W Palmar de Ocoa

Było tak. Jeszcze zanim napisałem swoją „Dominikanę”. W jednym znanym anglojęzycznym przewodniku, do wożenia po świecie zdatnym, coś wspominali o Palmar de Ocoa, w dominikańskiej prowincji Azua. Napisali tam, jak pamiętam, pełnym zdaniem, że w sumie to nie ma o czym pisać. I chyba chwała im za tę błyskotliwą zapchajdziurę. Bo przy takiej nieocenionej ignorancji deptanie planety przez zgraje bekających troglodytów w rozlazłych „japonkach” na stopach i „klapkach” na oczach nieco zwalnia. Przynajmniej gdzieniegdzie. Za to, właściwą aluzję wyłapią ci, których maniakalnie ciągnie w te rewiry, gdzie nic wielkiego się nie dzieje, gdzie psy wyszczekują arpeggia spod ogona, albo zamieniają się z nudów w koty, a tubylcy pędzą normalny żywot bez udawania, że im zależy na uszczęśliwianiu kogokolwiek.

Nie porzucają na zawołanie swej, nierzadko godnej pożałowania, rutyny by każdemu przybyłemu turyście, czy innemu obcemu zapewnić komfort kolekcjonowania wrażeń. Nie wręczają mu na starcie pakietu oklepanych atrakcji: nie stają do zdjęć w uzgodnionych pozach; nie cudują, że robią coś typowego w swoich typowych chałupach za dogadane honorarium. Przyjezdnego traktują tak, jak zwykłego człowieka, sami pozostając zwykłymi ludźmi…

Swojskie Palmar de Ocoa

Palmar de Ocoa, ze swej natury, oferuje więcej miejscowym, niż przyjezdnym udanie zachowując pociągającą zwyczajność: urok karaibskiej rybackiej wioski, żyjącej po swojemu rytmem pracy, sjesty oraz fiesty. Poza tym, mają tutaj i czczą patronkę – Virgin del Carmen – której raz do roku należy się huczna biba.

Mogłem się tam bez nerwów tarabanić na własną rękę, bo do korzystania z transporte público w Dominikanie ciągle podchodzę dość entuzjastycznie, lecz tym razem nie musiałem. To Daniel z Moniką wspaniałomyślnie uznali, że koniecznie powinni mi zafundować kolejną ekskursję w dominikański interior tak, jak wcześniej zafundowali mi tajemnicze Las Salinas, czego nie mogłem żałować…

Z Palmar de Ocoa jest tak, jak w tej anegdocie o Zakopanem. Byłeś tam, no i co widziałeś? Niewiele, bo góry wszystko zasłaniały. W Palmar to samo można powiedzieć o tutejszych kokosowych palmach, że niby też wszystko zasłaniają. Podobno, było ich tu kiedyś takie zatrzęsienie przy ujściu rzeki Ocoa, że zasłużenie od razu wrosły w nazwę stawianego obok pueblo, nie inaczej – Palmar de Ocoa. Można to zrozumieć w drodze do wioski od strony Sabana Buey.

„Palmiarnie” ciągną się tam bez końca. Warto mieć pretekst do przejechania tamtędy około piątej po południu. Wtedy słońce schodzące na fajrant odmalowuje zielono-żółte grzywy palm w tak zjawiskowy sposób, że człowiekowi z pomylenia przychodzą do głowy jakieś mistyczne androny o raju na ziemi. Potem te rozświetlone i rozwichrzone palmy w ilościach niepoliczalnych mocno się przerzedzają i prawie kończą, odsłaniając wioskę, która też się musi skończyć, aby można było wkroczyć na tamtejszą plażę usypaną z czarnego piasku i zastawioną rybackimi łodziami…

„Prezydent” otwiera umysł

Nie powiem, aby moje pierwsze impresje były pozytywne. Raczej ten cały mistycyzm, jaki przepłynął przez mnie jeszcze niedawno w drodze dojazdowej, na miejscu zmienił się w jakieś głuche biadolenie. Na szczęście, moi zacni współtowarzysze wyprawy wpadli na pomysł, aby się czegoś napić. Zmrożone Presidente, po bożemu, trafiło do mej dłoni zaraz po tym, jak zdążyłem o nim pomyśleć. Od rana dzień był długi i gorący zatem wychylone duszkiem piwo rozhulało się w ciele od razu i duszę zbawiło. Wtedy już nie mogłem się nie zachwycić tym całym Palmar de Ocoa…

Na plaży biesiadowało kilka rodzin, w powietrzu rozchodził się zapach smażonego mięsa, jakiś dzieciak gonił swego koleżkę i chyba straszył go, wymachując świeżo ogryzionym gnatem; bardziej świńskim niż kurzym. Ktoś puścił głośniej muzykę, którą znałem. Dlatego w głowie oprócz zbawiennego Presidente, dodam – w wersji jumbo (tej największej), zaszumiała mi gratisowo pieśń dominikańskiego barda-światowca Juana Luisa GuerryBachata en Fukuoka. To numer z jego albumu A Son De Guerra (2010), bardzo dobrego, jak zawsze niemal w całości wpadającego w ucho, ale też bardzo kosmopolitycznego. Stąd to całe granie czegoś z gruntu dominikańskiego gdzieś tam w Japonii, gdzieś tam w Fukuoka i miksowanie w śpiewie „te quiero” z „sayonara”, tj. hiszpańskiego z japońskim.

Zresztą, w teledysku widać po ludziach, że taki kierunek obrał J. L. Guerra. Aby nie było wątpliwości poleciał tam przez Paryż i nad Rosją, o czym mówi tekst. W każdym razie, ta właśnie, skądinąd bardzo miodna „japońska bachata” będzie mi się długo kojarzyć z Palmar de Ocoa. Tym bardziej, że gdy później miałem pod ręką odtwarzacz CD, odegrałem ją sobie w całości i skojarzenia się utrwaliły. Nie wiem, jak to Juan zrobił, że mu się to poukładało w całość, ta Japonia i te karaibskie rytmy i jeszcze to ładnie nagrał, lecz ja tę Fukuokę i widzę, i słyszę tylko w Dominikanie.

Juan Luisa Guerra – Bachata en Fukuoka

Akrobaci

Z tych niespodziewanych japońskich translokacji wybili mnie żwawi muchachos, którzy zdążyli opanować w celach zabawowych jeden z licznych tu drewnianych muelles – pomostów, traktując go, jako trampolinę do „akrobatycznych” skoków. Było ich trzech, lecz tumultu produkowali za dziesięciu. Poza tym mieli wytartą do cna tenisową piłkę, która na razie nieruszana czekała na swoje pięć minut. Zabawa tych muchachos nabrała rozmachu, gdy się zorientowali, że mają publiczność, czyli mnie, Daniela i Monikę. Wtedy wskakiwali do wody kompletnie na wariata, jeden za drugim albo równocześnie, po wynurzeniu robili zwrot na płyciznę i chyżo z niej wybiegali na plażę, aby znowu pędem wbiec na pomost i bez zatrzymania skoczyć.

Kiedy wyciągnęliśmy z Danielem aparaty, by uwiecznić ten niezwykły wodny cyrk, jego adepci nie tracili już czasu na drogę okrężną oraz wydłużone rozbiegi, tylko po skoku od razu podpływali do pomostu i gramolili się na niego z poświeceniem. Widocznie zależało im na zademonstrowaniu, jak największej ilości akrobacji ze swego szalonego repertuaru. Poza tym, chcieli nas chyba rozbawić, co nie było trudne. Sami też nieźle się obśmiali.

Wodny baseball

W końcu musiałem im przypomnieć o piłce, aby nieco urozmaicili swą aktywność. Inaczej wodne harce w tym układzie mogłyby trwać do nocy. Wtedy muchachos uznali, że skoro wtrącam im się do zabawy, to równie dobrze mogę w niej uczestniczyć. Wymyślili, że będę miotaczem piłki, to znaczy, miałem ją z impetem wyrzucać na zatokowe wody a oni mieli ją ratować i dostarczać mi na pomost, bym znowu mógł rzucić i tak w kółko. Być może w tej zabawie chodziło o jakieś baseballowe konotacje, tymczasem umówmy się – to było zwykłe aportowanie. Tyle, że ja do tej pory nie wszedłem w posiadanie własnego psa, nie zdążyłem też przećwiczyć podobnych gier z jakimkolwiek czworonogiem i dlatego bez odpowiedniego wyczucia wywalałem tę piłkę hen w diabłyMuchachos, wymordowani paroma długodystansowymi kursami po wodach Zatoki Ocoa, w końcu mi uprzejmie, acz stanowczo podziękowali.

Powrót do stolicy

Zrobiło się późno. Jak to bywa w naturze tropiku, zmrok zapada na klaśnięcie dłoni. Wtedy zaczyna się życie. A tu trzeba jechać. Niestety, czekała droga powrotna do Santo Domingo. Najchętniej, zostałbym, usiadł w przy-plażowym barze i wychylił kolejne Presidente z miejscowymi w oparach grillu. To dochodzące mięso błagało: „zjedz mnie, blanco, zjedz!”. Wcale niełatwo przychodzi rozstanie z Palmar de Ocoa. Trzeba w te rewiry wrócić!

Za to, w Santo Domingo, tak czy inaczej, wylądowałem tam, gdzie zazwyczaj. W La Cafaterze. Już ją prawie zamykali, trwało ogarnianie podłogi. Mrugnąłem do znajomego barmana. Wiedział, o co chodzi. Odstawił na chwilę mop. Chwycił rum, limonkę i brązowy cukier. Położyłem mu należność z bonusem na kontuarze. Za to miałem swą ulubioną „daiquiri spod lady”

Kawalątek Palmar de Ocoa, tej rybackiej wioski, jaką zapamiętałem

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *