Do tego zlewał się z dżunglą. Jasne, nie wyglądał lepiej niż Schwarzenegger w „Predatorze” i nawet nie próbował go naśladować. Zresztą przeciwnik był mniej wymagający. Nie przyleciał z kosmosu, nie mordował dla trofeów, nie strzelał fochów w postaci atomowej rozwałki. Może trochę śmierdział butwiejącymi kapciami, albo klatką schodową zaszczaną przez kocie łazęgi. Oczywiście Harris nie wybierał się do dżungli bez jakiegoś konkretnego oręża, np. maczety. Takim ekwipunkiem mógłby równie dobrze fatalnie narozrabiać, gdyby ktoś go przypadkiem wkurzył. Harris prowadził nas niby wytyczonymi ścieżkami, które wymagały dalszego, starannego karczowania. Taki panoszący się las nie akceptuje próżni, zarasta z dnia na dzień. Wtedy przydaje się maczeta. Pożyczyłem ją od Harrisa, gdy odpoczywał, myśląc w co nas jeszcze warto wpakować. Chciałem wyrżnąć nieco chaszczów przed sobą. Ciąłem nieźle, choć z umiarem, by nie wywołać ekologicznego kryzysu. W ufajdanych błotem gumowcach, spocony i z tą maczetą w dłoni musiałem prezentować się dość ponuro.

W końcu zgłodniałem. Harris zaproponował termity, prosto z kulistego gniazda, przytwierdzonego do drzewa. Wsadził tam palucha, czyli zrobił dziurę, paskudnie naruszając budowlę. Zdezorientowane mikrusy same wbiegały mu na ten paluch. A Harris je brutalnie zlizał i połknął. Termity to białko, pouczał, chcesz przeżyć w dżungli, musisz jeść wszystko, co da się zjeść, choćbyś miał a tym problem. Załatwiłem sobie porcję termitów na dziko. Zrobiłem inaczej niż Harris. Najpierw zmoczyłem paluch w ustach, aby w ten sposób powstał zdradliwy lep. Przetestowałem go na gnieździe. Termity lgnęły do mej śliny, aż miło. Szybko pokryły cały paluch swymi brunatnymi ciałkami. Zrobiły niby wełnianą otoczkę. Gdybym obślinił wszystkie palce, i resztę dłoni do przegubu to miałbym zgrabną rękawiczkę. Spałaszowałem te stworzonka na raz, by poczuć ich smak. Trudno mówić tu o kulinarnym odkryciu. Termity smakowały, jak papier, albo jak zawilgła tektura. Pewnie miałbym podobne wrażenia, gryząc „wafelek”, który kładzie się pod kufel z piwem. Harris spytał, co sądzę. Palnąłem, że byłoby lepsze z odrobiną pikantnej salsy. Nie była to odpowiedź, jaką chciał usłyszeć od adepta jungle survival.

Potem się zgubiliśmy. Harris kombinował, by to wyglądało na zdarzenie zaplanowane. Wtedy coś ugryzło Bonitę w dłoń, gdy oparła się o stuletniego fikusa. Nie wiadomo co. Coś małego. Pewnie jakiś owadzi predator. Śledztwo zostało umorzone. Ale ręka zaczęła puchnąć, jak drożdżówka. W plecaku mieliśmy piguły na uczulenie. Harris stał i patrzył, uczył się, nie przewidział czegoś podobnego. Rolę komandosa zastąpił rolą praktykanta na ostrym dyżurze. Ciekawe, co by w takiej sytuacji zrobił Bear Grylls? Pewnie zmieniłby się w Horpynę i w mig wytrzasnął jakąś leczniczą maść. Na szczęście piguły okazały się uniwersalnym antidotum i zadziałały. Mogliśmy przebijać się dalej przez wilgotny gąszcz. Deszcz nie przestawał siąpić.

Gdyby nie te gigantyczne paprocie, palmy, liany i drzewa o dziwacznych konarach, czułbym się, jak podczas wypraw na kanie w dzieciństwie. Pamiętam, że zbierałem je z wujkiem Edkiem w lesie podczas takiej smętnej pogody. Wielkie kapelusze tych grzybów skwierczały potem, obtoczone w bułce tartej i smażone na maśle przez babcię. Smakowały, jak kotlety schabowe. Nie wytrułem rodziny, choć kanię ponoć łatwo pomylić z muchomorem sromotnikowym. Duma mnie rozpierała, gdy wnosiłem do domu takie jadalne zdobycze, takie dary natury. Do tego przedłużałem egzystencję dziadkowym wieprzkom. Na kaniach się nie kończyło. Zbierałem w lesie wszystko, co się dało zebrać. W pewnym sensie byłem początkującym druidem, do spółki z babcią. A z tobagańskiej dżungli wyszedłem z pustymi rękami. I po co było tam wchodzić?

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *