U „Jakuba z Kuby”

Hawana jest zjawiskowa i jedyna w swym rodzaju, o Hawanie mówi się najwięcej, bo to przecież „mała Kuba”. Za to, na przeciwległym skraju tej tropikalnej wyspy w kształcie dorodnego kajmana, w niepojętym, dalekim Oriente, wiedzie swój ekspansywny żywot miasto zupełnie inne, na wskroś karaibskie, parne i rozbuchane – Santiago de Cuba. Jim Morrison za życia recytował: The West is the best. Pogubił się. To Wschód o wiele fajniejszy jest! A Santiago na tyle wyraziste, zaczepne, miejscami dość szemrane i na każdym kroku świdrujące zmysły, że łatwo tu oszaleć na dobre, czy na złe. Bo w szaleństwie tym może być metoda, ale też sygnał do rychłego odwrotu. Santiago dotyka skrajności z jakąś pierwotną pasją, unika półśrodków, drażni przybysza swą nieprzewidywalnością. Dlatego też Santiago idzie od razu pokochać, albo do cna znielubić.

Hawanę odwiedzam, jak nobliwą ciotkę, serwującą café y bizcocho. Do Santiago mknę nienasycony, jak do swej kobiety, która zresztą obiad na ogniu trzyma i jeszcze potrzyma, bo tu jeden głód bardziej palący od drugiego. Do Hawany wpadnę czasem, aby pomyśleć, co dalej. Do Santiago wpadnę na dłużej i chętnie przestanę myśleć o czymkolwiek. Oba miasta dzieli jakieś osiemset kilometrów. I te kilometry, prowincja po prowincji, zmieniają człowieka drążącego kubańską rzeczywistość. Mówi się, że nieważne, gdzie się dojedzie, ważne jest to, co się zdarzy po drodze, że nie liczy się cel podróży, lecz podróż sama w sobie. Zgadza się. Jeśli zaś podróż ta dotyczy Kuby, to tak czy inaczej, nie wyobrażam sobie jej zakończenia w innym mieście, niż Santiago de Cuba. W nocnym, wilgotnym i nieprzeniknionym Santiago…

Oto „moje” miasto nocą…

 

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *