Tubylcy z parku

Kiedy żegnali nas, stanąwszy w równych odstępach na skraju wzniesienia z pomarańczowo-ceglastej gliny, wyglądali raczej tak, jakby dopiero co wyszli nas witać. Jakby za moment miały zejść się dwa światy, jakby historia miała ruszyć od nowa. Tę ostatnią scenę zapamiętałem najmocniej. Niewykluczone, że wyobraźnia dołożyła swoje. Jeśli czas miałby się zatrzymać, to właśnie wtedy, gdy patrzyłem na tych ludzi, w których ostało się jakieś dawne dostojeństwo. Ten kadr mógłby pochodzić z filmów „Misja”, „Apocalypto”, albo „Kolumb Odkrywca”… Nie ma tu jeszcze nieuchronnej, zgubnej przyszłości. Na razie jest enigma, obustronna ciekawość, są emocje; mniej lub bardziej skrywane. Reszta była teatrem… Już to wiedzieliśmy, siedząc w czółnie, którym mieliśmy wkrótce odpłynąć. Teatrem dobrze wyreżyserowanym, ogranym. Teatrem potrzebnym, jak się okazało…

Ryj tapira

Umówmy się. To był żaden wysiłek. Dostać się do wioski tych skromnych ludzi zwanych Emberá. W ich rzeczne rewiry Parku Narodowego Chagres. I popatrzeć, jak żyją, jak sobie radzą, jak ukradkiem ziewają na widok kolejnej fali turystów. Oczywiście, można by nadać temu ton dramatyczny. Nawrzucać przechwałek pioniera, etnologa, który popadł w obłęd, albo prawie ducha wyzionął próbując przedrzeć się do dzikich plemion, które białego człowieka znają co najwyżej ze zdjęć na ulotkach, rozrzucanych czasem przez aeroplany. Można by nazmyślać, nawydziwiać, tak wypunktować trudności, że zwykłemu zjadaczowi chleba, który mdleje w fotelu oglądając „Azja Express”, odechce się wszystkiego.

Człowieku, wykitujesz po pierwszych stu metrach, odwodnisz się, narobisz w portki ze strachu. Gęsta, malaryczna dżungla. Żmije, jaguary i ropuchy trucicielki w gotowości. Stopy spleśniałe w butach. Mrówki w koszuli. Brak wody, brak nadziei, brak jacuzzi. Za to, tubylec z fryzurą pazia królewskiego przed tobą. Raczej nie wegetarianin. Ze wszystkim na wierzchu, z dmuchawką przy ustach wycelowaną w ciebie. Trzy razy nie trafia. Może dlatego, że się modlisz.

Tubylec myśli. Pewnie bóstwo „stamtąd”. Paskudne, jak ryj tapira, blade takie, ale strzały się go nie imają. Trzeba okazać respekt, zabrać do wioski. Niech starszyzna oceni, co dalej; niech dzieciaki się obśmieją, niech szaman przypomni sobie, kogo ostatnio wzywał z zaświatów. Autochton opuszcza dmuchawkę, kłania ci się, odwzajemniasz mu się niepewnie.

Z boku, z krzaków wychodzi kumpel tamtego, bez wrogości. Też cały goły i pokryty granatowym, zmatowiałym tatuażem, jakby wczoraj wylał na siebie kałamarz atramentu. Stoi z żywym tukanem na ramieniu. Z martwym pekari u stóp. Polowanie skończone. Masz szczęście. Żyjesz. Siedzisz teraz w pirodze, podłużnej i wąskiej, lecz stabilnej.

Do wioski tylko trzy dni drogi w górę rzeki. Masz co jeść, bo dali ci tilapię z maniokiem, masz co pić. Nie pogadasz za wiele z łaskawcami, bo oni po swojemu a ty z tego ni w ząb. Próbujesz wyciągnąć od nich co nieco na migi, stąd wiesz, ile będziecie płynąć. Niewiele się dzieje. Spoglądasz leniwie w nieskończoną puszczę po obu stronach rzeki. W końcu zasypiasz…

Krokodyle spojrzenie
Rzeka Chagres, członek wspólnoty Emberá wypatruje mielizn.

Napływ innej kultury…

Emberá, silnik suzuki, rzeka Chagres, Panama.

Señor Suzuki.

Raptem wyrywa cię z uśpienia tęgi jazgot, czujesz spaliny. To silnik suzuki, uczepiony rufy twego luksusowego kanu. Steruje nim mężczyzna z grupy etnicznej Emberá. Odziany w przepaskę na biodra zrobioną z ceramicznych koralików i szarfę guayuco zakrywającą płeć. Na dziobie, oparty o długą tyczkę, czuwa pomocnik sternika, wypatruje mielizn. W podobnej garderobie. Pejzaż przed tobą będzie naznaczony jego pośladkami na każdym zdjęciu.

A ty masz na sobie pomarańczowy kapok, bo kazali zabezpieczyć się po bożemu. Kanu pruje kilkanaście minut, po czym zwalnia, podpływa do szuwarów rosnących wzdłuż brzegu rzeki Chagres, tej samej, która zasila sztuczne jezioro Gatún niezbędne w eksploatacji Kanału Panamskiego. Nie od razu dostrzegasz nieruchome ślepia, wystające znad mętnej wody, wpatrujące się w ciebie. Cocodrilo, słyszysz. Krokodyl. Czyżby pora karmienia? Mężczyzna śmieje się z żartu.

Krokodyl w rzece Chagres.

Przyczajony krokodyl ukryty szok.

Emberá, członek wspólnoty szykuje kanu do drogi, rzeka Chagres, Panama.

Grunt to mieć dobre plecy.

Port Corotú, przystań dla kanu, rzeka Chagres, Panama.

Wszystkie pirogi do nogi.

Komitet powitalny

W położonej na wzgórzu wiosce, dokąd od rzeki prowadzą ścieżki z ubitej, czerwonej gliny spotykasz jego pobratymców, ludzi do rany przyłóż. Witają cię z takim namaszczeniem, jakbyś przybył zza wielkiej wody, a ty ledwo dwie godziny wcześniej opuściłeś Panama City. Minibusem. Najpierw była droga asfaltowa, potem szutrowa, na końcu keja dla smukłych piraguas w Puerto Corotú nad jeziorem Alajuela. Obszar parku rozciąga się między prowincjami Panamá i Colón, na północ od panamskiej stolicami i na wschód od Kanału Panamskiego.

W komitecie powitalnym don Melio Tócamo, lider społeczności w osadzie Tusípono Emberá oraz kobiety – młodsze i starsze o długich, czarnych włosach, przypominające urodą te z polinezyjskich obrazów Gauguina. Słychać muzykę; bębny, piszczałki, marakasy i drewnianą „tarkę” zwaną guacharaca, pocieraną rytmicznie niby „widelczykiem”. Męska kapela inicjuje spotkanie popisowym numerem. Po uściskach dłoni muzykanci i część kobiet mają fajrant. Lider prowadzi do chaty zastawionej ławkami na krótki wykład o historii, kulturze i zwyczajach Emberá.

Emberá, kapela we wspólnocie Tusípono Emberá , rzeka Chagres, Panama

Orkiestra dęta, lecz nie nadęta.

Kobiety Emberá, osada Tusípono, rzeka Chagres, Panama.

„Na piersi zwieszał się olbrzymi, sięgający aż do połowy brzucha naszyjnik z wielu warstw różnych monet. Przeważały dwudziestopięcocentówki, ale trafiały się i srebrne” [„Z wizytą u panamskich Indian”, Andrzej Myrcha, Wyd. Czytelnik, Warszawa 1979]

Paru Paru, obraz, malarz Paul Gauguin, Polinezja Francuska.

W rzeczywistości, tam nad rzeką Chagres, kobiety Emberá. A tutaj, na płótnie, też kobiety. Uchwycone przez Paula Gauguina gdzieś w Polinezji Francuskiej. Takie podobieństwo. Takie skojarzenia.
Paru Paru, Paul Gauguin – 1892 Źrodło: http://www.the-athenaeum.org

Skąd przyszliśmy? Kim jesteśmy? Dokąd idziemy?

Staje przed mapą Panamy, chwyta wskaźnik. Tu mieszkamy, a stąd przyszliśmy: zaznacza rewiry, graniczącej z Kolumbią, wschodniej prowincji Darién, z wydzielonym obecnie regionem autonomicznym Emberá-Wounaan. Zdziwiło mnie, że nie wyczytałem tego w doskonałej książce dr Andrzeja Myrchy – „Z wizytą u panamskich Indian”. Nie widziałem tych wiosek na jego poglądowej mapce etnicznych ludów Panamy. Dlaczego nie napisał, że plemiona Emberá (znane jako Chocó) zasiedlały, poza wilgotnym gąszczem Darién, również tereny w bliskim zasięgu Panama City? Później zrozumiałem, w czym rzecz…

Z wizytą u panamskich Indian, Andrzej Myrcha, Panama.

Zawsze cieszy mnie, gdy wyłowię taką perełkę z otchłani biblioteki. Andrzej Myrcha (1939-1997), napisał to w dacie, kiedy dopiero uczyłem się chodzić i parafrazując G. G. Márqueza, w mojej głowie „wiele rzeczy nie miało nazwy i mówiąc o nich trzeba było wskazywać palcem”. Do lektury, być może już zapomnianej, siadam po niemal czterech dekadach. I ta lektura mnie wciąga: wiedzą autora, jego pasją i jakże wielką chęcią zrozumienia człowieka. Tego Innego. O jakim zawsze mówił, choćby Kapuściński. I to jest napisane w tym nieodżałowanym duchu Arkadego Fiedlera. Przygoda. Karma dla wyobraźni. Może podpowiedź dla podróżnika z otwartą głową. To są wyśmienicie zanotowane refleksje autora zachwyconego światem Południa. Takiej literaturze należy się rewitalizacja. Bo zaraz takiej literatury zabraknie. Panie Andrzeju, ta książka „wróciła” do Panamy!

Pod koniec lat siedemdziesiątych, kiedy książka powstała, do wspólnot tych nie jeździło się na wycieczki poznawcze. Wiodły one żywot w jako takim oderwaniu od cywilizacji, korzystając z dziczy w rozlewiskach rzeki Chagres. Ponoć, nietrudno było stanąć wtedy oko w oko z królem tamtejszej puszczy – jaguarem. Zresztą, Emberá dopiero co przenieśli się z różnych powodów z odległej Darién. Wielu bało się kolumbijskiej partyzantki, szmuglerów oraz wszelkiej maści podejrzanych typów, jacy swobodnie korzystali z pozbawionej kontroli, dzikiej granicy kolumbijsko-panamskiej.

Chcieli urządzić się w nowym, bezpiecznym miejscu, co im się poniekąd udało. Z powodzeniem rozwijali dawne aktywności: polowania, rybołówstwo i rolnictwo. Sytuacja zmieniła się w połowie lat osiemdziesiątych XX wieku. Wówczas rząd Panamy ogłosił, że obszar obejmujący m.in. terytoria należące do Emberá stanie się parkiem narodowym (Parque Nacional Chagres).

Wioska Emberá, rzeka Chagres, Panama.

We wsi jakby sjesta.

Wioska Emberá, przystań dla kanu, rzeka Chagres, Panama.

Dłubanki.

Witamy turystów

Wpłynęło to znacząco na ich tradycyjną egzystencję. Nadeszły restrykcje. Z racji tego, że teren parku znajdował się teraz pod ochroną, musieli ograniczyć myślistwo oraz karczowanie dżungli, co wiązało się z przyhamowaniem niektórych upraw. Ponadto, stanęli niejako w obliczu ultimatum: możecie zostać, lecz w zamian wpuścicie do siebie turystów. Ze wszystkimi konsekwencjami, jakie to ze sobą niesie. Innymi słowy, Emberá goszczą w swoich comunidades grupy wycieczkowiczów, ponieważ nie mają innego wyjścia. Tym równoważą ekonomię własnego przetrwania.

Robią to jednak tak, aby przyjezdni czuli się u nich dobrze. Przynajmniej, starają się. To mili ludzie, uczynni, opanowani. Idealnie pasuje do nich hiszpańskie określenie humildespokorni. Jasne, zdarzają się tacy, którzy nie kryją znużenia, ostentacyjnie dłubią w nosie, uśmiechu nie odwzajemnią, mają ten cyrk głęboko gdzieś. Chyba trudno się temu dziwić. Codzienne zabawianie turystów, zapewnianie im podobnych rozrywek prowadzi do rutyny, która zobojętnia.

Emberá, członek osady Tusípono steruje kanu, rzeka Chagres, Panama.

Rzeka turystów.

Pokazujemy to, co mamy

Tak, czy inaczej Emberá poradzili sobie z adaptacją do nowych warunków. Co więcej, skutecznie rozwijają tzw. świadomość ekologiczną, co daje jakieś gwarancje, że masowy przepływ obcych przez ich rewiry nie zrujnuje bogatej przyrody. Si no hay bosque, nosotros somos personas muertas* – miał powiedzieć lider innej wspólnoty. „Bez lasu jesteśmy martwi.” Cała prawda.

Rękodzieło Emberá, osada Tusípono, nad rzeką Chagres, Panama.

Wyplatanka.

Z kolei lider Melio Tócamo kontynuuje opowieść o prostym życiu w zgodzie z matką naturą. Jesteśmy samowystarczalni. Takie rzeczy robimy z włókien palmy chunga. I prezentuje różne wyplatanki: koszyki, szkatułki, tace. Niektóre z nich kolorowe. To naturalne barwniki. Ten czerwony to achiote. Wymieszany z łojem zwierzęcym dobry na mazidło do odstraszania moskitów. Jedna z najstarszych kobiet w społeczności dodaje swoje trzy grosze. Nie mówi po hiszpańsku, tylko w swoim narzeczu, lider wszystko tłumaczy.

Chodzi o pichcenie potraw. I typowe zaplecze kuchenne. Mamy gliniane podium. Na nim trzy grube belki. Ułożone tak, że tworzą trójnóg, który jest podporą dla garnka. Pod nim tli się ogień. Kiedy wewnętrzne końcówki belek zwęglą się, rozpadną, wtedy podsuwa się ku środkowi resztę „zdrowego” drewna i tak dalej. Wygląda to, jakby dopalały się trzy gigantyczne cygara na wielkiej popielniczce. Po wykładzie, kto ma ochotę, idzie zwiedzać wioskę. Mamy tu normalne toalety, dodaje lider, całkiem poważnie.

Achiote, jeszcze nie dojrzałe owoce z nasionami, osada Tusípono nad rzeką Chagres, Panama.

Achiote. Po polsku arnota właściwa. Ponoć nazwę gatunkową, Bixa orellana, nadano roślinie na cześć konkwistadora i podróżnika Francisco de Orellana, który jako pierwszy przepłynął Amazonką z Andów do Atlantyku. Z jej nasion pozyskuje się naturalny pomarańczowo-czerwony pigment zwany annatto. Obecnie, oznaczany symbolem E160B, jest wykorzystywany szeroko w przemyśle spożywczym, albo kosmetycznym. Owocem achiote jest kilkucentymetrowa, kasztano-podobna torebka, tylko węższa i bardziej spłaszczona, pokryta sztywnymi włoskami. Owoce niedojrzałe są zielone, jak te na zdjęciu. Te najbardziej dojrzałe mają kolor czerwonawy, pękają na dwie części, uwalniając mnóstwo drobnych, czerwonych nasion. Niejadalnych. Ponoć biali, którzy najechali nowe ziemie i zobaczyli tam tubylców wysmarowanych maścią z achiote, nazwali ich „czerwnonoskórzy”.

Osada Tusípono, dom na palach, nad rzeką Chagres, Panama

Typowa, ustawiona na palach, chata w osadzie Emberá. Nie ma ścian. Dach kryty strzechą palmową. Z przodu, przystawiona do chaty pochyła bala, z głębokimi wycięciami imitującymi schody. Ponoć, na noc jest odwracana (wycięciami do wewnątrz), aby do środka nie wspięły się nieporządne stworzenia.

Osada Tusípono Emberá, kobiety przygotowują posiłek, Panama.

Starsze kobiety Emberá w spódnicach, zwanych parumas. Jedna z nich szykuje posiłek, krojąc dojrzałego ananasa.

Możesz zajrzeć, gdzie chcesz, do jednego czy drugiego domostwa, pospacerować wśród bananowców. Czasem dojrzysz papaje, mangowiec i drzewa limonowe. Gonisz po trawnikach wielkie, nakrapiane jaszczurki, rozdajesz małym zasmarkańcom cukierki, oglądasz rękodzieło; jakieś naszyjniki, czy „łapacze snów”, jakieś połyskujące żółwie, ropuchy, małpy, węże, albo ptaki wyrzeźbione w drewnie cocobolo. Potem proszą cię na obiad, na smażoną rybę i „platanosy”, podane w tutce z liścia rośliny zwanej bijao. Jesz dłońmi. Poprawiasz kawałkiem soczystego ananasa. Po posiłku chwila sjesty.

Tatuaż na kilka dni

Po niej czas na tatuaż. Tymczasowy. Po dziesięciu dniach zniknie. Patrzysz na swoje ramię, albo na przegub i co widzisz? Jakieś zacieki, wątłe esy floresy, blade bohomazy. Lecz następnego dnia te sine mazaje zmieniają się w granatowe dziełka sztuki. Wszystko to sprawka naturalnego barwnika pochodzącego z popularnego w Ameryce Południowej i na Karaibach, drzewa Genipa americana, znanego bardziej jako jagua.

Z soku niedojrzałych owoców jaguy powstaje tusz używany, jako farba do ciała. Wywołuje na ludzkiej skórze łagodną reakcję chemiczną, sprawiając, że ciemnieje ona po kilkunastu godzinach od malowania. Później warstwy skóry stopniowo złuszczają się i po upływie półtora tygodnia po tatuażu nie ma śladu. Podobną cechę nietrwałości ma henna znana w Indiach, na Bliskim Wschodzie, czy w północnej Afryce. Wykorzystywana tam choćby do upiększania kobiecych twarzy, dłoni i stóp.

Jednak zaletą malunków z jaguy, wymyślonych przez rdzenne plemiona amazońskie jest to, że swym kolorem dość wiernie imitują prawdziwy tatuaż. Czego nie można powiedzieć o np. czerwonawo-brązowej hennie. To idealna opcja dla tych, którzy chcieliby najpierw „wypróbować” wymarzoną dziarę, zanim zrobią ją sobie na stałe. Tubylcy z Amazonii odkryli, że pokrycie tatuażem z jaguy całego ciała od stóp do głów chroni ich przed insektami w dżungli.

Ponoć napar z kory Genipa americana poskramia rzeżączkę. Natomiast kompot z dojrzałych owoców działa moczopędnie. Co być może pozwoli odeprzeć atak niesławnej rybki zwanej candirú. Według licznych legend pochodzących z selwy to stworzenie wielkości cienkiego gwoździka lubi wpłynąć do narządów płciowych kąpiących się w rzece mężczyzn i kobiet. Fakt to czy mit, candirú sieje popłoch wśród miejscowych nad Orinoko i Amazonką. Nie można tego olać, lepiej potraktować moczem, w czym pomaga jagua.

Tatuaż z jagua, Osada Tusípono Emberá nad rzeką Chagres, Panama.

Sztuka tatuażu jagua. Artysta wyrysowuje tuszem rozmaite, geometryczne wzory. Używa do tego jakby powiększonej „wykałaczki”, o tępym zakończeniu.

Tańce wężykiem

W kulminacyjnym punkcie wizyty główny gospodarz osady, wspomniany już Melio Tócamo, zaprosił gości na pokazy taneczne. Pod dachem przestronnej wiaty, krytej liśćmi palmowymi, na klepisku z rdzawej ziemi miały zatańczyć kobiety. Señor Tócamo dopełnił roli konferansjera. Najpierw zapowiedział „taniec kolibra”. Kobiety odziane w fantazyjne, wzorzyste spódnice, zwane parumas, przystrojone naszyjnikami z… monet i wiankami z kwiatów hibiskusa, biegały, drobiły, truchtały wężykiem po okręgu, raz zginając się, raz prostując w rytm muzyki bębnów i piszczałek. Po otrzymanych brawach były gotowe na bis.

Wtedy lider zapowiedział „taniec motyla”. I ponownie, te same kobiety odziane w fantazyjne, wzorzyste spódnice, zwane parumas, przystrojone naszyjnikami z… monet i wiankami z kwiatów hibiskusa, biegały, drobiły, truchtały wężykiem po okręgu, raz zginając się, raz prostując w rytm muzyki bębnów i piszczałek…

Zapewne, tylko wytrawny etnograf, mógłby rzeczowo uwypuklić subtelne różnice między pierwszym tańcem a drugim. Nawet jeśli każdy z nich honorował w rzeczywistości coś innego; czy to wydłubanie nowego czółna, czy postawienie nowej chaty, oczy zwykłego widza-dyletanta widziały to samo, niestety. Ten najbardziej kolorowy (i to dosłownie!) element folkloru Emberá, okazał się w moim odczuciu najsłabszy ze wszystkich zaprezentowanych podczas wizyty. Wyzuty z czegoś autentycznego, pozbawiony jakieś pierwotnej energii, radości. Okazał się po prostu zwykłą, niejako cepelią. Nie szkodzi.

Cała reszta była warta poznania. Chcieliśmy odwiedzić wspólnotę Emberá w Panamie. Planowaliśmy to. Opłaciło się. Taki rodzaj etnoturystyki ma sens, tak czy inaczej. Zresztą, tubylcy z parku pragną tego, czego chce każdy człowiek. Godnego przetrwania…

Tusípono Emberá, taniec kobiet, taniec motyla i koliba, Panama

„Taniec kolibra”, albo „taniec motyla”. Albo dwa w jednym.

Tusípono Emberá, taniec, kacyk z napierśnikiem z wizerunkiem jaguara, Panama

Mężczyźni i kobiety Emberá tańczą w parach. Señor w niebiesko-zielono-pomarańczowej przepasce to lider osady Melio Tócamo. Señor w naszyjniku z żółtą głową jaguara to kacyk wszystkich wspólnot leżących nad rzeką Chagres.

Tybylcy, Tusípono Emberá, jeden z członków społeczności, przygląda się odpływającym turystom, rzeka Chagres, Panama.

Pożegnanie.

* Źródło: https://www.veintemundos.com/magazines/19-fr (dostęp 08.02.2018 r.)

Print Friendly, PDF & Email
Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *