Upadek tropiciela

Miałem tam jechać z Rodolfem Perezem, który mi obiecał, że się wszystkim zajmie raz jeszcze, że wszystko naprostuje. Chciał chyba zachować twarz, może udowodnić, że potrafi zarobić po męsku pięćset pesos. Tyle mu zapłaciłem dzień wcześniej za udawanie mojego przewodnika, między Oviedo a Pedernales. Po prostu go wynająłem. Dogadaliśmy się na trasie. Chodziło o wytropienie iguan, chciałem je obfotografować na czyjeś zlecenie. Rodolfo niby wiedział, gdzie i jak je podejść. „Muchas iguanas na Cabo Rojo”, zapewniał, „łażą w poprzek drogi, tyle ich jest”. Tak mi to sprzedał, że mu uwierzyłem. W podróży wiara się przydaje. Do tego wydawał się zabawnym kompanem. Wiadomo, dola obcego zależy od nastroju miejscowych.

Rodolfo towarzyszył mi na pace terenówki. Jechał bez niczego. Musiał załatwić „malutki interesik” w Pedernales. Tak powiedział. Nie pasował na szmuglera haitańskich imigrantów. Chociaż to mogło być jego atutem. W sumie to jechał po jakieś ciuchy do swego brata, nie zdradził, o jaki „interesik” chodzi. Podsunąłem mu herbatniki Club Social, aby sobie pochrupał, tylko je miałem, jako prowiant. Nie chciał jeść, wolał patrzeć, łapać wiatr we włosy. Po obu stronach szosy panoszył się busz.

Mijaliśmy grupy robotników. Wycinali maczetami chaszcze, czyścili teren pod cokolwiek. Wyglądali na Haitańczyków. Przypuszczalnie pracowali legalnie, za nijakie dniówki. Pickup zwolnił przy blokadzie wojskowej, osiem kilometrów przed granicą z Haiti. Na obszarach przygranicznych takie blokady są normą. Zeskoczyliśmy z paki. Ziemia wokół była wyraźnie czerwona. Pewnie od boksytów. Wydobywano je w okolicy. Dalej chcieliśmy iść pieszo. Rodolfo oznajmił, że wkrótce zobaczę pierwsze iguany.

Albo gady miały sjestę, albo mój kompan pomylił rewiry. W każdym razie musiał coś szybko wykombinować. Wręczył mi znienacka kilka nakrapianych tycich jajek, dumnie klarując że oto właśnie odkrył jajka iguanie! Byłby to dobry znak. Zbawienny. Niestety, kątem oka zdążyłem dostrzec, jak mój cwany amigo plądruje ptasie gniazdo w jakichś zaroślach. Szkoda, że się nie nabrałem. Bodaj ze trzy godziny siedzieliśmy w suchej dziczy. Na próżno. Udało nam się jedynie wytropić zdechłą kozę, zresztą po zapachu. W dodatku kozę bez czerepu. Dopiero kilkadziesiąt metrów dalej leżała czaszka obrobiona do białości przez robactwo. Wyglądała, jak rasowy totem indiański. Jakby idealna na okładkę płyty Dead Can Dance.

W dzieciństwie intrygowało mnie słowo – padlina. Czasem używał go dziadek, mówiąc mi o kulinarnych zwyczajach różnych zwierząt: sęp, proszę ja ciebie, żre padlinę, hiena żre padlinę. Może i wtedy sądziłem, że to jakiś rarytas. Potem, w lesie dowiedziałem się wreszcie, co to takiego, ta padlina. Dziadek mi pokazał, bym zapamiętał. To był rozdęty cielak toczony okrutnym czerwiem. Najpierw go poczuliśmy. Śmierdział, jak diabli. Gorzej od smażonego sera, który czasem pichciła babcia. Nos zatkałem obiema dłońmi. Skąd martwy cielak w tamtym lesie? Nie wiadomo. Skąd martwa koza tutaj w buszu? Też zagadka. W każdym razie pół tysiąca pesos za cuchnące truchło to lekka przesada!

Rodolfo wiedział, że nawalił, że wyprowadził mnie w pole (i to dosłownie!) i było mu głupio. Ponadto, znowu zostały nam resztki wody a słońce nie przestawało dopiekać. Odechciało mi się maszerowania, tropienia iguan i zabaw w zwierzęcego patologa, odechciało mi się wszystkiego. Doskwierające pragnienie wywołało ciszę między mną a Rodolfem. Siedliśmy na rozgrzanym poboczu, jak dezerterzy, którzy urwali się z pielgrzymki i zaczynają tego żałować. Rodolfo zupełnie spasował. Położył się na kępie żółtej trawy. Może nie powinien się kłaść. Może tamta koza też się położyła i już nie wstała.

Ktoś nas wreszcie wyratował i podwiózł do Pedernales. Tam rzuciłem się na piwo w najbliższym colmado. Podobnie Rodolfo, na mój koszt. Osuszył butelkę Presidente i poszedł załatwiać swoje interesy. A ja kręciłem się po sennym miasteczku w pobliżu przejścia granicznego. Przypadkiem zaszedłem do „sklepu-hurtowi”, gdzie haitańskie kobiety stały w długiej kolejce po ryż. Każda z nich kupowała go w ilości – w moim pojęciu – na jedno skromne danie, dla jednego człowieka. Niczego tam nie kupiłem, wycofałem się zażenowany. Potem trafił mi się wiekowy Kanadyjczyk z plecakiem, z kijem w dłoni, wagabunda z krwi i kości. Liczył ze dwa metry wzrostu. Dopiero co przekroczył granicę. Był zakochany w Haiti. Zazdrościłem mu znajomości francuskiego. Dominikany nie znał. Chciał nocować w Pedernales, dalsze wojaże planował z dnia na dzień.

Mnie i Rodolfa czekał powrót do Barahony. Męczący, bo przerywany kilkoma postojami na wspomnianych blokadach wojskowych. Znowu sprawdzano, czy wśród pasażerów wyładowanego po brzegi minibusa nie kryją się nielegalni haitańscy imigranci. Zaglądano pod siedzenia, do bagażnika, do wielgachnych tobołów. Chyba szukano haitańskich krasnoludków. Co ciekawe, podejrzenie wzbudził mój aparat. Dominikański pogranicznik potrząsał nim, jak marakasami, jakby oczekiwał, że wysypie się z niego trochę „koksu”. Nie życzyłbym sobie tego. Spojrzałem na niego z politowaniem. Opamiętał się. Do Barahony dotarliśmy pod wieczór, umawiając się na rano, w celu podjęcia nowej próby podboju iguaniego świata. Tym razem Rodolfo miał się bardziej postarać, to mi właśnie obiecał.

W umówionym miejscu stawił się z godzinnym spóźnieniem. Przybył na motocyklu razem z kumplem i wylewnie mnie przywitał. Jakże ostatnia noc zmieniła tego muchacho! Był ogolony na zero i zionął przetrawionym rumem na kilometr. Ewidentnie odwiedził fryzjera i przetrzebił monopolowy. Pewnie też zaimponował swej kobiecie, przynosząc do domu jakieś pieniądze. Moje pesos. Jednak wciąż pamiętał o iguanach. Imponujące! Nowy plan Rodolfa zakładał, że pojedziemy zwietrzyć je przy Jeziorze Enriquillo, kawał drogi z Barahony, pojedziemy we trójkę na jednym motorze! Genialne! Jego właściciel, podobnie jak Rodolfo, miał w czubie wspomnienie nocnego alkoholowego rajdu. Pewnie obaj świętowali moją naiwność i rozrzutność.

Stanowczo odmówiłem rychłego samobójstwa. Nie chciałem podzielić losu tamtej padniętej kozy. Pożegnałem Rodolfa z pewną ulgą. Wyściskał mnie, jak brata. A „brat” nie mógł przecież odmówić wyłożenia kilkudziesięciu dodatkowych pesos. W porządku. Wczoraj płaciłem mu za to, aby mi towarzyszył. Dzisiaj za to, aby już tego nie robił. W jakimś sensie, obaj zyskaliśmy. A to najważniejsze.

Z Rodolfem, czy bez niego zamierzałem kontynuować „dominikański western”. Jeszcze kiedyś o tym opowiem. W końcu sam wytropiłem iguany. Jeszcze was kiedyś do nich zabiorę.

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *